Kōbō Abe

1924-1992, Japón

Este precioso cuento (Shijin no shôgai en japonés) nunca llegó a traducirse al español, tampoco al polaco. He traducido una cuarta parte de la versión inglesa.

Trad. Ada Trzeciakowska

La vida de un poeta

(…) La chaqueta se detuvo frente al joven y se ciñó alrededor de su cuerpo envejecido. El joven parpadeó. Luego movió la cabeza con cautela de un lado a otro y sacudió el cuerpo poco a poco. Miró a su alrededor, asombrado, y luego a su chaqueta roja. De repente se dio cuenta de que era un poeta, y asintió sonriendo.
Recogió la melodiosa nieve con las manos y la contempló. Ahora podía tocarla sin helarse. ¿Se había vuelto aún más frío que la nieve, entonces, ese brillo en sus ojos? Recogía nieve como arena en la orilla del mar y la vertía de mano en mano, sin lastimarse. ¿Se había vuelto más dura que el acero la piel de sus manos? Estaba confuso. Tenía que recordar. ¿Cómo se había producido esa transformación?
Frunciendo el ceño, se esforzó por centrar sus pensamientos. Sí, había algo que debía recordar. Algo que todo pobre sabía, si la memoria no estuviera suspendida, congelada. ¿De dónde había caído esta nieve?
Aunque no supiera la respuesta, tal vez pudiera sentirla. Mira estos cristales de nieve, se dijo, tan maravillosamente grandes, complejos y hermosos. ¿Qué son sino las palabras olvidadas de los pobres? Palabras de sus sueños… almas… deseos. Hexagonales, octogonales, duodecagonales, flores más encantadoras que las flores, la auténtica estructura de la materia… las configuraciones moleculares de las almas de los pobres.
Las palabras de la gente humilde no sólo son grandes, intrincadas y bellas, sino sucintas como minerales y racionales como la geometría. Es lógico que sólo las almas de los pobres puedan llegar a ser cristalinas.
El joven de la chaqueta roja escuchó con los ojos las palabras-nieve. Decidió escribirlas en el reverso de los volantes que llevaba bajo el brazo.
Cogió un puñado de nieve y lo lanzó al aire. Voló hacia arriba con un tintineo, pero cuando volvió a caer el sonido cambió a «chaqueta, chaqueta». El joven se echó a reír. Su alegría se escapó por sus labios apenas entreabiertos como una melodía tranquila y alegre, y desapareció en el cielo lejano. Como en respuesta, la nieve a su alrededor empezó a tararear «chaqueta, chaqueta».
Después comenzó una investigación precisa y detallada de cada cristal por separado. Anotó todo, empeñado en apuntarlo, recopiló y analizó estadísticas, hizo gráficos y volvió a escuchar, incluso con más atención. Podía oírlo -las palabras de la nieve, las voces de los sueños, las almas y los deseos de los pobres-. Con una energía inagotable y asombrosa, siguió trabajando.
Poco a poco, la nieve empezó a derretirse. Al terminar de hablarle, evidentemente ya no tenía razón de ser. En el momento en que terminaron de hablar, aquellos cristales de nieve tan fríos que habían congelado las llamas se derritieron sin dejar rastro, como las nieves del comienzo de la primavera que se desvanecen en cuanto se posan sobre la tierra negra y húmeda.
De hecho, casi era primavera. Con cada palabra que escribía en sus libretas, como si las páginas fueran hojas de un calendario, la primavera se acercaba cada vez más.
Un día, a través de una grieta en las nubes, el sol lanzó un rayo de luz como el brazo de una niña traviesa. Y entonces, como si buscara a tientas un anillo de oro caído por error en una jarra llena de viejo brebaje espumoso, sacudió y despertó lentamente a la ciudad de su letargo.
Se podía sentir el revuelo entre sus criaturas. Un hombre medio paralizado se acercó tambaleándose, vio al joven y estalló en risa tendiéndole la mano en señal de saludo. Tocó el brazo del muchacho, susurró «Chaqueta» y echó a correr. En poco tiempo, el joven se vio rodeado por un gran grupo de personas, a las que se unían constantemente otras nuevas; «Chaqueta», murmuraba cada uno, poniéndole una mano en el brazo, y luego se marchaba, sonriendo. Estas personas se dispersaron por toda la ciudad.
Por todas partes se abrían los almacenes desatendidos y se sacaban innumerables chaquetas. «¡Chaquetas!» El alegre y poderoso himno fue entonado con fuerza a todos los mensajeros de la primavera: a la pesada y húmeda tierra negra; al murmurante arroyo que caía y avanzaba velozmente como un niño de tres años que está aprendiendo a correr; y a las pálidas joyas verdes que asomaban entre los persistentes bancos de nieve. Aunque era primavera, todavía hacía frío, así que ¡qué hermoso, ¡qué maravilloso era ver a aquella pobre gente abrigarse con chaquetas!
Cuando desapareció el último copo de nieve, el trabajo del joven había terminado. Sonó el silbato de la fábrica y, a su alrededor, una multitud de personas enfundadas en sus chaquetas se puso a trabajar, sonriendo. Devolviendo los saludos, cerró la última página de su colección de poesía, ya completa.
Y se desvaneció en ella.

Bellísima y única adaptación (cuenta con subtítulos en español) de este cuento realizada por el maestro de animación Kihachirō Kawamoto (1974). El efecto visual de la chaqueta roja fue copiado por Steven Spielberg en La lista de Schindler.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Życie poety

(…) Płaszcz zatrzymał się przed młodzieńcem i owinął się wokół jego postarzałego ciała. Młodzieniec zamrugał. Następnie ostrożnie poruszył głową z boku na bok i lekko potrząsnął ciałem. Rozejrzał się ze zdziwieniem, a potem spojrzał w dół na swój czerwony płaszcz. W jednej chwili dotarło do niego, że jest poetą i kiwnął głową, uśmiechając się.
   Nabrał w dłonie melodyjnego śniegu i wpatrywał się w niego. Teraz mógł go dotknąć nie marznąc. Czyżby stał się jeszcze zimniejszy niż śnieg, ten błysk w jego oku? Zgarniał śnieg jak piasek na brzegu morza i przesypywał go z ręki do ręki, bez żadnego uszczerbku. Czyżby skóra na rękach stała się twardsza od stali? Był zdezorientowany. Musiał sobie przypomnieć. Jak doszło do tej przemiany?
   Marszcząc brwi, starał się skupić myśli. Tak, było coś, co musiał sobie przypomnieć. Coś, co wiedział każdy biedak, jeśli pamięć nie była uśpiona, zamrożona. Skąd brał się ten śnieg?
   Nawet jeśli nie znał odpowiedzi, być może mógł ją wyczuć. Spójrz na te kryształki śniegu, powiedział sobie, tak cudownie duże, złożone i piękne. Czym one są, jeśli nie zapomnianymi słowami biedaków? Słowami ich marzeń… dusz… pragnień. Sześciokątne, ośmiokątne, dwunastokątne, kwiaty cudowniejsze niż kwiaty, czysta struktura materii… molekularne konfiguracje dusz nędzarzy.
   Słowa ubogich są nie tylko duże, misterne i piękne, ale także zwięzłe jak minerał i racjonalne jak geometria. Rozumie się samo przez się, że tylko dusze ubogich mogą stać się krystaliczne.
   Młodzieniec w czerwonym płaszczu słuchał śnieżnych słów oczami. Postanowił zapisać je na odwrocie ulotki, którą trzymał pod pachą.
   Chwycił garść śniegu i rozsypał go w powietrzu. Śnieg wzniósł się radośnie podzwaniając, ale kiedy zaczął opadać, dźwięk zmienił się na «płaszcz, płaszcz». Młodzieniec roześmiał się. Jego radość wymknęła się przez ledwo rozchylone usta jako cicha, wesoła melodia i rozpłynęła się daleko na niebie. Jakby w odpowiedzi, śnieg wokół niego zaczął nucić «płaszcz, płaszcz».
   Następnie rozpoczął precyzyjne, szczegółowe badanie każdego kryształu z osobna. Zapisywał wszystko, pochłonięty zapiskami, kompilował i analizował statystyki, tworzył wykresy i słuchał ponownie, jeszcze uważniej. Słyszał je – słowa śniegu, głosy marzeń, dusz i pragnień biedaków. Z niespożytą, zadziwiającą energią pracował dalej.
Stopniowo śnieg zaczął topnieć. Najwyraźniej po tym, jak przestał do niego mówić, nie miał już po co istnieć. W momencie, w którym przestały mówić, kryształki śniegu, tak zimne, że zamrażały płomienie, rozpłynęły się bez śladu, jak śnieg wczesną wiosną, który znika w chwili, gdy dotyka czarnej, wilgotnej ziemi.
   W rzeczywistości była już prawie wiosna. Z każdym słowem zapisanym w notatkach, jakby strony były kartkami kalendarza, wiosna podchodziła coraz bliżej.
   Pewnego dnia, przez szczelinę w chmurach, słońce wyrzuciło promień światła niczym ramię psotnej dziewczynki. A potem, jakby szukając po omacku złotego pierścionka, który przez pomyłkę wpadł do dzbanka wypełnionego starym, spienionym piwem powoli wyrwało miasto ze snu.
   Dało się wyczuć ruch. Na wpół sparaliżowany mężczyzna chwiejnie wyszedł naprzód, zobaczył młodzieńca i roześmiał się, wyciągając rękę na powitanie. Dotknął ramienia chłopaka, mruknął «Płaszcz» i uciekł. Wkrótce młody człowiek został otoczony przez dużą grupę ludzi, do której ciągle dołączali nowi; «Płaszcz», szeptał każdy, kładąc rękę na jego ramieniu, po czym odchodził, uśmiechając się. Ludzie ci rozeszli się po całym mieście.
   Wszędzie dookoła otwierano pozostawione bez opieki magazyny i wynoszono niezliczone ilości płaszczy. «Płaszcz!» Radosny, potężny hymn był śpiewany głośno do wszystkich posłańców wiosny: do ciężkiej, wilgotnej, czarnej ziemi; do szemrzącego strumienia, szumiącego i pędzącego jak trzylatek, który dopiero uczy się biegać; na cześć bladozielonych klejnotów wystających spomiędzy zalegającego śniegu. Choć była wiosna, w powietrzu wciąż czuć było ziąb, więc jak pięknie, jak cudownie było widzieć tych biednych ludzi odzianych w płaszcze!
   Ostatni płatek śniegu zniknął, praca młodzieńca została wykonana. Rozległ się gwizdek z fabryki, a wokół niego tłumy ludzi w płaszczach ruszyły do pracy, uśmiechając się. Odwzajemniając ich pozdrowienia, zamknął ostatnią stronę swojego zbioru poezji.
   Po czym rozpłynął się w niej.

