Henry Miller

1891-1980, EE. UU.

Trad. Ramón Gil Novales

El coloso de Marusi (frag.)

Durante los dos últimos años de mi estancia en París, había insinuado a mis amigos que un día dejaría voluntariamente de escribir, y eso en el momento en que me sintiera en plena posesión de mis medios de expresión, en plena maestría. El estudio sobre Balzac, que fue mi último trabajo en París, no había hecho más que corroborar un pensamiento que comenzaba a cristalizar en mí, o sea que la vida del artista, su devoción por el arte, son la última y más alta fase del egoísmo humano. Hay amigos que me dicen que no dejaré nunca de escribir, que no podría hacerlo. Sin embargo, dejé de escribir durante largo tiempo, cuando estuve en Grecia, y sé que podría repetirlo en el futuro, cuando quiera y para siempre. No me siento constreñido a ninguna actividad particular. Por el contrario, siento en mí una creciente liberación, a la que se añade el vehemente deseo de servir al mundo de la mejor forma que pueda. No sé todavía cuál será esa forma, pero me parece claro que pasaré del arte a la vida para ilustrar con mi manera de vivir la maestría lograda en el arte. He dicho que me sentía purificado. La verdad es que también sentía en mí una especie de exaltación. Pero por encima de todo experimentaba un sentimiento de responsabilidad como nunca lo había conocido hasta entonces. Responsabilidad hacia mí mismo, me apresuraré a añadir. Sin saborear las recompensas de las que me habían hablado, las he disfrutado sin embargo por adelantado, imaginativamente quiero decir. Durante todo el tiempo que he estado escribiendo, me he atrincherado en la idea de que no sería realmente comprendido, al menos por mis compatriotas, hasta después de mi muerte.
Muchas veces, al escribir, he mirado por encima del hombro, más allá de la tumba, más sensible a las reacciones de los hombres venideros que a las de mis contemporáneos. En cierto sentido he pasado una buena parte de mi vida viviendo en el futuro. Para todo lo que me concierne de manera vital, soy realmente un hombre muerto, y solamente vivo para unos pocos que, como yo, no pueden esperar que el mundo los atrape. No digo esto por orgullo o vanidad, sino con humildad no exenta de tristeza. Y tal vez la palabra tristeza no sea la más apropiada, porque no lamento el camino que he seguido, ni deseo que las cosas sean diferentes a como son. Ahora sé cómo es el mundo y, sabiéndolo, acepto de él lo bueno y lo malo. Me he dado cuenta de que vivir creando significa vivir de manera cada vez más desinteresada, vivir adentrándose cada vez más en el mundo, identificándose con él e impregnándolo hasta el corazón, por así decir, con nuestra influencia. Me parece ahora que el arte, como la religión, es solamente una preparación, una iniciación de la auténtica manera de vivir. La meta es la liberación, la libertad; dicho de otro modo, la atribución de una responsabilidad más grande. Continuar escribiendo una vez que se ha realizado uno mismo, me parece fútil y estéril. La maestría en cualquier forma de expresión debe llevar inevitablemente a la forma última de expresión: la maestría de la vida: En este terreno se encuentra uno absolutamente solo, cara a cara con los elementos mismos de la creación. Es una experiencia cuyo resultado nadie puede predecir. Si tiene éxito, el mundo entero queda influido en un grado no conocido hasta entonces. No deseo vanagloriarme, ni decir que estoy preparado para dar un paso tan importante, pero debo señalar que hacia ese objetivo se encamina mi espíritu. Ya antes de mi entrevista con el armenio estaba convencido, y lo sigo estando ahora, de que cuando se me confiriesen honores y recompensas no estaría presente para recibirlas, que viviría solo y desconocido en alguna parte remota del mundo, prosiguiendo la aventura que comenzó para mí con el esfuerzo de realizarme con medios expresivos. Sé que los peligros mayores están por venir, el verdadero viaje no ha hecho más que comenzar. Cuando escribo estas líneas, hace casi un año que viví esas horas atenienses que acabo de describir. Permitidme añadir que desde mi regreso a América todo lo que me ha sucedido, logros y realizaciones, se han cumplido con una precisión casi mecánica. La verdad es que estoy casi aterrado, porque ahora, a diferencia de mi vida pasada, me basta con expresar un deseo para que se cumpla. Me encuentro en la delicada situación de uno que debe evitar cuidadosamente el anhelar algo que no desee verdaderamente. Y debo decir que esta situación me ha hecho desear cada vez menos cosas. El único deseo que por momentos se acrecienta en mí es el de dar. La sensación de poder y riqueza que tal estado de ánimo lleva consigo, es también algo aterrador, porque la lógica que implica parece demasiado sencilla. Cuando miro a mi alrededor y me doy cuenta de que la mayoría de los hombres se esfuerzan desesperadamente en retener lo que poseen o en aumentar sus bienes, comienzo a comprender que el criterio para dar no es tan sencillo como parece. Dar y recibir son en el fondo una misma cosa, y dependen de que la vida que se lleva sea abierta o cerrada. Una forma de vivir abierta hace del ser humano un médium, un transmisor; viviendo así, como un río, uno siente la vida en toda su plenitud, se desliza en la corriente de la vida y muere para vivir de nuevo con un océano.

Fotograma de Fairytale de Alexandr Sokurov

Tłum. Cecylia Wojewoda

Kolos z Maroussi (fragm.)

