Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

La perversión

La hermosura de la vida no acaba, y así nos lo parece a los humanos. Y amamos
las cosas que aquí se continúan, los cuerpos que ocuparán, con más belleza, nuestro sitio,
y vamos ya llegando a la quietud difícil, y aceptarán nuestro silencio en comprensión, porque nosotros antes
habremos comprendido y aceptado la noche ya sin fin y sin estrellas.

Quizá hayas venido, ahora que nuestros cuerpos se han amado con furia y alegría,
para escuchar de mí esta verdad sencilla, y que aún desconoces:
ningún hombre es feliz.

Rtograma de Altered States de Ken Russell

Tłum. Ada Trzeciakowska

Perwersja

Piękno życia nie ma końca, tak nam, ludziom, się wydaje. Kochamy
rzeczy, które trwają tutaj, ciała, które zajmą, jeszcze piękniej, nasze miejsca,
i dochodzimy do trudnego stanu wyciszenia, oni zaś nasze milczenie przyjmą ze zrozumieniem, bo wcześniej i my zdążymy już zrozumieć i zaakceptować tę noc bez końca już i bez gwiazd.

A może przyszłaś, teraz, gdy nasze ciała kochały się z furią i radością,
by usłyszeć ode mnie tę prostą prawdę, która wciąż jest ci obca:
żaden człowiek nie jest szczęśliwy.

Reiner Kunze

1933 – , Alemania

Trad. Ada Trzeciakowska

la cruz del sur

Noches que te apedrean

Estrellas
caen tras su propia luz

Y tú permaneces bajo su granizo

Ninguna te golpea

Y el dolor es tal
como si te golpeasen todas

Ilustración de Gabriel Pacheco

Tłum. Jakub Ekier

krzyż południa

Noce, które cię kamienują

Gwiazdy
spadają po swoim świetle

I stoisz pod ich gradem

Żadna nie uderza w ciebie

A ból,
jak gdyby uderzały wszystkie

Kreuz des Süden 

Nächte, die dich steinigen
 
Die sterne stürzen herab
auf ihrem licht
 
Du stehst in ihrem hagel
 
Keiner trifft dich
 
Doch es schmerzt,
als träfen alle

Marcin Świetlicki

1961 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Los grillos

Dije: conozco tal lugar
donde vienen a morir los gatos.
Pregunté: ¿quieres verlo?
Ella respondió: no quiero.

Dije: es limpio e importante.
Dije: es claro y primero.
Pregunté: ¿quieres verlo?
Ella respondió: no quiero.

Lo dijo de tal manera
que tuve que alejarme de ella.
Desde aquel momento
lentamente
avanzo hacia la salida

Fotogramas de La jetée de Chris Marker

świerszcze

Powiedziałem: znam takie miejsce,
gdzie przychodzą umierać koty.
Zapytałem: chcesz je zobaczyć?
Odpowiedziała: nie chcę.

Powiedziałem: jest czyste i ważne.
Powiedziałem: jest jasne i pierwsze.
Zapytałem: chcesz je zobaczyć?
Odpowiedziała: nie chcę.

Powiedziała to w taki sposób,
że musiałem odwrócić się od niej.
Od tamtej pory
powoli
zbliżam się do wyjścia

Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

Nocturno

El cuarto, oscuro; y la ventana abierta
en la noche desnuda del estío.
El canto seco de la tierra ciega
es de cristal, y lo dicen los grillos;
hay un enjambre azul de altas estrellas
que no vuelan, y hay unos leves hilos
que nuestros ojos unen con belleza.
Desde mi ardiente soledad yo miro
las sombras de este cuarto, tan espesas,
y el campo no visible al que yo aflijo
con ese pensamiento del que vela
sabiéndose de carne. ¿Algo es mío?
Muy lejos, se reúnen las casas, son inciertas
y agrupadas sus luces junto al mar: hay un ritmo
de olas negras y sordas. La alegría gobierna,
en esos territorios, el vivir. Yo respiro
la oscuridad tan mía, mi vida no está cerca
del agua ni del cielo,
ni tampoco de aquello que deseo.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Nokturn

Pokój, ciemny; i okno otwarte
na nagą sierpniową noc.
Sucha śpiew ślepej ziemi
jest ze szkła, świerszcz tak szepcze,
jest i wysokich gwiazd rój niebieski
który nie potrafi latać, i nikłe nitki
które oczy nasze wiążą z pięknem.
Z żaru samotności zerkam
na cienie w tej izbie, tak gęste,
i na niewidoczne pole, które nękam
myślą bezsennego i śmiertelnego
śtworzenia. Czy coś jest moje?
Hen daleko, zbierają się domy, niepewne
ich światła stłoczone na brzegu: rytm wybijają
czarne i głuche fale. Na tym terenie
radość rządzi i życie. Oddycham
ciemnością tak bardzo moją,
me życie nie toczy się blisko
ani wody ani nieba,
ani też tego, czego bym pragnął.

Aurora Luque

1962 – , España

Sola en casa

Ya sólo soy fragmentos, piezas sueltas de mí,
pero no soy la mano que me une.
En la pantalla el mundo
me grita cuarteado,
feliz, amargamente,
cítricamente luminoso
con su necia alegría de refresco.
Sólo soy mis fisuras.
También el mundo es sólo sus fisuras.