Wersja w języku angielskim

Transl. Juliet Winters Carpenter

(…) The jacket stopped in front of the youth and wrapped itself around his aged body. He blinked. Then he moved his head gingerly from side to side, and shook his body little by little. He looked around in wonder, then down at his red jacket. All at once it came to him that he was a poet, and he nodded, smiling.
   He gathered the melodious snow in his hands and gazed at it. Now he could touch it without freezing. Had it become even colder than the snow, then, that gleam in his eye? He scooped up snow like sand at the seashore and poured it from palm to palm, without injury. Had it become harder than steel, then, the skin of his hands? He was confused. He had to remember. How had this transformation come about?
   Frowning, he tried hard to focus his thoughts. Yes, there was something that he must remember. Something that every pauper knew, if memory were not suspended, frozen. Where had this snow fallen from?
   Even if he didn’t know the answer, perhaps he could feel it. Look at these crystals of snow, he told himself, so marvelously large, complex, and beautiful. What are they if not the forgotten words of the poor? Words of their dreams… souls… desires. Hexagonal, octagonal, duodecadonal, flowers lovelier than flowers, the very structure of matter… the molecular arrangements of souls of the poor.
   The words of the poor are not only large, intricate, and beautiful, but succinct as mineral, and rational as geometry. It stands to reason that none but souls of the poor can become crystalline.
The youth in the red jacket listened to the snow-words with his eyes. He decided to write them down on the backs of the handbills under his arm.
   He grabbed a handful of snow and threw it in the air. It flew up with a jingle jingle, but when it fell back down the sound changed to «jacket, jacket.» The youth laughed. His happiness escaped through his barely parted lips as a quiet, cheerful melody, and disappeared into the distant sky. As if in answer, the snow all around him began to hum «jacket, jacket.»
   After that he began a precise, detailed investigation of each separate crystal. He wrote everything down, decided on his notation, compiled and analyzed statistics, made graphs, and listened again, even more carefully. He could hear it -the words of the snow, the voices of the dreams, souls, and desires of the poor. With tireless, amazing energy, he went on working.
Gradually, the snow started to melt. Having finished speaking to him, evidently it had no further reason to exist. In the order that they finished speaking, those crystals of snow so cold they had frozen flames now melted away without a trace, like the snows of early spring that vanish the moment they light on the black, moist earth.
   In fact, it was almost spring. With every word that he wrote in his notebooks, as if the pages were calendar leaves, spring crept ever closer.
One day, through a crack in the clouds, the sun thrust out a ray of light like the arm of a mischievous little girl. And then, as if groping for a golden ring let fall by mistake into the bottom of a water pitcher filled with old, foaming brew, slowly it shook the town from its slumber.
   One could sense creatures stirring. A man came reeling forward, half-paralyzed, saw the young man and laughed, holding out a hand in greeting. Touching the arm of the youth, he muttered «Jacket,» and ran away. Before long the youth was sur- rounded by a large group of people, new ones joining all the time; «Jacket,» each one would whisper, laying a hand on his arm, and then go off, smiling. These people spread throughout the town.
   All around, the unattended storehouses were opened, and countless jackets were carted off. «Jacket!» The joyful, powerful paean was sung out ringingly to all the messengers of spring: to the heavy, moist black earth; to the babbling stream, tumbling and racing along like a three-year-old just learning to run; and to the pale green jewels poking out from between the lingering islands of snow. Though it was spring, there was still a chill in the air, so how beautiful, how wonderful it was to see those poor people clothing themselves in jackets!
   The last flake of snow gone, the youth’s work was done. The factory whistle sounded, and all around him, crowds of people wearing jackets set off to work, smiling. Returning their greetings, he closed the last page of his poetry collection, now complete.
   And vanished into that page.

Eugenio Montejo

1938-2008, Venezuela

En el bosque

En el bosque, donde es pecado hablar, pasearse,
no poseer raíz, no tener ramas,
¿qué puede hacer un hombre?

La soledad no basta para engañar al viento,
de ningún brazo se construye una puerta,
la piel, las uñas nunca sirven
para un nido de pájaros.

Y el viento lo sabe.

En el bosque, quien no ha logrado ser un árbol,
solo puede llegar de parte del otoño
a pedir unas hojas,
mejor si lleva harapos de mendigo,
algún morral raído, un palo, un perro
y ninguna esperanza.
Verá como lo trata el viento,
cómo su ofrenda le llenará las manos.

Fotos propias. Aranjuez.

Tłum. Ada Trzeciakowska

w lesie

W lesie, gdzie grzechem jest rozmawiać, przechadzać się,
nie posiadać korzeni, nie mieć gałęzi,
co może robić człowiek?

Samotność nie wystarczy, by zwieść wiatr,
z ramion nie da się wystrugać drzwi,
paznokcie ani skóra nie nadają się
na ptasie gniazdo.

I wiatr to wie.

W lesie, ten, komu nie udało się być drzewem,
może przychodzić tylko z jesienią
by prosić o liście,
najlepiej w żebraczych łachmanach,
z postrzępioną sakwą, psem, kijem
i pozbawiony nadziei.
Zobaczy, jak potraktuje go wiatr,
jak jego dar napełni mu ręce.

César Vallejo

1892-1938, Perú

Trilce. Lxxv

Estáis muertos.

Qué extraña manera de estarse muertos. Quienquiera diría no lo estáis. Pero, en verdad, estáis muertos.

Flotáis nadamente detrás de aquesa membrana que, péndula del zenit al nadir, viene y va de crepúsculo a crepúsculo, vibrando ante la sonora caja de una herida que a vosotros no os duele. Os digo, pues, que la vida está en el espejo, y que vosotros sois el original, la muerte.

Mientras la onda va, mientras la onda viene, cuán impunemente se está uno muerto. Sólo cuando las aguas se quebrantan en los bordes enfrentados y se doblan y doblan, entonces os transfiguráis y creyendo morir, percibís la sexta cuerda que ya no es vuestra.

Estáis muertos, no habiendo antes vivido jamás. Quienquiera diría que, no siendo ahora, en otro tiempo fuisteis. Pero, en verdad, vosotros sois los cadáveres de una vida que nunca fue. Triste destino. El no haber sido sino muertos siempre. El ser hoja seca sin haber sido verde jamás. Orfandad de orfandades.

Y sin embargo, los muertos no son, no pueden ser cadáveres de una vida que todavía no han vivido. Ellos murieron siempre de vida.

Estáis muertos.

Fotografías de Tamara Dean

Tłum. Ada Trzeciakowska

Trilce. LXXV

Jesteście martwi.

Cóż za osobliwy sposób bycia martwymi. Ktoś mógłby powiedzieć, że wcale nimi nie jesteście. Lecz tak naprawdę jesteście martwi.

Unosicie się w niebycie za tąż membraną, co, wahadłem wachluje od zenitu do nadiru, przybywa i ubywa od zmierzchu do zmierzchu, drgając przed dźwięcznym pudłem rany, która wcale was nie boli. Powiadam wam przeto, że życie toczy się w zwierciadle, a wy jesteście oryginałem, jeno śmiercią.

Podczas gdy fala odpływa, podczas gdy fala się zbliża, jakże bezkarnie można sobie być martwym. Dopiero gdy wody przełamują się na przeciwległych brzegach i biją się i biją, dopiero wtedy przeobrażacie się i uwierzywszy w rychłą śmierć, dostrzegacie szóstą strunę, która już nie należy do was.

Jesteście martwi, nigdy wcześniej nie żyjąc. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie będąc teraz, niegdyś byliście. Lecz tak naprawdę jesteście zwłokami życia, którego nigdy nie było. Smutny to los. Zaznać tylko martwości. Suchości liścia, który nie przeszedł przez zieleni stadium. Osierocenie nad osieroceniami.

A przecież, zmarli nie są, nie mogą być zwłokami życia, którego jeszcze nie przeżyli. Zawsze umierali z powodu życia*.

Jesteście martwi.

*lub: za życia

César Vallejo

1892-1938, Perú

ROSA BLANCA

Me siento bien. Ahora
brilla un estoico hielo
en mí.
Me da risa esta soga
rubí
que rechina en mi cuerpo.
Soga sin fin,
como una
voluta
descendente
de mal…
soga sanguínea y zurda
formada de
mil dagas en puntal.
Que vaya así, trenzando
sus rollos de crespón;
y que ate el gato trémulo
del Miedo al nido helado,
al último fogón.
Yo ahora estoy sereno,
con luz.
Y maya* en mi Pacífico
un náufrago ataúd.

*Aunque el contexto favorece el análisis de maya como la forma matagráfica de malla (< mallar), varias voces podrían estar actuando in absentia, como enmallar(se) (supuesta aféresis), majar («machacar» / fig. «importunar o molestar»), o maullar (que admite la forma mayar). Sin embargo, no tiene, al parecer, cabida la voz plurisignificativa maya («tribu india…», «juego infantil…», «planta herbácea…», «máscara…»; comp. en este sentido: «y que ate el gato trémulo»: ) .