W ciągu ostatnich kilku lat w Paryżu przebąkiwałem do przyjaciół, że przyjdzie dzień, kiedy przestanę pisać, że dobrowolnie się tego wyrzeknę… kiedy zdobędę największą moc i mistrzostwo w moim pisarstwie. „Studium o Balzaku», ostatnia moja rzecz pisana w Paryżu, pogłębiło tylko pewną myśl, która zaczęła się we mnie krystalizować – mianowicie, że życie artysty, jego oddanie sztuce jest najwyższym i ostatnim stadium egoizmu. Niektórzy moi przyjaciele twierdzą, że nigdy nie przestanę pisać, że nie potrafię tego uczynić. Jednakże przez długi okres mego pobytu w Grecji potrafiłem wstrzymać się od pisania i wiem, że i w przyszłości, w każdej chwili mogę przestać pisać, i to na dobre. Nie czuję konieczności robienia czegokolwiek. Natomiast rośnie we mnie świadomość wolności idąca w parze z pragnieniem służenia ludziom, jak tylko potrafię. Nie wiem jeszcze, jak się to wyrazi, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że przestanę tworzyć sztukę i będę chciał swoim życiem potwierdzić te wartości, które osiągnąłem poprzez sztukę. Powiedziałem, że poczułem się oczyszczony. Ale ogarnęło mnie też uniesienie. Nade wszystko jednak poczułem się odpowiedzialny jak nigdy dotąd. Muszę szybko dodać, że poczułem się odpowiedzialny wobec siebie samego. Nie zasmakowałem jeszcze nagród, o których mówił wróż, lecz cieszyłem się nimi z góry, w wyobraźni. Przez wszystkie lata mego pisarstwa uodporniałem się sądząc, że nie doczekam się uznania, a w każdym razie nie ze strony mych rodaków, że może uznają mnie dopiero po śmierci.
Wielokrotnie w mojej twórczości spoglądałem w przyszłość już po mojej śmierci i przejmowałem się bardziej reakcją ludzi mających dopiero się narodzić niż sądem moich współczesnych. Znaczną część życia przeżyłem w przyszłości niejako. Jestem człowiekiem martwym wobec wszystkiego, co mnie głęboko dotyczy: żywy pozostaję jedynie dla niewielkiej garstki ludzi, którzy podobnie jak i ja nie czekają, aż świat ich dogoni. Nie mówię tego z pychy czy próżności, lecz z pokorą i pewnym smutkiem. Smutek nie jest słowem właściwym, skoro nie żałuję obranego kierunku i nie pragnę czegokolwiek zmienić. Wiem teraz, jaki jest świat, i godzę się zarówno na to, co w nim jest złego, jak i dobrego. Przekonałem się, że życie twórcze prowadzi do wyzbywania się egoizmu, do coraz ściślejszego zespalania się ze światem, do identyfikowania się z nim i wpływania na jego istotę, żeby się tak wyrazić. Sądzę obecnie, że sztuka, jak i religia, jest tylko przygotowaniem, inicjacją do takiego życia. Celem jest wyzwolenie, wolność, czyli przyjęcie na siebie większej odpowiedzialności. Kiedy człowiek odnalazł siebie, pisanie wydaje się bezcelowe i hamujące. Mistrzostwo jakiejkolwiek formy wyrazu artystycznego powinno nieuchronnie prowadzić do ostatecznego osiągnięcia: mistrzostwa życia. W tej domenie człowiek jest absolutnie sam, staje twarzą w twarz wobec elementów tworzących świat. Jest to doświadczenie, którego wyników nikt nie jest w stanie przewidzieć. Pomyślny wynik wywiera wpływ na cały świat i to na miarę dotychczas nie znaną. Nie chcę się przechwalać ani powiedzieć, że dojrzałem już do podjęcia takiego poważnego kroku, ale mój umysł zmierza ku temu. Jeszcze przed przepowiednią Ormianina czułem jak w chwili obecnej, że kiedy spadną na mnie zaszczyty i nagrody, wcale ich nie przyjmę, bo będę wówczas żył samotnie w jakimś głuchym zakątku świata, nie znany tam nikomu, przeżywając dalej przygodę, która rozpoczęła się dążeniem do spełnienia się za pośrednictwem słów. Wiem, że czekają mnie jeszcze wielkie niebezpieczeństwa – prawdziwa podróż zaledwie się zaczęła. Piszę te słowa po upływie roku niemal od owego wydarzenia w Atenach, które właśnie opowiedziałem. Chciałbym dodać, że od mego powrotu do Ameryki wszystko, co mnie spotkało, co mi się spełniło i co osiągnąłem, realizowało się niemal co do minuty zgodnie z moimi życzeniami. Ogarnia mnie jakieś przerażenie, gdyż w przeciwieństwie do dawnych czasów wystarczy teraz, abym czegoś zapragnął, a to natychmiast się spełnia. Znajduję się w kłopotliwej sytuacji, gdyż muszę uważać, aby nie życzyć sobie czegoś, czego w gruncie rzeczy nie pragnę. Skutek jest taki, że coraz mniej czegokolwiek pragnę. Natomiast coraz bardziej pragnę dawać. Niezwykle intensywne poczucie siły i bogactwa, jakie się z tym wiąże, też jest trochę przerażające, bowiem logika tego poczucia wydaje się aż nadto prosta. Dopiero kiedy zaczynam się rozglądać i widzę, że ogromna większość ludzi rozpaczliwie czepia się swego stanu posiadania lub usiłuje go powiększyć, zaczynam rozumieć, że mądrość dawania nie jest taka prosta, jakby się zdawało. Dawanie i branie w istocie jest jednym i tym samym, zależnie od tego, czy się żyje otwarcie, czy w zamknięciu. Żyjąc otwarcie stajemy się mediumami, przewodnikami, doświadczamy życia w pełni płynąc jak rzeka z prądem życia i umieramy, by odżyć jako ocean