Metagrafos en César Vallejo Mario García-Page

Masao Yamamoto

Tłum. Ada Trzeciakowska

Biała Róża

Czuję się dobrze. Stoicki
lód lśni teraz
we mnie.
Śmieszy mnie ten sznur
rubinowy
skrzypiący w moim ciele.
Sznur bez końca
jak
opadająca
woluta
ze
zła…
krwisty i lewoskrętny sznur
utworzony z
tysiąca sztyletów w podporze.
Niech zatem opada, wyplatając
swe zwoje z krepiny;
i niech przymocuje dygocącego kocura
Strachu do skutego lodem gniazda,
do ostatniego paleniska.
Teraz jestem spokojny,
jest ze mną światło.
I miauczy* w mym Pacyfiku
trumna rozbitka.

*Gra znaczeń biorąca się za zapisu zagodnego z fonetyką. Czasownik mayar: mallar -wpadać w sieć, maullar- miauczeć, majar- uwierać

T.S. Eliot

1888-1965, Gran Bretania/ EE. UU.

Trad. José Emilio Pacheco

Burnt Norton

I

El tiempo presente y el tiempo pasado
Acaso estén presentes en el tiempo futuro
Y tal vez al futuro lo contenga el pasado.
Si todo tiempo es un presente eterno
Todo tiempo es irredimible.
Lo que pudo haber sido es una abstracción
Que sigue siendo perpetua posibilidad
Sólo en un mundo de especulaciones.
Lo que pudo haber sido y lo que ha sido
Tienden a un solo fin, presente siempre.
Eco de pisadas en la memoria,
Van por el corredor que no seguimos
Hacia la puerta que no llegamos nunca a abrir
Y da al jardín de rosas. Así en tu mente
Resuenan mis palabras.
Pero no sé
Con cuál objeto perturbamos el polvo
Que vela el cuenco en donde están los pétalos
De rosa.
Y otros ecos
Habitan el jardín. ¿Vamos tras ellos?
De prisa, dijo el pájaro: encuéntralos, encuéntralos,
Al dar vuelta a la esquina, tras la primera puerta,
En nuestro primer mundo. ¿Vamos en pos
Del engaño del tordo? En nuestro primer mundo.
Allí estaban, solemnes, invisibles;
Se movían sin premura sobre las hojas muertas,
Bajo el calor de otoño, en el aire vibrante.
Y el pájaro silbó en contestación
A la inaudible música oculta entre las plantas
Y el destello de una mirada no vista cruzó el espacio.
Porque las rosas tenían aspecto de flores contempladas.
Eran como nuestros huéspedes, aceptados y aceptantes.
Así pues, avanzamos, y ellos, en procesión formal,
Caminaron también por el desierto sendero
Hasta llegar a la rotonda con el seto de arbustos.
Y miraron entonces el estanque drenado.
Seco el estanque, seco el concreto, pardos los bordes.
Y se llenó el estanque de agua solar,
En silencio, en silencio se alzaron lotos,
La superficie brilló desde el corazón de la luz
Y ellos quedaron tras nosotros reflejándose en el estanque.
Luego pasó una nube y se vació el estanque.
Váyanse, dijo el pájaro, porque las frondas estaban llenas de niños
Que alegremente se ocultaban y contenían la risa.
Váyanse, váyanse, dijo el pájaro: el género humano
No puede soportar tanta realidad.
El tiempo pasado y el tiempo futuro,
Lo que pudo haber sido y lo que ha sido
Tienden a un solo fin, presente siempre.

de Cuatro cuartetos

Fotogramas de las adaptaciones de The Secret Garden

Tłum. Czesław Miłosz

Burnt Norton

I
Czas teraźniejszy i czas, który minął,
Razem obecne są chyba w przyszłości,
A przyszłość jest zawarta w czasie, który minął.
Jeżeli wszelki czas jest teraźniejszy wiecznie,
Niczym okupić nie daje się czas.
Co mogło było być, jest abstrakcją
I ciągle trwa jako możliwość
Jedynie w świecie spekulacji.
Co mogło było być i to, co było,
Jeden ma kres, teraźniejszy wiecznie.
Echo stąpania dudni nam w pamięci
Przejściem, w któreśmy sami nie wchodzili nigdy,
Ku drzwiom zamkniętym, których nie otwieraliśmy nigdy,
Do różanego ogrodu. Tak echem w pamięci
Są wam i moje słowa.
A na co i po co
Z misy płatków różanych otrząsamy pył,
Tego już nie wiem.
Inne także echa
Mieszkają w ogrodzie. Czy mamy tam iść?
Śpiesz, mówił ptak, znajdź ich, znajdź ich,
Oni tuż, tuż. Więc przez pierwszą bramę
W pierwszy nasz świat, czy mamy tam iść
Za oszukaństwem drozda? W nasz najpierwszy świat.
Tam byli oni, dostojni, niewidzialni,
Sunąc bez dźwięku po warstwach suchych liści
W jesiennym upale, i powietrze drgało,
I wołał ptak do wtóru niesłyszalnej
Muzyce ukrytej w zaroślach ogrodu,
I niewidziany promień oczu minął nas, bo róże
Miały wygląd kwiatów, na które ktoś patrzy.
Stały tam niby goście uprzejmie przyjęci.
Szliśmy i goście z nami, rząd za rzędem,
Pustą aleją, pod szpaler bukszpanu,
Żeby zaglądnąć w sadzawkę bez wody.
Sucha sadzawka, suchy beton, rdza na skraju,
Woda ją napełniła słonecznego światła
I łagodnie, łagodnie wstawał lotos,
I powierzchnia mieniła się tym sercem światła,
Ich twarze tuż za nami, w sadzawce odbite.
A wtedy przeszedł obłok i sadzawka pusta.
Idź, mówił ptak, bo dzieci w listowiu
Skryły się, szepcząc, powstrzymując śmiech.
Idź, idź, idź, mówił ptak: ludzki gatunek
Znieść nie umie niczego, co zbyt rzeczywiste.
Co mogło było być i to, co było,
Jeden ma kres, teraźniejszy wiecznie.

z Cztery kwartety

BURNT NORTON

Time present and time past
Are both perhaps present in time future,
And time future contained in time past.
If all time is eternally present
All time is unredeemable.
What might have been is an abstraction
Remaining a perpetual possibility
Only in a world of speculation.
What might have been and what has been
Point to one end, which is always present.
Footfalls echo in the memory
Down the passage which we did not take
Towards the door we never opened
Into the rose-garden. My words echo
Thus, in your mind.
                              But to what purpose
Disturbing the dust on a bowl of rose-leaves
I do not know.
                        Other echoes
Inhabit the garden. Shall we follow?
Quick, said the bird, find them, find them,
Round the corner. Through the first gate,
Into our first world, shall we follow
The deception of the thrush? Into our first world.
There they were, dignified, invisible,
Moving without pressure, over the dead leaves,
In the autumn heat, through the vibrant air,
And the bird called, in response to
The unheard music hidden in the shrubbery,
And the unseen eyebeam crossed, for the roses
Had the look of flowers that are looked at.
There they were as our guests, accepted and accepting.
So we moved, and they, in a formal pattern,
Along the empty alley, into the box circle,
To look down into the drained pool.
Dry the pool, dry concrete, brown edged,
And the pool was filled with water out of sunlight,
And the lotos rose, quietly, quietly,
The surface glittered out of heart of light,
And they were behind us, reflected in the pool.
Then a cloud passed, and the pool was empty.
Go, said the bird, for the leaves were full of children,
Hidden excitedly, containing laughter.
Go, go, go, said the bird: human kind
Cannot bear very much reality.
Time past and time future
What might have been and what has been
Point to one end, which is always present.

(No. 1 of Four Quartets)

Kōbō Abe

1924-1992, Japón

Trad. Kazuya Sakai

La mujer de la arena

Pero si eso fuera todo, no habría por qué tomar las cosas tan en serio. Si aquel hombre no hubiera tenido la misma reacción que los demás colegas, quizás él no se habría obstinado tanto.
Ese hombre en principio le inspiraba confianza. Estaba entusiasmado con el movimiento gremial, y se caracterizaba por sus ojos hinchados y su aspecto de tener la cara recién lavada. Incluso una vez ensayó confiarle sus pensamientos íntimos, cosa que no acostumbraba hacer con otros.
—Tengo serias dudas acerca del sistema de educación que intenta darle sentido a la vida. ¿Cuál es su opinión?
—¿Qué quiere decir con «darle sentido a la vida»?
—Dicho de otro modo, una educación ilusoria que conduce a la creencia de que uno es algo, cuando en realidad no es nada… Por eso, en estos momentos estoy interesado en la arena, por ejemplo, porque, aunque es sólida, tiene propiedades definitivamente hidrodinámicas…
El otro, perplejo, se encorvó hacia adelante, arqueando aún más su espalda felina. Pero su expresión, como antes, permanecía abierta; no parecía estar disgustado. Alguien había dicho de él que se parecía a una cinta de Möbius. Una cinta de Möbius es una cinta de papel retorcida y unida en círculo que representa una superficie sin anverso ni reverso. ¿Querrían decir que la vida gremial y la privada de este hombre formaban un círculo de Möbius? Recordaba que el apodo contenía una ironía y al mismo tiempo cierta admiración hacia ese hombre.
—¿Quiere decir una educación realista?
—No; si puse el ejemplo de la arena es porque, en última instancia, pienso que el mundo es como la arena… No se puede conocer su verdadera naturaleza mientras se la considera como cuerpo estático… No es que la arena fluya; el fluir mismo es la arena… Lo siento, no lo puedo explicar mejor…
—Entiendo lo que quiere decir. En una educación práctica, no se pueden evitar los elementos relativos, ¿no es así?
—No, no es eso. Uno mismo se convierte en arena… Ve con los ojos de la arena… Es decir, es lo mismo que cuando uno muere; entonces no surge la necesidad de dar vueltas a la idea de que uno va a morir…
—Usted deber ser un idealista. Yo creo que debe temer a los estudiantes, ¿no es verdad?
—Y bien, sí, porque pienso que los estudiantes también son como la arena…
El hombre rió afablemente mostrando sus dientes blancos, sin la menor señal de disgusto por la divergencia; sus ojos hinchados se hundían entre los pliegues de la piel. No pudo menos que devolver una vaga sonrisa a ese que no era más que un círculo de Möbius. Realmente lo era, en el sentido bueno y en el malo. Y el lado bueno era suficientemente respetable.