The Colossus of Maroussi

In the last year or two in Paris | had been hinting to my friends that | would one day give up writing altogether, give it up voluntarily—at the moment when | would feel myself in possession of the greatest power and mastery. The study of Balzac, which was my final work in Paris, had only corroborated a thought which had begun to crystallize in me, namely that the life of the artist, his devotion to art, is the highest and the last phase of egotism in man. There are friends who tell me that | will never stop writing, that | can’t. But | did stop, for a good interval while in Greece, and | Know that | can in the future, any time | wish, and for good. | feel under no compulsion to do any particular thing. | feel, on the contrary, a growing liberation, supplemented more and more by a desire to serve the world in the highest possible way. What that way is | have not yet determined, but it seems clear to me that | Shall pass from art to life, to exemplify whatever | have mastered through art by my living. | said | felt chastened. It is true that | also felt exalted. But above all | felt a sense of responsibility such as | had never known before. A sense of responsibility towards myself, let me hasten to add. Without tasting the rewards which he had spoken of | had nevertheless enjoyed them in advance, enjoyed them imaginatively, | mean. During all the years that | have been writing | have steeled myself to the idea that | would not really be accepted, at least to my own countrymen, until after my death.
Many times, in writing, | have looked over my own shoulder from beyond the grave, more alive to the reactions of those to come than to those of my contemporaries. A good part of my life has, in a way, been lived in the future. With regard to all that vitally concerns me | am really a dead man, alive only to a very few who, like myself, could not wait for the world to catch up with them. | do not say this out of pride or vanity, but with humility not untouched with sadness. Sadness is perhaps hardly the right word either, since | neither regret the course | have followed nor desire things to be any different than they are. | know now what the world is like and knowing | accept it, both the good and the evil. To live creatively, | have discovered, means to live more and more unselfishly, to live more and more into the world, identifying oneself with it and thus influencing it at the core, so to speak. Art, like religion, it now seems to me, is only a preparation, an initiation into the way of life. The goal is liberation, freedom, which means assuming greater responsibility. To continue writing beyond the point of self-realization seems futile and arresting. The mastery of any form of expression should lead inevitably to the final expression—mastery of life. In this realm one is absolutely alone, face to face with the very elements of creation. It is an experiment whose outcome nobody can predict. If it be successful the whole world is affected and in a way never known before. | do not wish to boast, nor do | wish to say that | am yet ready to make such a grave step, but it is in this direction that my mind is set. It was my belief before meeting the Armenian, and it still is, that when the honors and rewards shall be conferred upon me | shall not be present to receive them, that | shall be living alone and unknown in some remote part of the world carrying on the adventure which began with the effort to realize myself inwords. | know that the greatest dangers lie ahead; the real voyage has only begun. As | write these lines it is almost a year since that moment in Athens which | have just described. May | add that since coming to America everything that has happened to me, one fulfillment, one realization after another, has occurred with an almost clocklike precision. Indeed, | am almost terrified for now, contrary to my life in the past, | have but to desire a thing and my wishes are gratified. | am in the delicate position of one who has to be careful not to wish for something he really does not desire. The effect, | must say, has been to make me desire less and less. The one desire which grows more and more is to give. The very real sense of power and wealth which this entails is also somewhat frightening—because the logic of it seems too utterly simple. It is not until | look about me and realize that the vast majority of my fellow men are desperately trying to hold on to what they possess or to increase their possessions that | begin to understand that the wisdom of giving is not so simple as it seems. Giving and receiving are at bottom one thing, dependent upon whether one lives open or closed. Living openly one becomes a medium, a transmitter; living thus, as a river, one experiences life to the full, flows along with the current of life, and dies in order to live again as an ocean.