Me hundo…, me hundo…, pronto estaré enterrado hasta la cintura… ¿Qué demonios tengo que hacer?… Si pudiera aumentar la superficie de contacto con la arena, tendría menos peso por centímetro cuadrado, y posiblemente detendría un poco el hundimiento…
Se estiró a lo largo, con los brazos extendidos… Era demasiado tarde. Había pensado tenderse de bruces, pero la parte inferior de su cuerpo ya estaba fijada verticalmente en la arena. Era imposible que sus ya exhaustas caderas se mantuvieran en ángulo recto por un lapso de tiempo apreciable. A menos que uno fuera un artista del trapecio, tarde o temprano llegaría al límite de la resistencia.
¡Qué oscuridad!… El mundo entero ha cerrado sus ojos y se ha tapado los oídos… ¡Nadie es capaz de acudir cuando estoy a punto de perecer! El miedo le cerró la garganta, y de repente estalló. Se le aflojó la mandíbula, y el hombre soltó un grito animal:
—¡Auxilio!
¡El lugar común inevitable!… Pues, ¿y qué?… ¿De qué sirve la originalidad cuando se está a punto de morir? Quiero decir viviendo como sea, aun con todas las características de un pastelito hecho en molde… Pronto me hundiré hasta el pecho, hasta la barbilla, hasta la nariz… ¡Ya basta! ¡Tengo bastante!
—¡Auxilio! ¡Por favor!… ¡Pronto, lo que sea! ¡Por favor, auxilio! ¡Por favor!
Por fin empezó a llorar. Al principio controló sus sollozos, pero pronto se convirtieron en llanto desatado. Temblando de miedo, con la horrible sensación de que todo se derrumbaba y estaba perdido. No importa si nadie me está viendo… Es demasiado injusto que todo esté pasando sin tener en cuenta los trámites… Hasta cuando muere un reo sentenciado, queda por lo menos un registro… Sí, gritaré hasta cansarme… ¡No tengo la culpa de que nadie esté mirando!
Así, cuando súbitamente unas voces le gritaron desde atrás, la sorpresa resultó devastadora. Lo derrotó completamente, hasta su sensación de vergüenza quedó borrada, como un ala de libélula consumida en un instante por el fuego.
—¡Hey, usted! ¡Agárrese a esto!
Un largo pedazo de tabla se deslizó hasta él y le dio en un costado del abdomen. Un círculo de luz cortó la oscuridad y cayó sobre la tabla. Torció con dificultad la parte superior de su cuerpo, rogando a los hombres que sentía detrás de él:
—Por favor, sáquenme con esta cuerda…
—No, no podemos sacarlo como si fuera una raíz…
La risa estalló a sus espaldas. No podía asegurarlo, pero debían ser cuatro o cinco.
—Aguante un poco más, ya hemos enviado por unas palas… Suba los codos a esa tabla y no tendrá qué temer…
(…)
LE pasaron una cuerda bajo los brazos, y como un bulto lo bajaron al pozo. Nadie dijo una palabra, y se diría que estaban asistiendo a un entierro. El hoyo era profundo y oscuro. La luz de la luna envolvía el paisaje de las dunas en una claridad sedosa, perfilando las ondas de la arena y las huellas de los pasos, como pliegues de vidrio; no obstante, sólo el pozo, rehusando tener un papel en el paisaje, se veía negro como boca de lobo. No es que lo molestara especialmente. Agotado como estaba, el simple hecho de levantar la cabeza para mirar lo mareaba y le causaba náusea.
Dentro de la sombra, la mujer era una mancha oscura, sobre el fondo negro. Lo acompañó hacia la cama, pero por alguna razón no alcanzaba a verla. No, no era sólo la mujer, todas las formas a su alrededor se habían vuelto borrosas. Aún después de haberse dejado caer en el lecho, mentalmente seguía corriendo con todas sus fuerzas en la arena… Y dormido, siguió corriendo en sueños. Pero su sueño era ligero. Recordaba perfectamente el ladrido distante de los perros, el sonido del vaivén de las canastas. Recordaba también que durante la noche la mujer había regresado para buscar algo de comer, y que había encendido la lámpara junto a su almohada. Despertó del todo la vez que se levantó a beber agua. Pero no se sentía con energía suficiente para ir a ayudar a la mujer en su tarea.
(…)
Cerró los ojos… Ante él flotaban ondulantes manchas de luz… Si trataba de atraparlas, en un instante se arremolinaban y escapaban… Como sombras de escarabajos que hubiesen quedado en la arena.
Lo despertaron los sollozos de la mujer.
—¿Por qué lloras?
La mujer se apresuró a levantarse, tratando de ocultar su embarazo.
—Lo siento… Iba a hacerle un poco de té…
Su voz llorosa lo intrigó. Su espalda, encorvada para atizar el fuego, le daba un aspecto extrañamente turbado y le llevó algún tiempo entender lo que significaba. Sus movimientos eran lentos, como si hojeara trabajosamente las páginas de un libro mohoso. De todas maneras había conseguido volver las hojas. De pronto se vio tan desgraciado que tuvo lástima de sí mismo.
—Fracasé…
—Sí…
—Realmente, fallé de la manera más tonta.
—Pero es que no ha habido una persona que lo haya logrado, ni una sola…
La mujer hablaba con voz nasal, pero había en esa voz cierta fuerza, como si estuviera justificando el fracaso del hombre. Era una ternura lastimosa. ¿No sería demasiado injusto que tanta ternura no fuese compensada?
—Lástima… Pensaba que, de lograrlo, compraría una radio y te la enviaría de inmediato…
—¿Una radio?
—Lo estuve pensando todo el tiempo.
—Oh, no…, no tiene por qué… —dijo ella como disculpándose—. Si trabajo fuerte en labores adicionales, podré comprarla yo misma… Si fuera en cuotas mensuales, sólo tendría que pagar el anticipo, ¿verdad?
—Bueno, tienes razón. Si la compraras en cuotas mensuales, podrías…
—Cuando hierva el agua, ¿quiere que le lave la espalda?
Lo invadió una tristeza como la luz del alba… Bien podían lamerse mutuamente las heridas. Pero, de persistir en las heridas que no se cierran nunca, terminarían por quedarse sin lengua.
—No me había convencido… Pero imagino que la vida no es algo a lo que uno pueda conformarse… Hay vidas de todas clases, y suele verse más verde el otro lado del monte… Lo insoportable para mí es no saber en qué voy a terminar si continúo viviendo de este modo… Aunque lo cierto es que nunca se sabe, cualquiera que sea la vida que uno lleve… No puedo dejar de sentir que sería preferible una vida con algo de distracción…
—¿Quiere que lo lave?
Hablaba como dándole ánimos. Era una voz suave, atractiva. Lentamente se desabrochó la camisa y los pantalones. Sentía como si la arena lo hubiera invadido hasta dentro de la carne. («¿Qué estará haciendo ‹ella›?»)… Era como si todo lo sucedido hasta ayer estuviera a siglos de distancia.
La mujer empezó a enjabonar la toalla.

Fotogramas de La mujer de la arena (1964) de Hiroshi Teshigahara

Tłum. Mikołaj Melanowicz

Kobieta z wydm

I właśnie dlatego – jeśli tylko o to chodzi – nie ma powodu brać tego na serio. Jeśliby tamten mężczyzna, “Mobius», nie zareagował tak samo jak inni jego koledzy, to nie wiadomo, czy byłby tak uparty.
W zasadzie ufał jedynie tamtemu mężczyźnie. Był to entuzjasta ruchu zawodowego, miał podpuchnięte oczy i zawsze wyglądał, jakby dopiero co umył twarz. Raz nawet spróbował otworzyć przed nim szczerze swoje serce, które tak rzadko otwierał dla innych.
– Co ty o tym myślisz? Jeśli chodzi o mnie, duże wątpliwości budzi system nauczania zakładający, że życie ma jakiś sens…
– Co? Co rozumiesz przez “sens»?
– Krótko mówiąc wychowanie iluzoryczne, które wpaja przekonanie, że coś jest, gdy tego nie ma… Właśnie dlatego tak bardzo interesuje mnie piasek, który będąc ciałem stałym posiada w dużym stopniu właściwości hydrodynamiczne…
Jego rozmówca, lekko przygarbiony, z zakłopotaniem pochylił się jeszcze bardziej do przodu. Lecz twarz jego jak poprzednio – była całkowicie widoczna. Nie wyczytał z niej nawet śladu zniechęcenia. Ktoś kiedyś o nim powiedział, że podobny jest do wstęgi Móbiusa. A wstęga Mobiusa – to pasek papieru, którego końce, po uprzednim skręceniu jednego z nich, są ze sobą sklejone tak, że tworzą zamknięty okrąg nie posiadający wierzchu ani spodu. Czy mogło to oznaczać, że działalność związkowa i życie prywatne są złączone na podobieństwo wstęgi Mobiusa? Czuł podziw dla tego człowieka, a jednocześnie odnosił się cynicznie do jego teorii.
– Innymi słowy chodzi ci o wychowanie realne?
– Nie, podałem jako przykład piasek… bo czyż w końcu świat nie jest podobny do piasku? Bardzo trudno uchwycić istotę piasku, jeśli go się rozpatruje jako ciało stałe. Piasek nie tylko płynie – sam ten przepływ j e s t piaskiem. Przepraszam, nie mogę tego wyrazić lepiej…
– Rozumiem, do wychowania praktycznego zawsze wchodzą elementy relatywistyczne, prawda?
– Nie o to chodzi. Sami stajemy się piaskiem… i patrzymy na rzeczy oczyma piasku. Gdy już raz umrzesz, nie potrzebujesz martwić się śmiercią.
Jesteś idealistą. Myślę, że musisz bać się własnych uczniów, nieprawda?
– Tak, gdy myślę, że moi uczniowie są również podobni do piasku…
Mężczyzna wcale nie dał poznać po sobie, że zniecierpliwiła go wymiana tych zdań, wydawałoby się, bez sensu – roześmiał się serdecznie pokazując białe zęby.
Podpuchnięte oczy skryły się całkowicie w fałdach skóry. Rzeczywiście, wyglądał zupełnie jak ta wstęga Mobiusa. Zarówno w dobrym, jak i w złym sensie. A z tej dobrej strony zasługiwał na pochwałę i szacunek.