Boleslav Prus

1847-1912, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

La muñeca

Antes, hace diez años, hace un año, ayer todavía, paseando por las calles no encontraba en ellas nada especial. La gente merodeaba, los carruajes circulaban, las tiendas abrían sus acogedores brazos a los transeúntes. Pero ahora se había apoderado de él una nueva sensación. Cada indigente le parecía una criatura que pedía a gritos ser rescatada, tanto más fuerte que no decía nada, limitándose a lanzar miradas temerosas como aquel caballo con la pierna rota. Cada mujer pobre le parecía una lavandera que, con sus manos destruidas por el jabón, mantiene a su familia al borde de la pobreza y la ruina. Cada miserable niño le parecía condenado a una muerte prematura o a pasar los días y las noches en un vertedero de la calle Buena.
Y no sólo le preocupaban las personas. Sentía la fatiga de los caballos que tiraban de los pesados carros y el dolor de sus cuellos rozados hasta el hueso por las riendas. Sentía la ansiedad del perro que ladraba en la calle habiendo perdido a su amo, y la desesperación de aquella perra flacucha de ubres caídas que corría en vano de alcantarilla en alcantarilla buscando comida para ella y sus cachorros. Además, para aumentar su sufrimiento, le dolían los árboles pelados de su corteza, los adoquines como dientes reventados, la humedad en las paredes, los muebles rotos y la ropa desgarrada.
Le parecía que cada cosa estaba enferma o herida, que se quejaba: «Mira cómo sufro…», y que sólo él oye y comprende sus quejas. Y esta capacidad especial de sentir el dolor ajeno ha nacido en él hoy mismo, hace una hora.
(…)
Y sólo hoy, cuando sacó a un hombre de su miseria con diez rublos, cuando nadie podía proclamar su nobleza ante el mundo, sólo hoy supo: lo que es un sacrificio. Sólo hoy se presentó ante sus asombrados ojos una nueva parte del mundo, desconocida hasta entonces: la miseria a la que hay que ayudar.
«Sí, ¿no he visto antes la miseria?…» – susurró Wokulski.
Y recordó filas enteras de gente harapienta y miserable en busca de trabajo, caballos flacos, perros hambrientos, árboles con la corteza pelada y las ramas rotas. Todo aquello no le había impresionado nunca. Y sólo cuando un gran dolor personal le asoló y desgarró el alma, creció en este suelo fertilizado con su propia sangre y salpicado de lágrimas invisibles para el mundo una planta peculiar: la compasión universal, que lo abarca todo: a las personas, a los animales, incluso a los objetos que llaman muertos.

Extraordinaria adaptación de la novela La Muñeca de Wojciech Jerzy Has (1968).

Lalka

Dawniej — dziesięć lat temu, rok temu, wczoraj jeszcze, przechodząc ulicami nie spotykał na nich nic szczególnego. Snuli się ludzie, jeździły dorożki, sklepy otwierały gościnne objęcia dla przechodniów. Ale teraz przybył mu jakby nowy zmysł. Każdy obdarty człowiek wydawał mu się istotą wołającą o ratunek tym głośniej, że nic nie mówił, tylko rzucał trwożne spojrzenia jak ów koń ze złamaną nogą. Każda uboga kobieta wydawała mu się praczką, która wyżartymi od mydła rękami powstrzymuje rodzinę nad brzegiem nędzy i upadku. Każde mizerne dziecko wydawało mu się skazanym na śmierć przedwczesną albo na spędzanie dni i nocy w śmietniku przy ulicy Dobrej.
I nie tylko obchodzili go ludzie. Czuł zmęczenie koni ciągnących ciężkie wozy i ból ich karków tartych do krwi przez chomąto. Czuł obawę psa, który szczekał na ulicy zgubiwszy pana, i rozpacz chudej suki z obwisłymi wymionami, która na próżno biegała od rynsztoka do rynsztoka szukając strawy dla siebie i szczeniąt. Jeszcze, na domiar cierpień, bolały go drzewa obdarte z kory, bruki podobne do powybijanych zębów, wilgoć na ścianach, połamane sprzęty i podarta odzież.
Zdawało mu się, że każda taka rzecz jest chora albo zraniona, że skarży się: „Patrz, jak cierpię…”, i że tylko on słyszy i rozumie jej skargi. A ta szczególna zdolność odczuwania cudzego bólu urodziła się w nim dopiero dziś, przed godziną.
(…)
I dopiero dziś, kiedy dziesięcioma rublami wydobył człowieka z niedoli, kiedy nikt nie mógł głosić przed światem o jego szlachetności, dopiero dziś poznał: co to jest ofiara. Dopiero dziś przed jego zdumionym okiem stanęła nowa, nie znana dotychczas część świata — nędza, której trzeba pomagać.
„Tak, alboż ja dawniej nie widywałem nędzy?…” — szepnął Wokulski.
I przypomniał sobie całe szeregi ludzi obdartych, mizernych, a szukających pracy, chudych koni, głodnych psów, drzew z obdartą korą i połamanymi gałęźmi. Wszystko to przecie spotykał bez wrażenia. I dopiero gdy wielki ból osobisty zaorał mu i zbronował duszę, na tym gruncie użyźnionym krwią własną i skropionym niewidzialnymi dla świata łzami wyrosła osobliwa roślina: współczucie powszechne, ogarniające wszystko — ludzi, zwierzęta, nawet przedmioty, które nazywają martwymi.

Anne Carson

1950 – , Canadá

Trad. Jeannette L. Clariond

segundo poema de El ensayo de cristal (en «Cristal, ironía y Dios»)

Ella

Vive sola en un brezal al norte.
Ella vive sola.
La primavera se abre como una cuchilla allí.
Yo viajo en trenes todo el día y llevo muchos libros

–unos para mi madre, algunos para mí
que incluyen las obras completas de Emily Brontë.
Es mi autora favorita.

También mi principal temor, al que trato de enfrentarme.
Cada vez que visito a mi madre
siento que me convierto en Emily Brontë,

mi vida solitaria a mi alrededor como un páramo,
mi torpe cuerpo recortándose sobre los barrizales
con una apariencia de transformación
que muere cuando atravieso la puerta de la cocina.
¿Qué cuerpo es ese, Emily, que nosotras necesitamos?

Fotografía de Josef Koudelka

Tłum. Ada Trzeciakowska

Drugi wiersz ze Szklanego Eseju ( w «Szkło, ironia i Bóg»)

Ona

Mieszka na wrzosowisku na północy.
Mieszka sama.
Wiosna otwiera się tam jak składany nóż.
Jadę cały dzień pociągiem i wiozę dużo książek –

niektóre dla mojej matki, niektóre dla mnie.
w tym «Dzieła zebrane Emily Brontë».
To moja ulubiona autorka.

A także mój główny lęk, z którym planuję się zmierzyć.
Zawsze, gdy odwiedzam matkę
czuję, że zamieniam się w Emily Brontë,

moje samotne życie wokół mnie jak wrzosowisko,
moje niezdarne ciało brnące przez błotniste równiny jakby doznające transformacji
która znika, gdy wchodzę do kuchni.
Jakiego to ciała, Emily, nam potrzeba?

Second poema from The Glass Essay (in «Glass, Irony, and God»)

She

She lives on a moor in the north.
She lives alone.
Spring opens like a blade there.
I travel all day on trains and bring a lot of books—

some for my mother, some for me
including The Collected Works Of Emily Brontë.
This is my favourite author.

Also my main fear, which I mean to confront.
Whenever I visit my mother
I feel I am turning into Emily Brontë,

my lonely life around me like a moor,
my ungainly body stumping over the mud flats with a look of transformation
that dies when I come in the kitchen door.
What meat is it, Emily, we need?

Henry Miller

1891-1980, EE. UU.

Trad. Ramón Gil Novales

El coloso de Marusi (frag.)

Pero en cualquier figura humana hay algo colosal, cuando el individuo se hace verdadera y totalmente humano. Nunca he conocido a un individuo más humano que Katsimbalis. Paseando con él por las calles de Amaroussion, tenía la sensación de caminar por la Tierra de una manera absolutamente nueva. La Tierra se hacía más íntima, más viva, más prometedora. Es verdad que Katsimbalis hablaba frecuentemente del pasado, pero no como algo muerto y olvidado, sino más bien como algo que llevamos con nosotros, que fecunda el presente y hace atractivo el futuro. Hablaba con la misma veneración de las cosas pequeñas que de las grandes. Siempre tenía tiempo, por ocupado que estuviese, para detenerse largamente en lo que le había emocionado. ¿Cómo he de olvidar esa última impresión que me llevé de él, cuando nos despedimos en la estación de autobuses, en el corazón de Atenas? Hay hombres de una riqueza y una plenitud tales, que siempre se entregan tan por entero, que cada vez que se despide uno de ellos se tiene la sensación de que poco importa que la despedida sea por un día o para siempre. Se os acercan rebosando, y os llenan hasta desbordar. Sólo os piden que participéis en su superabundante alegría vital. Nunca os preguntan a qué lado de la valla estáis, porque en su mundo no existen vallas. Se hacen invulnerables a fuerza de exponerse a todo peligro. Acrecientan su heroísmo a medida que revelan su debilidad. (…)
Había en su notable don, otro interesante aspecto que guarda analogía con el talento del músico. Durante el tiempo que le traté, la vida de Katsimbalis era relativamente tranquila y sin aventuras. Pero cualquier incidente que le ocurriera, por trivial que fuese, lo con¬vertía en un gran acontecimiento. Tal vez sólo se trataba de que, volviendo a su casa, había cogido una flor en la cuneta de la carretera. Pero cuando terminaba de contar el hecho, la flor, por humilde que fuera, se convertía en la más maravillosa que un hombre hubiera cogido jamás. Se grababa en la memoria del oyente como la flor que había cogido Katsimbalis. Se convertía en algo único en su género, no porque fuera excepcional, sino porque Katsimbalis la había inmortalizado al advertirla, porque había depositado en esa flor todo lo que pensaba y sentía sobre las flores; es decir, un completo universo.
Elijo esta imagen al azar, pero, ¡qué apropiada y exacta es! Cuando pienso en Katsimbalis, inclinándose para coger una flor en el desnudo suelo de Ática, todo el mundo griego con su pasado, presente y porvenir, se levanta ante mis ojos. Veo de nuevo los suaves y bajos montículos en los que fueron enterrados los muertos ilustres; veo la luz violeta bajo la que se avispa la maleza; veo las rocas desgastadas y los enormes guijarros de los lechos por donde corren los ríos secos, brillantes como la mica; veo las diminutas islas flotando en la superficie del mar, aureoladas de deslumbrantes franjas blancas; veo las águilas lanzarse desde los vertiginosos riscos de inaccesibles montañas, empañando la brillante alfombra de la tierra con la mancha lenta y sombría que proyecta su vuelo; veo las siluetas de hombres solitarios que marchan tras las huellas de sus rebaños sobre el desnudo espinazo de las colinas, y veo desprenderse del vellón de los corderos una dorada pelusilla como en los tiempos de la leyenda; veo las mujeres reunidas junto a los manantiales, entre los olivos, con sus vestidos, sus ademanes y su charla semejantes a cómo eran en los tiempos bíblicos; veo la gran figura patriarcal del sacerdote, mezcla perfecta de hombre y mujer, y la serenidad, franqueza, paz y dignidad de su rostro; veo los diseños geométricos de la naturaleza, explicados por ella misma con un silencio ensordecedor. La tierra griega se abre ante mí como el Libro de la Revelación. No sabía que esa tierra encerrase tantas cosas. Había caminado con los ojos vendados, con pasos inseguros y vacilantes; era orgulloso y arrogante, y estaba satisfecho de vivir la falsa y limitada vida del hombre ciudadano. La luz de Grecia abrió mis ojos, penetró en mis poros, dilató todo mi ser. He vuelto a mi hogar que es el mundo, después de haber encontrado el verdadero centro y el significado real de la palabra revolución. Ningún conflicto bélico entre las naciones puede turbar este equilibrio. Tal vez la misma Grecia se vea envuelta en este lío, como nosotros estamos a punto de estarlo, pero me niego categóricamente a convertirme en algo que sea inferior a esa condición de ciudadano del mundo que, de pie ante la tumba de Agamenón, me otorgué. Desde ese día mi vida está dedicada al restablecimiento de la divinidad del hombre. ¡Paz a todos los hombres, digo, y vida mejor!