Tonie coraz głębiej, coraz głębiej… zaraz zapadnie się powyżej kości biodrowej… Co ma robić, na Boga? Gdyby mógł powiększyć powierzchnię kontaktu z piaskiem, ciężar ciała by się zmniejszył w stosunku do danej powierzchni choć trochę, i udałoby się powstrzymać tonięcie. Wyciągnął obie ręce i przylgnął do ziemi. Lecz już było za późno! Chciał się położyć na brzuchu, lecz całą dolną część jego ciała piasek utrzymywał w pozycji pionowej. Nie sposób utrzymać zmęczonych bioder pod właściwym kątem przez czas dłuższy. Jeśli się nie jest dobrze wytrenowanym akrobatą, zachowanie tej pozycji jest bardzo trudne.
Jak ciemno! Cały świat zamknął oczy i zatkał uszy. Ja tu umieram, a nikt nawet nie spojrzy! Lęk szarpnął za gardło i nagle wybuchnął. Mężczyzna otworzył szeroko usta i wydał zwierzęcy krzyk
– Na pomoc!
Szablonowe wyrażenie. Dobrze, niech będzie szablon… Cóż znaczy indywidualność, gdy człowiek patrzy w oczy śmierci? Chcę żyć za wszelką cenę; zwykłym szarym życiem! Wkrótce zapadnie się po piersi, po brodę, już piasek sięga nosa… Stop, dość!
– Ratunku! Proszę! Obiecuję wszystko! Proszę, pomóżcie!… proszę!
W końcu się rozpłakał. Początkowo próbował się jeszcze opanować, potem płacz jego stał się niepohamowanym lamentem. Poddał się już uczuciu poniżającej klęski i drżał przerażony. Nikt go nie widział, było mu więc obojętne. To niesprawiedliwe, że wszystko odbywało się bez żadnych formalności.
Gdy umierał skazaniec, pozostawała po nim przynajmniej notatka w kronice więzienia. On mógł jęczeć. ile chciał… nikt nie patrzył.
Dlatego zdumienie, gdy nagle zawołano na niego z tyłu; było nawet, do pewnego stopnia, okrutne. Był całkowicie pokonany. Nawet uczucie wstydu i poniżenia spopielało w osłupieniu jak podpalone skrzydło ważki.
– Ej, chwyć się tego!
Długi kawałek deski ześliznął się i trafił go w bok. Krąg światła przeciął ciemności i zatrzymał się na desce. Mężczyzna wykręcił swą obezwładnioną górną część ciała i zwrócił się błagalnie do mężczyzn, którzy – jak mu się zdawało – stali za nim.
– Proszę wyciągnąć mnie tym sznurem…
– Też coś, nie jesteś przecież korzeniem, żebyśmy mieli cię wyrywać. – Z tyłu rozległ się śmiech. Nie był pewien, ale mogło ich być czterech lub pięciu.
– Właśnie poszli po łopatę, jeszcze trochę cierpliwości. Gdy oprzesz łokcie na tej desce, nie masz się czego obawiać.
(…)
Uwiązano go na linie i ponownie spuszczono do dołu, jak bagaż. Nikt nie powiedział słowa, jak gdyby to była ceremonia pogrzebowa. Dół był głęboki i ciemny. Księżyc owijał krajobraz wydm słabym, jedwabnym blaskiem uwydatniającym nawet odciski stóp i fale powstałe od wiatru, niby fałdy na szkle. Tylko to miejsce było wyłączone z krajobrazu i stanowiło po prostu ciemną plamę. Nie przejmował się tym specjalnie. Był tak wyczerpany że gdy podnosił głowę, by spojrzeć na księżyc, dostawał zawrotów głowy i nudności.
Kobieta była jeszcze ciemniejszą plamą w tym mroku. Szła za nim, gdy kierował swe kroki ku pościeli, lecz nie wiadomo dlaczego – była dla niego niewidoczna. Nie, nie tylko kobieta – wszystko dokoła było zasnute mgłą. Nawet potem, gdy opadł na posłanie, wydawało mu się, że ostatkiem sił biegnie jeszcze po piasku… I gdy zasnął, we śnie nie przestawał biec. Ale sen miał lekki. W pamięci zachowały się odgłosy pracujących przy piasku mężczyzn i szczekanie psów w oddali. Dobrze pamiętał, jak kobieta przerwała pracę, przyszła na kolację i zapaliła lampę stojącą obok poduszki. Raz wstał, by napić się wody, i znowu natychmiast zapadł w sen. Nie miał jeszcze tyle sił, by wstać i pomóc kobiecie.
(…)
Zamknął oczy. Wydawało mu się, że przepływają przed nim plamy światła. Gdy chciał je złapać, zawirowały i uciekły. Wyglądały jak cienie cicindeli na piasku.
Obudził go płacz kobiety.
– Dlaczego płaczesz?
Aby ukryć zmieszanie, wstała z pośpiechem.
– Przepraszam… chciałam właśnie przygotować herbatę.
Zaskoczyło go, że mówiła nosowym głosem, przez łzy. W sylwetce kobiety, zwróconej do niego tyłem i pochylonej przy poprawianiu ognia w palenisku, był jakiś dziwny niepokój – upłynęła dłuższa chwila, nim pojął, o co chodzi. Myślał tak wolno, jakby chciał odwrócić kartkę pokrytej pleśnią książki. Udało mu się jednak to uczynić. Nagle uświadomił sobie, jak bardzo jest nieszczęśliwy i godny litości.
– Nie udało mi się…
– Tak.
– Naprawdę, nie udało mi się zupełnie.
– Nie udało się to przecież jeszcze ani razu… nikomu… Powiedziała to niepewnie, głosem, w którym kryła się jednak jakaś siła, i zdawało mu się, że starała się go usprawiedliwić. Jakżeż godna litości była jej czułość. Skrzywdziłby ją, gdyby jej tego nie wynagrodził.
– Niestety… Gdyby mi się udało, przysłałbym ci radio.
– Radio…
– Już od dawna myślałem o tym.
– Och, nie trzeba… nie potrzebujesz tego robić… powiedziała zmieszana, jakby go przepraszała. – Jeśli wezmę dużo dodatkowej pracy, będę mogła kupić je tutaj sama. Gdybym kupowała na raty, to wystarczyłoby wpłacić zaliczkę, prawda?
– No, chyba tak, jeśli na raty.
– Zagotuję wodę i umyję ci plecy, dobrze?
Nagle wezbrał w nim smutek barwy poranka. Mogliby sobie wzajemnie lizać rany. Lecz gdyby nawet do końca życia lizali swe nieuleczalne rany, to i tak by się nie zagoiły, a tylko zdarliby sobie języki.
– Nie zrozumiałem… Lecz koniec końców, życie niełatwo zrozumieć. Jest tamto życie i to życie, a to po tamtej stronie wygląda nieco lepiej… Najtrudniejsze do zniesienia jest to, że nie wiadomo, co nas jeszcze czeka. Oczywiście, nigdy tego nie będziemy wiedzieli, niezależnie od tego, jakie jest nasze obecne życie. A jednak nie mogę sil oprzeć wrażeniu, że lepsze jest to życie, które – jakie by nie było – pozwala człowiekowi zapomnieć o wszystkim…
– Czy mogę umyć…
Powiedziała to, jakby chciała dodać mu otuchy. Głos jej był łagodny, wzruszający. Mężczyzna rozpiął koszulę i zaczął zdejmować spodnie. Piasek pokrywał całą skórę. (Ciekawe, co robi teraz tamta?) Wydawało mu się, że to, co przeżył wczoraj, wydarzyło się przed wiekami.
Kobieta zaczęła namydlać ręczniczek.

Adrienne Rich

1929-2012, EE. UU

Sobre Tina Modotti escribió Pablo Neruda:

“Puro tu nombre suave, pura tu frágil vida,
abejas, sombras, fuego, nieve, silencio y espuma,
combinaron con acero, alambre y
polen para crear tu firme  
y delicado ser”.