Ruinas griegas en Sicilia

Tłum. Cecylia Wojewoda

Kolos z Maroussi (fragm.)

Lecz jest coś kolosalnego w człowieku, który staje się prawdziwie i na wskroś ludzki. Nie spotkałem człowieka bardziej ludzkiego niż Katsimbalis. Idąc u jego boku ulicami Amarousion czułem, że chodzę po ziemi jak nigdy dotąd. Ziemia stała się znacznie dostępniejsza, żywsza, bardziej obiecująca. Prawda, on często mówił o przeszłości, ale nie jako o czymś martwym i zapomnianym, lecz jak o czymś, co nosimy w sobie, co użyźnia teraźniejszość i dodaje powabu przyszłości. Mówił o sprawach małych i wielkich z jednakim szacunkiem, zawsze znajdował czas, by zastanowić się nad tym, co zajmowało jego myśli, miał nieskończenie dużo czasu, co już samo w sobie jest oznaką wielkiej duszy. Nie zapomnę nigdy uczuć, jakie obudził we mnie żegnając się ze mną na stacji autobusowej w sercu Aten. Istnieją ludzie tak wielostronni, tak bogaci, tak hojnie dający z siebie wszystko, że rozstając się z nimi wiemy, jak absolutnie bez znaczenia jest fakt, czy rozstajemy się z nimi na dzień czy na wieki. Przychodzą do nas posiadając nadmiar wszystkiego i wypełniają nas darami po brzegi. Nie żądają od nas niczego prócz tego, abyśmy dzielili z nimi ich przeogromną radość życia. Nigdy nie »pytają, po której stronie bariery jesteśmy, gdyż świat, w jakim przebywają, nie ma barier. Są nienaruszalni przez to, że bezustannie narażają się na każde niebezpieczeństwo. Im bardziej przejawiają swoje słabości, tym bardziej stają się heroiczni. (…)
Jego niezwykły dar jeszcze pod jednym względem przypominał talent muzyczny. W okresie, kiedy go znałem, życie Katsimbalisa było stosunkowo spokojne i nieciekawe. Lecz najpospolitszy incydent w jego życiu rozkwitał w wielkie wydarzenie. Mogło to być zerwanie kwiatka przy drodze, kiedy wracał do domu. Jednakże, kiedy opowiadał o tym wydarzeniu, najskromniejsza roślinka stawała się najcudowniejszym kwiatem kiedykolwiek zerwanym przez człowieka. Słuchacz zapamiętywał ten kwiat jako zerwany przez Katsimbalisa, a przez to unikalny nie dlatego, że w jakimkolwiek sensie był niezwykły, lecz dlatego, że Katsimbalis unieśmiertelnił go, kiedy go zauważył i włożył w niego wszystko, co myślał i czuł w stosunku do kwiatów – czyli cały wszechświat.
Wybrałem ten pierwszy lepszy przykład, ale jakże jest właściwy i wierny. Kiedy myślę o Katsimbalisie, pochylającym się, by zerwać kwiat wyrosły na jałowej glebie Attyki, wyłania się przede mną miniony, obecny i przyszły świat Grecji. Widzę znów łagodne niskie wzgórza, w których ukryto znakomitych zmarłych; widzę fioletowe światło, w którym sztywne krzaki, poszarpane skały, olbrzymie głazy w korytach wyschłych rzek połyskują jak mika; widzę maleńkie wysepki unoszące się na tafli morza, obramowane oślepiająco białymi brzegami; widzę orły zlatujące z zawrotnych turni niedostępnych szczytów górskich, ich ciemne cienie powoli plamią jaskrawy dywan na ziemi; widzę postaci samotnych ludzi, pędzących stada przez nagie grzbiety pagórków i runo owiec, złote i puszyste jak w dniach legend; widzę kobiety przy źródłach w gajach oliwnych, ich ubranie, ruchy i mowa są identyczne jak w czasach biblijnych; widzę wspaniałą patriarchalną postać kapłana, idealne zespolenie mężczyzny i kobiety, o twarzy pogodnej, otwartej pełnej spokoju i godności; widzę geometryczny układ pól, dokonany przez samą glebą w ogłuszającej ciszy. Ziemia grecka otwiera się przede mną jak Księga Objawienia. Nie miałem pojęcia, że ziemia może być tak bogata; chodziłem z zawiązanymi oczami, krokiem niepewnym i wahającym się; byłem pyszny i arogancki, zadowolony, że mogę prowadzić fałszywe, ograniczone życie człowieka miejskiego. Światło Grecji otworzyło mi oczy, przeniknęło w moje pory, nadało większe wymiary całej mojej istocie. Świat stał się moim domem, bowiem pojąłem sedno i prawdziwe znaczenie rewolucji. Może i Grecja zostanie wciągnięta do wojny, jak jesteśmy wciągani my, lecz ja niewzruszenie pozostanę obywatelem całego świata, zgodnie z tym, co czułem stojąc w milczeniu u grobu Agamemnona. Od tamtego dnia celem mego życia jest odzyskanie boskości przez człowieka. Pokój wszystkim ludziom i życie pełniejsze.

Inquietante, hiriente y poética película experimental de Jean Daniel Pollet con texto de Philippe Sollers. Subtitulada al español.

The Colossus of Maroussi

(…) But there is something colossal about any human figure when that individual becomes truly and thoroughly human. A more human individual than Katsimbalis I have never met. Walking with him through the streets of Amaroussion I had the feeling that I was walking the earth in a totally new way. The earth became more intimate, more alive, more promising. He spoke frequently of the past, it is true, not as something dead and forgotten however, but rather as something which we carry within us, something which fructifies the present and makes the future inviting. He spoke of little things and of great with equal reverence; he was never too busy to pause and dwell on the things which moved him; he had endless time on his hands, which in itself is the mark of a great soul. How can I ever forget that last impression he made upon me when we said farewell at the bus station in the heart of Athens? There are men who are so full, so rich, who give themselves so completely that each time you take leave of them you feel that it is absolutely of no consequence whether the parting is for a day or forever. They come to you brimming over and they fill you to overflowing. They ask nothing of you except that you participate in their superabundant joy of living. They never inquire which side of the fence you are on because the world they inhabit has no fences. They make themselves in-vulnerable by habitually exposing themselves to every danger. They grow more heroic in the measure that they reveal their weaknesses. (…)

There was another interesting aspect of his remarkable gift, one which again bears analogy to the musician’s talent. During the time I knew him Katsimbalis’ life was relatively quiet and unadventurous. But the most trivial incident, if it happened to Katsimbalis, had a way of blossoming into a great event. It might be nothing more than that he had picked a flower by the roadside on his way home. But when he had done with the story that flower, humble though it might be, would become the most wonderful flower that ever a man had picked. That flower would remain in the memory of the listener as the flower which Katsimbalis had picked; it would become unique, not because there was anything in the least extraordinary about it, but because Katsimbalis had immortalized it by noticing it, because he had put into that flower all that he thought and felt about flowers, which is like saying—a universe.

I choose this image at random but how appropriate and accurate it is! When I think of Katsimbalis bending over to pick a flower from the bare soil of Attica the whole Greek world, past, present and future, rises before me. I see again the soft, low mounds in which the illustrious dead were hidden away; I see the violet light in which the stiff scrub, the worn rocks, the huge boulders of the dry river beds gleam like mica; I see the miniature islands floating above the surface of the sea, ringed with dazzling white bands I see the eagles swooping out from the dizzy crags of inaccessible mountaintops, their somber shadows slowly staining the bright carpet of earth below; I see the figures of solitary men trailing their flocks over the naked spine of the hills and the fleece of their beasts all golden fuzz as in the days of legend; I see the women gathered at the wells amidst the olive groves, their dress, their manners, their talk no different now than in Biblical times; I see the grand patriarchal figure of the priest, the perfect blend of male and female, his countenance serene, frank, full of peace and dignity; I see the geometrical pattern of nature expounded by the earth itself in a silence which is deafening. The Greek earth opens before me like the Book of Revelation. I never knew that the earth contains so much; I had walked blindfolded, with faltering, hesitant steps; I was proud and arrogant, content to live the false, restricted life of the city man. The light of Greece opened my eyes, penetrated my pores, expanded my whole being. I came home to the world, having found the true center and the real meaning of revolution. No warring conflicts between the nations of the earth can disturb this equilibrium. Greece herself may become embroiled, as we ourselves are now becoming embroiled, but I refuse categorically to become anything less than the citizen of the world which I silently declared myself to be when I stood in Agamemnon’s tomb. From that day forth my life was dedicated to the recovery of the divinity of man. Peace to all men, I say, and life more abundant

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Retrato con comentarios

He aquí el retrato de un hombre que conocí.
Sentado a la mesa, el periódico abierto.
Los ojos se cierran tras las gafas.
El traje lavado con brillo de pinar.

Es un rostro pálido y a medio terminar.
Pero él siempre ha inspirado confianza. Por esto
la gente evitaba acercársele
y quizá, así, toparse con la desgracia.

Su padre ganaba dinero a raudales.
Pero en la casa nadie andaba seguro.
La sensación de que extraños pensamientos
se metían en la casa por las noches.

El periódico, gran mariposa sucia,
la silla y la mesa y el rostro, descansan.
La vida se detuvo en los grandes cristales.
¡Dejémoslo un momento suspendido!

                          *

Eso que soy yo en él descansa.
Existe. Él no lo siente
y por eso existe y está vivo.

¿Qué soy yo? A veces, hace mucho tiempo,
por unos segundos me acerqué
a qué es YO, qué es Yo, qué es YO.

Pero cuando precisamente vi a YO,
YO desaparecí y quedó un hueco
por el que yo caí como cayera Alicia.

Matthieu Bourel

Tłum. Leonard Neuger

Portret z komentarzem

Oto portret człowieka którego znałem.
Siedzi przy stole z rozłożoną gazetą.
Oczy zadomowiły się za okularami.
Ubranie obmyte blaskiem sosnowego lasu.