Trad. Natalia Carbajosa

modotti

Tus huellas de luz sobre papel fotosensible
la máquina de escribir que hiciste famosa
mis pasos tras de ti por el hueco de roble gastado
y con restos de periódico de la escalera
el vaho del aliento manchando las ventanas
pasillos de baldosa y enlucido amarillento
si es aquí donde te he de buscar
pues aquí es donde te he de encontrar

Desde el óvalo mojado de una farola inclinada
sobre un bordillo cubierto de periódicos
cuyos titulares te apuntan justo a los ojos
hasta la luz oscura en el aire condensado de una estancia
estos pasos con los que te sigo
por las baldosas de un pasillo rojo
si éste es el modo de encontrarte
claro está que es así como he de encontrarte

Tendidos a secar tus negativos en un cuarto oscuro
colgados sobre el óvalo de una bañera
tus huellas de luz sobre papel fotosensible
curvándose en montones bajo cristales ennegrecidos
tu guarida siempre arriba
el gesto severo de tus cejas
–estos pasos con los que te sigo
no son para apresarte–

Las rectas pestañas de tu mirada
la máquina de escribir que hiciste famosa
tu inmensa voluntad de capturar y encuadrar
lo que fue y es, aún líquido, fluido
sobre tus testimonios revelados, tu
bombilla en un techo descascarillado
pues si así es como te encuentro

Modotti así te encuentro
Bajo la luz roja de tu cuarto oscuro
desde tu vecindario de volcanes
hasta el geranio clavado en una lata
sobre la pared de tu guarida en lo alto
casi sin resuello una ventana
de la revolución te admitió
en esta escalera amarillenta en este ojo de largas pestañas
                                                                                                                                 estos
pasos con los que te sigo

Tina Modotti, portal de una casa en Breslavia

Tłum. Ada Trzeciakowska

modotti

Twoje odciski światła na czułym papierze
ta maszyna do pisania, którą uczyniłaś sławną
moje kroki podążające za tobą po schodach…
szyby ze spękanego dębu i strzępów gazet
te szyby okienne zamazane zduszonym oddechem
korytarze kafli i pożółkłego tynku
skoro mam cię tu szukać
to tu cię odnajdę

Od mokrego rombu ulicznej latarni wygiętego
nad krawężnikiem oklejonym gazetami
z nagłówkami wymierzonymi w twoje oczy
do mrocznego, zamglonego oddechem pokoju
tymi śladami podążam za tobą
po płytach czerwonego korytarza.
skoro to sposób, by cię znaleźć
oczywiście, że tak cię odnajdę

Twoje negatywy rozwieszone w ciemni
zamocowane nad zaokrąglonym rombem wanny
twoje odciski światła na czułym papierze
w stosy zwiniętych pod poczerniałymi szybami
twoja kryjówka zawsze na górze
surowa ekspozycja twoich brwi
– tymi śladach podążam z(a) tobą
lecz nie po to, by cię złapać.

Sztywne rzęsy twojego błyskowego oka
ta maszyna do pisania, którą uczyniłaś sławną
twoja wielka wola, by złapać i ująć w ramy
to co było, jest, wciąż płynne, potoczyste jak
twoja ekspozycja manifestów, twoja
żarówka pod spękanym sufitem
skoro w ten sposób cię odnajdę

Modotti, tak cię odnajduję
W czerwonym świetle twojej ciemni
od twojego sąsiedztwa wulkanów
po pelargonie wetknięte w puszkę
na ścianie twojej kryjówki na górze
w urwanym oddechu okno
rewolucji popchnęło cię
na te pożółkłe schody, w tym wielkim ocienionym rzęsami oku
                                                                                                                                    tymi
 śladami podążam z(a) tobą

MODOTTI

Your footprints of light on sensitive paper
that typewriter you made famous
my footsteps following you up stair-
wells of scarred oak and shredded newsprint
these windowpanes smeared with stifled breaths
corridors of tile and jaundiced plaster
if this is where I must look for you
then this is where I’ll find you

From a streetlamp’s wet lozenge bent
on a curb plastered with newsprint
the headlines aiming straight at your eyes
to a room’s dark breath-smeared light
these footsteps I’m following you with
down tiles of a red corridor
if this is a way to find you
of course this is how I’ll find you

Your negatives pegged to dry in a darkroom
rigged up over a bathtub’s lozenge
your footprints of light on sensitive paper
stacked curling under blackened panes
the always upstairs of your hideout
the stern exposure of your brows
—these footsteps I’m following you with
aren’t to arrest you

The bristling hairs of your eyeflash
that typewriter you made famous
your enormous will to arrest and frame
what was, what is, still liquid, flowing
your exposure of manifestos, your
lightbulb in a scarred ceiling
well if this is how I find you

Modotti so I find you
In the red wash of your darkroom
from your neighborhood of volcanoes
to the geranium nailed in a can
on the wall of your upstairs hideout
in the rush of breath a window
of revolution allowed you
on this jaundiced stair in this huge lashed eye
                                                                                              these
footsteps I’m following you with

Amelia Biagioni

1916-2000, Argentina

Cavante, andante

A veces
soy la sedentaria.
 
Arqueóloga en mí hundiéndome,
excavo mi porción de ayer
busco en mi fosa descubriendo
lo que ya fue o no fue
soy predadora de mis restos.
 
Mientras me desentierro y me descifro
Y recuento mi antigüedad,
pasa arriba mi presente y lo pierdo.
 
Otras veces
me desencorvo con olvido
pierdo el pasado y soy la nómada.
 
Exploradora del momento que me invade,
remo sobre mi canto suyo
rumbo al naufragio en rocas del callar,
o atravieso su repentino bosque mío
hacia el claro de muerte.
 
Y a extremas veces
mientras sobrecavándome
descubro al fondo mi
fulgor inmóvil ojo
de cerradura inmemorial,
 
soy ave llave en el cenit
ejerciendo
mi remolino.

Cuaderno de Samineh Alafar con fotogramas de Sergei Parajanov

Tłum. Ada Trzeciakowska

Cavante, andante

Czasem,
wiodę tryb życia osiadły..

Archeolożka w samej sobie zatapiam się,
odkopując porcję wczorajszego dnia,
przegrzebuję własny grób odkrywając
co było lub czego nie było,
ja drapieżnik własnych szczątków.

Podczas gdy odkopuję się i rozpoznaję
robię rachunki z trwania,
a teraźniejszość przesuwa się nade mną i tracę ją.

Innym razem
rozprostowuję się w niepamięci
tracę przeszłość, staję się koczownikiem.

Badaczka porwana przez chwilę,
wiosłuję na mej pieśni
by rozbić się o skały ciszy,
lub przecinam jej nagły mój las
w drodze na polanę śmierci.

A w skrajnych przypadkach,
gdy kopiąc zbyt głęboko
odkrywam na dnie mój
niewzruszony blask,
odwieczną dziurkę od klucza,

staję się ptakiem kluczem w zenicie
wciąganym przez
swój wir.

Björk Guðmundsdóttir

1965 -, Islandia

Trad. Ada Trzeciakowska

UnrAvel

cuando estás lejos
mi corazón se deshilacha
lentamente se deshace
en un ovillo

el diablo lo recoge
con una sonrisa malvada
nuestro amor
en un ovillo

él nunca nos lo devolverá

así que cuando regreses
tendremos que hilar un amor nuevo

Directora: Lynn Fox (2003)

Tłum. Ada Trzeciakowska

UnrAvel

gdy jesteś daleko
moje serce się rozsnuwa
pruje się powoli
na kłębek przędzy

a diabeł zwija ją
w śmiechu szczerząc zęby
naszą miłość
na kłębek przędzy

nigdy nam jej nie zwróci

dlatego gdy powrócisz
będziemy musieli utkać sobie nową miłość.

UnrAvel

while you are away
my heart comes undone
slowly unravels
in a ball of yarn

devil collects it
with a grin
our love
in a ball of yarn

he’ll never return it
so when you come back
we’ll have to make new love

Wallace Stevens

1979 – 1955, Estados Unidos

La verdad parece ser aquello que vivimos en conceptos de imaginación antes de que la razón los haya fijado.

Wallace Stevens en El valor de la imaginación

Trad. Andrés Sánchez Robayna

Seis paisajes significativos

III

Me mido a mí mismo
En un árbol alto.
Descubro que yo soy mucho más alto,
Porque alcanzo directamente al sol,
Con mi ojo;
y alcanzo a la orilla del mar
Con mi oído.
Aún así, no me gusta
La forma en que las hormigas
Entran y salen de mi sombra.

Harmonium, 1923

Fotografías propias (Povedillla)

Tłum. Jacek Gutorow

Sześć znaczących pejzaży

III

Porównuję siebie
Z wysokim drzewem
Odkrywam, że jestem znacznie wyższy
Bo sięgam słońca
Wzrokiem
I sięgam morskiego brzegu
Słuchem
Jednak nie podoba mi się
Sposób w jaki mrówki pełzną
Do i od mojego cienia

z tomu Harmonium, 1923

DomSix Significant Landscapes

III

I measure myself
Against a tall tree.
I find that I am much taller,
For I reach right up to the sun,
With my eye;
And I reach to the shore of the sea
With my ear.
Nevertheless, I dislike
The way ants crawl
In and out of my shadow.

Wallace Stevens

1979 – 1955, Estados Unidos

La verdad parece ser aquello que vivimos en conceptos de imaginación antes de que la razón los haya fijado.

Wallace Stevens en El valor de la imaginación

Trad. Alberto Girri

Dominio del negro

De noche, junto al fuego,
los colores de los arbustos
y de las hojas caídas,
repitiéndose,
giraban en el cuarto
como las mismas hojas
girando en el viento.
Sí: pero el color de los pesados abetos
entró a grandes pasos.
Y recordé el grito de los pavos reales.

Las tonalidades de sus colas
eran como las mismas hojas
girando en el viento,
en el viento del crepúsculo.
Se arrastraban por el cuarto,
así como descendían volando desde las ramas
de los abetos hasta el suelo.
Los oí gritar… los pavos reales.
¿Era un grito en contra del crepúsculo
o en contra de las mismas hojas
girando en el viento,
girando como las llamas
giraban en el fuego,
girando como las colas de los pavos reales
giraban en el sonoro fuego,
sonoro como los abetos
plenos del grito de los pavos reales?
¿O era un grito en contra de los abetos?

Ventanas afuera,
vi cómo los planetas se agrupaban
a semejanza de las hojas
girando en el viento.
Vi cómo llegaba la noche,
a grandes pasos, como el color de los pesados abetos.
Sentí miedo.
Y recordé el grito de los pavos reales.

Harmonium, 1923

Bellísima escena de Armonías de Werckmeister de Béla Tarr: el movimiento giratorio, la noche de los tiempos, el terror. Y también el título que comparte con el poemario: son los motivos por los que decidí complementar el poema con esta sublime secuencia .

Tłum. Jacek Gutorow

Dominacja czerni

W nocy przy kominku
Kolory krzaków
I opadłych liści
Powtarzały się
I wirowały w pokoju
Jak same liście
Wirujące na wietrze.
Tak. Ale kolor ciężkich świerków
Wszedł, odmierzając kroki.
I zapamiętałem krzyk pawi.

Kolory ich ogonów
Były jak liście
Wirujące na wietrze,
Na wietrze o zmierzchu.
Omiatały cały pokój,
Opadały z gałęzi świerków
Na ziemię.
Słyszałem jak krzyczały – pawie.
Czy krzyczały przeciw zmierzchowi
Czy też przeciw liściom
Wirującym na wietrze,
Wirującym jak płomienie
W ogniu, wirującym jak pawie ogony
W głośnym ogniu,
Głośnym jak świerki
Pełne krzyku pawi?
A może krzyczały przeciw świerkom?

Za oknem
Widziałem, jak się zbierają planety,
Przypominające liście
Wirujące na wietrze.
Widziałem, jak nadeszła noc,
Odmierzała kroki jak kolor ciężkich świerków.
Przestraszyłem się.
I zapamiętałem krzyk pawi.

z tomu Harmonium, 1923

Domination of Black

At night, by the fire,
The colors of the bushes
And of the fallen leaves,
Repeating themselves,
Turned in the room,
Like the leaves themselves
Turning in the wind.
Yes: but the color of the heavy hemlocks
Came striding.
And I remembered the cry of the peacocks.

The colors of their tails
Were like the leaves themselves
Turning in the wind,
In the twilight wind.
They swept over the room,
Just as they flew from the boughs of the hemlocks
Down to the ground.
I heard them cry — the peacocks.
Was it a cry against the twilight
Or against the leaves themselves
Turning in the wind,
Turning as the flames
Turned in the fire,
Turning as the tails of the peacocks
Turned in the loud fire,
Loud as the hemlocks
Full of the cry of the peacocks?
Or was it a cry against the hemlocks?

Out of the window,
I saw how the planets gathered
Like the leaves themselves
Turning in the wind.
I saw how the night came,
Came striding like the color of the heavy hemlocks
I felt afraid.
And I remembered the cry of the peacocks.

Eugenio Montejo

1938-2008, Venezuela

lo nuestro

Mira setiembre: nada se ha perdido
con fiarnos de las hojas.
La juventud vino y se fue, los árboles no se movieron.
El hermano al morir te quemó en llanto
pero el sol continúa.
La casa fue derrumbada, no su recuerdo.
Mira setiembre con su pala al hombro
cómo arrastra hojas secas.

La vida vale más que la vida, sólo eso cuenta.
Nadie nos preguntó para nacer,
¿qué sabían nuestros padres?¿los suyos que supieron?
Ningún dolor les ahorró sombra y sin embargo
se mezclaron al tiempo terrestre.
Los árboles saben menos que nosotros
y aún no se vuelven.
La tierra va más sola ahora sin dioses
pero nunca blasfema.
Mira setiembre cómo te abre el bosque
y sobrepasa tu deseo.
Abre tus manos, llénalas con estas lentas hojas,
no dejes que una sola se te pierda.

Fotos propias. Aranjuez.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Wrzesień

Spójrz na wrzesień: nic nie stracono
zaufawszy liściom.
Młodość nastała i odeszła, a drzewa nie drgnęły.
Umierając brat oparzył cię płaczem
ale słońce nadal świeci.
Dom zburzono, ale nie pamięć o nim.
Spójrz na wrzesień jak z szuflą na ramieniu.
powłóczy suchymi liśćmi.

Życie jest warte więcej niż życie, tylko to jest ważne.
Nikt nas nie pytał o narodziny.
cóż wiedzieli nasi rodzice? ich rodzice? co wiedzieli?
Żaden ból nie oszczędził im cienia, a jednak
zmieszały się z ziemskim czasem.
Drzewa wiedzą mniej niż my
lecz jeszcze nie wracają.
Ziemia kroczy coraz bardziej samotna bez bogów
lecz nigdy nie złorzeczy.
Spójrz na wrzesień, jak otwiera las przed tobą
i wyprzedza twoje życzenie.
Otwórz ramiona, wypełnij je tymi powolnymi liśćmi,
nie dopuść, by choć jeden się utracił.

Eugenio Montejo

1938-2008, Venezuela

lo nuestro

Tuyo es el tiempo cuando tu cuerpo pasa
   con el temblor del mundo,
   el tiempo, no tu cuerpo.
Tu cuerpo estaba aquí, tendido al sol, soñando,
   se despertó contigo una mañana
   cuando quiso la tierra.

Tuyo es el tacto de las manos, no las manos;
la luz llenándote los ojos, no los ojos;
acaso un árbol, un pájaro que mires,
   lo demás es ajeno.
Cuanto la tierra presta aquí se queda,
   es de la tierra.

Sólo trajimos el tiempo de estar vivos
entre el relámpago y el viento;
el tiempo en que tu cuerpo gira con el mundo,
el hoy, el grito delante del milagro;
la llama que arde con la vela, no la vela,
la nada de donde todo se suspende,
   —eso es lo nuestro.

lo mío

Tłum. Ada Trzeciakowska

TO, CO NASZE

To czas, kiedy twoje ciało przemija
   przy drżeniu świata,
   czas, nie ciało.
Twoje ciało było tutaj, leżało na słońcu, śniło,
   obudziło się z tobą kiedyś rano
   gdy ziemia go zapragnęła.

Twój jest dotyk rąk, lecz nie ręce;
światło wypełniające twoje oczy, lecz nie oczy;
może drzewo, ptak, na które patrzysz,
   wszystko inne jest obce.
To, co ziemia użycza tutaj, tutaj zostanie,
   do ziemi należy.

Wnieśliśmy tylko czas, w którym żyjemy
pośród błyskawic na wietrze;
czas, w którym twoje ciało obraca się wraz ze światem,
dzień dzisiejszy, płacz wobec cudu;
płomień, który płonie wraz ze świecą, lecz nie świecę,
nicość, w której wszystko jest zawieszone,  
   – oto, co nasze.

Eugenio Montejo

1938-2008, Venezuela

LA CAsa

En la mujer, en lo profundo de su cuerpo
   se construye la casa,
   entre murmullos y silencios.
Hay que acarrear sombras de piedras,
   leves andamios.
   imitar a las aves.

Especialmente cuando duerme
   y en el sueño sonríe
   —nivelar hacia el fondo,
    no despertarla;
seguir el declive de sus formas,
los movimientos de sus manos.

Sobre las dunas que cubren su sueño
    en convulso paisaje,
    hay que elevar altas paredes,
fundar contra la lluvia, contra el viento,
    años y años.

Un ademán a veces fija un muro,
de algún susurro nace una ventana,
desmontamos errantes a la puerta
    y atamos el caballo.

Al fondo de su cuerpo la casa nos espera
y la mesa servida con las palabras limpias
para vivir, tal vez para morir,
   ya no sabemos,
porque al entrar nunca se sale.

Escena de El espejo de Andréi Tarkovsky

Tłum. Ada Trzeciakowska

Dom

W kobiecie, w głębi jej ciała
   buduje się dom
   wśród szmerów i ciszy.
Trzeba przytaszczyć cienie kamieni,
    lekkie rusztowania.
    naśladować ptaki.

Zwłaszcza, gdy śpi
    i we śnie się uśmiecha
    -wyrównać do głębi,
    nie zbudzić jej;
śledzić pochyłość jej kształtów,
ruchy jej rąk.

Na wydmach pokrywających jej sen
    w konwulsyjnym krajobrazie,
    trzeba wznieść wysokie ściany,
wesprzeć by chroniły przed deszczem, przed wiatrem,
    przez lata.

Jeden gest czasem jest spoiną dla muru,
z jakiegoś szeptu rodzi się okno,
zsiadamy z siodeł zbłąkani przy drzwiach,
  wiążemy konia.

W głębi jej ciała czeka na nas dom
a na stole podano czyste słowa
do życia, a może do śmierci,
   już nie wiemy,
bo gdy wejdziemy, nie chcemy go opuszczać.

Gonzalo Rojas

1916-2011, Chile

RÉQUIEM DE LA MARIPOSA MUERTA

Sucio fue el día de la mariposa muerta.
                                                                    Acerquémonos
a besar la hermosura reventada y sagrada de sus pétalos
que iban volando libres, y esto es decirlo todo, cuando
sopló la Arruga, y nada
sino ese precipicio que de golpe,
y únicamente nada.

Guárdela el pavimento salobre si la puede
guardar, entre el aceite y el aullido
de la rueda mortal.
                                   O esto es un juego
que se parece a otro cuando nos echan tierra.
Porque también la Arruga…

O no la guarde nadie. O no nos guarde
larva, y salgamos dónde por último del miedo:
a ver qué pasa, hermosa.
                                             Tú que aún duermes ahí
en el lujo de tanta belleza, dinos cómo
o, por lo menos, cuándo.

De Réquiem de la mariposa (2001)

Collage propio

Tłum. Ada Trzeciakowska

Requiem dla martwego motyla

Brudny był dzień martwego motyla.
                                                                 Podejdźmy
by ucałować stłamszone i święte piękno jego płatków,
które unosiły się wolne, a to tyle co powiedzieć wszystko, kiedy
zdmuchnęła go Zmarszczka, i nic
ponad tą przepaścią, która nagle,
i wyłącznie nic.

Oszczędź jej słonawego chodnika, jeśli możesz
ocal go od oleju i skowytu
śmiertelnego koła.
                                  Czy to jest zabawa
przypominająca inną, gdy chowają nas.
Bo i Zmarszczka…

Albo niech go nikt nie ocala. Albo zachowaj dla nas
larwę, i otrząśnijmy się jak? w końcu ze strachu:
zobaczmy, co się stanie, piękności.
                                                              Ty, który wciąż śpisz tam
w luksusie nieopisanego piękna, powiedz nam jak?
lub, przynajmniej, kiedy?