Jest to mizerna i półgotowa twarz.
Lecz zawsze budził zaufanie. Dlatego
zbliżano się do niego z oporem
by się nie przytrafiło jakieś nieszczęście.

Jego szanowny ojciec miał pieniędzy jak lodu
A jednak nikt nie szedł tam całkiem bezpiecznie
odnosiło się wrażenie, że obce myśli
wdzierają się do willi nocą.

Gazeta ten wielki brudny motyl,
krzesło i stół i twarz odpoczywają.
Życie trwa jeszcze w wielkich kryształach.
I bodaj sobie trwało aż do odwołania!

                               *

A to co w nim spoczywa to ja.
To jest. On tego wcale nie dostrzega
i dzięki temu to żyje i jest.

Czym jest ja? Czasem, dawno temu,
na kilka sekund byłem bardzo blisko
tego czym JA jest, czym JA jest, czym JA jest.

Lecz gdy już JA dostrzegłem
JA się rozwiało i powstała dziura,
przez którą ja spadłem w dół jak Alicja.

Transl. Robin Fulton

Portrait with Commentary

Here is a portrait of a man I knew.
He’s sitting at the table, his newspaper open.
The eyes settle down behind the glasses.
The suit is washed with the shimmer of pinewoods.

It’s a pale and half-complete face. –
Yet he always inspired trust. Which is why
people would hesitate to come near him
for fear of meeting some misfortune.

His father earned money like dew.
But no one felt secure there at home –
always a feeling that alien thoughts
broke into the house at night.

The newspaper, that big dirty butterfly,
the chair and the table and the face are at rest.
Life has stopped in big crystals.
But may it stop there only till further notice!

                           *

That which is I in him is at rest.
It exists. He doesn’t notice
and therefore it lives, exists.

What am I? Now and then long ago
I came for a few seconds quite close
to ME, to ME, to ME.

But the moment I caught sight of ME
I lost ME – there was only a hole
through which I fell like Alice.

Czesław Miłosz

1911-2004, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

¿Quién?

Detrás de la roja luz de la calle hojas jóvenes de los castaños.
¿Quién es él que ve?
¿De dónde viene, adónde va, quién
Es el que aquí en su lugar seguirá
Viendo lo mismo, pero no exactamente,
dada la distinta pulsación de la sangre?

Y ramas de árboles enormes sobre un empinado camino
Inclinadas una hacia la otra y en esta alameda,
Detrás de la columnada de los troncos, claridad abierta.
¿Para quién? Y cómo cambia
con cada vuelta de la mirada?

Sed vosotras mismas, cosas de esta tierra, sed vosotras.
No confiéis en nosotros, ni en nuestro aliento,
en fantasías de nuestro ojo ávido y traicionero.
Os anhelamos, a vuestra esencia,
Que continuéis inmutables dentro de vosotras mismas.
Puras, no vistas por nadie.

Fotograma de El sol del membrillo Víctor Erice (1992)

Kto?

Za czerwonym ulicznym światłem młode liście kasztanów.
Kim jest ten, który widzi?
Skąd przychodzi, dokąd zniknie, kto
Jest ten, który tu będzie zamiast niego
Widzieć to samo ale nie to samo,
Bo z innym pulsowaniem krwi?

I konary potężnych drzew nad stromą drogą pod górę
Nachylone ku sobie, i w tej alei,
Za kolumnadą pni, otwarta jasność.
Dla kogo to? I jak się zmienia
Za każdym nowym powrotem widzenia?

Bądźcie sobą, rzeczy tej ziemi, bądźcie sobą.
Nie polegajcie na nas, na naszym oddechu,
Na fantazjach zdradliwego i chciwego oka.
Tęsknimy do was, do waszej istoty,
Abyście trwały takie jak w sobie jesteście,
Czyste i nie oglądane przez nikogo.

Fotos propias, huerto de mi madre, Włocławek.

Transl. VV.AA

Who?

Byond the red traffic light, young chestnut leaves.
Who is the one seeing it,
Where does he come from, where will  he disappear to, who
Is the one, instead of him,
Seeing the same but not the same thing,
For his is a different pulsation of the blood?
 
And limbs of huge trees over a steep road,
Leaning into each other and in that lane,
Beyond the colonnade of trunks, open brightness.
For whom is this? And how does it vary?
Is it present every time or just imaginary?
 
Be yourselves, things of this earth, be yourselves!
Don’t rely on us, on our breath,
On the fancies of our treacherous and avid eye.
We long for you, for your essence,
For you to last as you are in yourselves:
Pure, not looked at by anybody.

Celia Corral Cañas

1987 – , España

***

La noche empezó entre los labios,
la luna se escondió bajo la piel,
el bosque despertaba en los cartílagos,
los párpados crecieron al sentir
la espalda de un gusano que crujía.
Tu historia era el misterio de los árboles;
el fondo de tu voz, un mar nocturno.

de La voz del animal bajo tu piel

Videopoema -mi adaptación del texto de Celia-.

Tłum. Ada Trzeciakowska

***

Noc rozpoczęła się między wargami,
księżyc schował się pod skórę,
las obudził się w chrząstkach,
powieki rosły czując
chrobot grzbietu gąsienicy.
Twoja historia była sekretem drzew;
głębia twojego głosu, nocnym morzem.

z Głos zwierzęcia pod twoją skórą