César Vallejo

1892-1938, Perú

NO VIVE YA NADIE…

—No vive ya nadie en la casa —me dices—; todos se han ido. La sala, el dormitorio, el patio, yacen despoblados. Nadie ya queda, pues que todos han partido.

Y yo te digo: Cuando alguien se va, alguien queda. El punto por donde pasó un hombre, ya no está solo. Unicamente está solo, de soledad humana, el lugar por donde ningún hombre ha pasado. Las casas nuevas están más muertas que las viejas, porque sus muros son de piedra o de acero, pero no de hombres. Una casa viene al mundo, no cuando la acaban de edificar, sino cuando empiezan a habitarla. Una casa vive únicamente de hombres, como una tumba. De aquí esa irresistible semejanza que hay entre una casa y una tumba. Sólo que la casa se nutre de la vida del hombre, mientras que la tumba se nutre de la muerte del hombre. Por eso la primera está de pie, mientras que la segunda está tendida.

Todos han partido de la casa, en realidad, pero todos se han quedado en verdad. Y no es el recuerdo de ellos lo que queda, sino ellos mismos. Y no es tampoco que ellos queden en la casa, sino que continúan por la casa. Las funciones y los actos se van de la casa en tren o en avión o a caballo, a pie o arrastrándose. Lo que continúa en la casa es el órgano, el agente en gerundio y en círculo. Los pasos se han ido, los besos, los perdones, los crímenes. Lo que continúa en la casa es el pie, los labios, los ojos, el corazón. Las negaciones y las afirmaciones, el bien y el mal, se han dispersado. Lo que continúa en la casa, es el sujeto del acto.

Fotos propias

Tłum. Ada Trzeciakowska

NIKT JUŻ Tutaj NIE MIESZKA…

-Nikt już w tym domu nie mieszka -mówisz-; wszyscy sobie poszli. Salon, sypialnia, podwórko, świecą pustkami. Nikt nie został, bo wszyscy odeszli.

A ja powiem ci: Kiedy ktoś odchodzi, ktoś inny pozostaje. Miejsce, przez które przewinął się człowiek, nie jest już samotne. Samotne jest jedynie, i to ludzką samotnością, miejsce, przez które on się nie przewinął. Nowe domy są bardziej martwe niż stare, bo ich ściany są z kamienia lub ze stali, ale nie z ludzi. Dom przychodzi na świat, nie wtedy, kiedy zostaje zbudowany, ale gdy zaczyna być zamieszkiwany. Dom żyje ludźmi, jak grobowiec. Stąd nieodparte podobieństwo między domem a grobowcem. Tyle, że dom żywi się życiem człowieka, a grób jego śmiercią. Dlatego ten pierwszy stoi, a ten drugi leży.

Wszyscy odeszli z domu, rzeczywiście, ale wszyscy tak naprawdę pozostali. I to nie wspomnienie o nich pozostaje, ale oni sami. Co nie oznacza, że pozostają w domu, lecz, że nadal w nim trwają. Przedstawienia i działania opuszczają dom pociągiem, samolotem, konno, pieszo lub czołgając się. To, co trwa w domu to łącznik, czynnik sprawczy w imiesłowie czynnym i zapętlony. Odeszły kroki, pocałunki, przeprosiny i zbrodnie. To, co trwa w domu, to stopy, usta, oczy, serce. Negacje i afirmacje, dobro i zło, rozproszyły się. To, co nadal trwa w domu jest podmiotem działania.

Vicente Huidobro

1893-1943, Chile

El espejo de agua

Mi espejo, corriente por las noches,
Se hace arroyo y se aleja de mi cuarto.

Mi espejo, más profundo que el orbe
Donde todos los cisnes se ahogaron.

Es un estanque verde en la muralla
Y en medio duerme tu desnudez anclada.

Sobre sus olas, bajo cielos sonámbulos,
Mis ensueños se alejan como barcos.

De pie en la popa siempre me veréis cantando.
Una rosa secreta se hincha en mi pecho
Y un ruiseñor ebrio aletea en mi dedo.

Collage propio

Tłum. Marta Jordan

Lustro wody

Moje lustro każdej nocy się przemienia
w wartki strumień i z sypialni mej odpływa.

Moje lustro, stokroć głębsze niźli Ziemia,
co łabędzi ród wchłonęło, zatopiło.

W lustrze-stawie ma zieloną barwę woda
i twa nagość drzemie w nim zakotwiczona,

a po falach, pod bezsennym skłonem nieba,
niczym statki przepływają me marzenia.

Jam tam, na rufie – posłuchajcie śpiewu.
Róża tajemna w piersi mi rozkwita,
z palców pijany słowik się wyrywa.

Gonzalo Rojas

1916-2011, Chile

A quien vela, todo se revela

Bello es dormir al lado de una mujer hermosa,
después de haberla conocido
hasta la saciedad. Bello es correr desnudo
tras ella, por el césped
de los sueños eróticos.

Pero es mejor velar, no sucumbir
a la hipnosis, gustar la lucha de las fieras
detrás de la maleza, con la oreja pegada
a la espalda olorosa,
a mano como víbora en los pechos
de la durmiente, oírla
respirar, olvidada de su cuerpo desnudo.

Después, llamar a su alma
y arrancarla un segundo de su rostro,
y tener la visión de lo que ha sido
mucho antes de dormir junto a mi sangre,
cuando erraba en el éter;
como un día de lluvia.

Y, aún más, decirle: «Ven,
sal de tu cuerpo. Vámonos de fuga.
Te llevaré en mis hombros, si me dices
que, después de gozarte y conocerte,
todavía eres tú, o eres la nada»,

Bello es oír su voz: -«Soy una parte
de ti, pero no soy
sino la emanación de tu locura,
la estrella del placer, nada más que el fulgor
de tu cuerpo en el mundo».

Todo es cosa de hundirse,
de caer hacia el fondo, como un árbol
parado en sus raíces, que cae, y nunca cesa
de caer hacia el fondo.

De La miseria del hombre (1948)

Mi montaje sobre el caer…

Tłum. Ada Trzeciakowska

Temu kto w czuwa, noc wiedzę podsuwa

Słodko jest spać u boku pięknej kobiety,
po tym, gdy poznało się ją
aż do sytości. Słodko jest biec za nią nago, po murawie
erotycznych marzeń.

Lecz lepiej jest czuwać, nie ulec
hipnozie, polubić walkę dzikich stworzeń
wśród chaszczy, uchem przywartym
do wonnych pleców,
do dłoni jak żmii na piersiach
śpiącej, wsłuchać się w jej
oddech, gdy nieświadoma nagiego ciała.

Później, zawołać jej duszę
i zerwać ją na chwilę z jej twarzy,
i mieć obraz tego czym była
nim usnęła tuż przy mej krwi,
gdy błądziła w eterze;
niczym dzień w deszczu.

A nawet więcej, rzec: „Chodź,
wyjdź z twego ciała. Ucieknijmy razem.
Będę cię niósł w ramionach, gdy poznawszy cię
i nacieszywszy się tobą, powiesz mi, że
nadal jesteś sobą lub też nicością”,

Słodko jest słyszeć jej głos:-„Jestem częścią
ciebie, będąc zaledwie
emanacją twego obłąkania,
gwiazdą rozkoszy, niczym więcej jak poświatą
twego ciała na świecie”.

Istotą wszystkiego jest zapadanie się,
opadanie w głąb, niczym drzewo
co zatrzymało się dzięki swym korzeniom,
co spada, i nigdy nie przestaje
spadać w głąb.

Amelia Biagioni

1916-2000, Argentina

Acorde

Oh infierno
te agradezco
la causa perdida
la tiniebla entre los dientes
las manos de humo
y esa espalda acosándome.
Te agradezco
el crepúsculo de piedra que no cesa.
Te agradezco
que existas cuando respiro.
Porque eres el recinto
donde encuentro,
retenidos por el ojo y el fuego
los nombres y las formas
de la dicha.

Oh cielo
te he buscado sin tregua sin miedo,
te he perseguido sin piedad,
universo tras universo
hasta en la piedra virgen,
en el feliz cuchillo
y en el cuervo azul
y al fin te hallé
aquí, en el pecho del vacío.
Eres la palabra asombrosa
la que sólo yo escucho
y nada más me deja oír,
la que suena y suena, y suena
y no fue ni será pronunciada.

Trad. Ada Trzeciakowska

Zgoda (Akord)

Och piekło
dziękuję ci
za przegraną sprawę
za mrok między zębami
za dłonie z dymu
i za te nękające mnie plecy.
Dziękuję ci
za nieustający zmierzch z kamienia
Dziękuję ci,
że jesteś gdy oddycham.
Bo strefą jesteś
gdzie mogę odnaleźć
zatrzymane przez oko i ogień
nazwy i formy
szczęścia.

Och niebo
szukałam cię bez wytchnienia bez lęku,
poszukiwałam bez litości,
wszechświat po wszechświecie
nawet w dziewiczym kamieniu,
w szczęśliwym nożu
i w błękitnym kruku
aż końcu odnalazłam cię
tutaj w sercu pustki
Jesteś słowem co oszałamia
a które słyszę tylko ja
i co nic więcej nie pozwala mi usłyszeć
tym, które brzmi i brzmi i brzmi
a nie było i nie będzie wymówione.

Hilda Doolittle

1886-1961, Estados Unidos

Trad. Marina Fe

La charca

¿Estás vivo?
Te toco.
Tiemblas como pez del mar.
Te cubro con mi red.
¿Quién eres, prisionero?

Tłum. Ada Trzeciakowska

Sadzawka

Czy żyjesz?
Dotykam cię.
Drżysz niczym morska ryba.
Przykrywam cię siecią.
Czym ty jesteś, więźniu mój?

Obra de Leonor Fini (1907-1996, Argentina)

The pool

Are you alive?
I touch you.
You quiver like a sea-fish
I cover you with my net.
What are you — banded one?