Fotografía de Henri Senders y Rupert Harris

Tłum. Ada Trzeciakowska

Sama w domu

Jestem już tylko fragmentami, luźnymi cząstkami siebie,
ale nie jestem ręką, która mnie scala.
Z ekranu krzyczy do mnie
świat, poćwiartowany,
szczęśliwy, świetlisty
cytrusową goryczą,
niemądrą radością chłodzącego napoju.
Ja to moje rozdarte miejsca.
A świat ma swoje własne pęknięcia.

Aurora Luque

1962 – , España

Los puentes inflamables

A punto de cruzar
ese puente del medio del camino
cuando vas eligiendo malgré toi
los llamados placeres sencillos de la vida
-sabiendo que, en el fondo, te eligen a ti ellos,
te suman a su séquito caduco-
simplificas el cálculo del mundo: hasta de la belleza
que presumías tan incalculable.
Y descubres que todo se reduce
a viajar de lo mucho a lo muy menos,
de lo poblado al viento del desierto,
del exceso a lo escaso,
a declinar palabras consabidas
o a declinar sin más, intransitivamente,
a cambiar los magníficos plurales
por un acorralado singular
enarbolando alguna resistencia…

Los puentes inflamables
del medio del camino de la vida.

Foto propia

Tłum. Ada Trzeciakowska

Łatwopalne mosty

Przekroczywszy prawie
ów most w połowie drogi
kiedy wybierasz malgré toi
tak zwane proste przyjemności życia
– w głębi rzeczy świadom, że to one wybierają ciebie,
dodają cię do swej przebrzmiałej świty –
upraszczasz rachubę świata: nawet piękna
które brałeś za niemierzalne.
Odkrywasz, że wszystko ogranicza się
do podróży od wiele do o wiele mniej,
od zaludnionych ulic do pustynnego wiatru,
od nadmiaru do niedoboru,
do odmiany przez przypadki znajomych słów
lub do zaniku po prostu, nieprzejednanie,
do wymiany okazałych liczb mnogich
na osaczoną liczbę pojedyńczą
wywieszającą flagi oporu.

Łatwopalne mosty
na środku drogi życia.

Mark Strand

1934- 2014, Canadá/Estados Unidos

Trad. Ezequiel Zaidenwerg

PARA JESSICA, MI HIJA

Esta noche, salí a caminar
cerca de casa, y tuve miedo no
del camino sinuoso que tomé
en el amor y el ego, sino más
bien de lo oscuro y lo lejano. Anduve
oyendo el viento y percibiendo el frío,
pero a mí me afligían las estrellas
que ardían en el gran arco del cielo.

Jessica, es más sencillo concebir
nuestras vidas andando entre el efímero
resplandor de las hojas, disfrutando
de aquello que tenemos, que pensar
cómo será posible que unos seres
como nosotros, tan pequeños, puedan
atravesar lo oscuro sin buscar
algún rumbo visible o un destino.

Sin embargo, recuerdo que hubo veces
en que debajo de ese mismo cielo
cada hueso del cuerpo se hizo luz
y la herida del cráneo se abrió para
que entrara el cosmos con sus fríos rayos,
y fueron, un instante nada más,
ellos mismos el cosmos; hubo veces
en que llegué a creer que éramos hijos
de las estrellas, que nuestras palabras
estaban hechas de ese mismo polvo
que flamea en el espacio; aquellas veces
sentía en lo incorpóreo del aliento
que el peso de un día entero se apoyaba.

Sin embargo, esta noche es diferente.
Con miedo de las sombras en que andamos
o desaparecemos por completo,
me imagino una luz que no permita
que vaguemos muy lejos; una luna
secreta o un espejo; alguna hoja
de papel, o algo que puedas llevar
por lo oscuro cuando yo ya no esté.

Fotografías de Isabella Ståhl

Tłum. Ada Trzeciakowska

Jessice, mojej córce

Idąc na nocny spacer,
pogrążony w myślach,
przeraziłem się,
nie labiryntu
który zbudowałem z miłości i siebie samego
ale tego, co odległe i ciemne.
Szedłem, nasłuchując wiatru wśród drzew,
czując ukłucia zimna na skórze,
lecz źródłem mojej udręki
były gwiazdy płonące
na strzelistym łuku nieba.

Jessico, o wiele łatwiej
przychodzi nam pojąć życie,
gdy idziemy świetlistym tunelem migoczącycg liści,
radując się tym, co mamy,
niż rozmyślając nad tym, jak to możliwe,
że stworzenia tak małe jak my
wędrują w ciemnościach
nie trzymając się żadnej drogi
nie mając celu w zasięgu wzroku.

Jednak, pamiętam chwile
pod tym samym niebem,
gdy kości w ciele stały się światłem
a rana w czaszce
otworzyła się na przyjęcie
zimnych promieni kosmosu,
i same, przez moment,
były kosmosem,
w takich chwilach, byłem stanie uwierzyć
że jesteśmy dziećmi gwiazd
a nasze słowa usnute zostały z tego samego
pyłu, który płonie w przestrzeni,
mogłem, wtedy, wyczuć po lekkości oddechu
że ciężar całego dnia
został złożony.

Ale dziś w nocy
jest inaczej.
Bojąc się ciemności
w której dryfujemy lub całkiem giniemy,
wyobrażam sobie światło
które nie pozwoliłoby nam odejść od siebie za daleko,
sekretny księżyc lub lustro,
kartkę papieru,
coś, co mogłabyś nieść
w mroku
gdy ja zgasnę.

For Jessica, My Daughter


Tonight I walked,
lost in my own meditation,
and was afraid,
not of the labyrinth
that I have made of love and self
but of the dark and faraway.
I walked, hearing the wind in the trees,
feeling the cold against my skin,
but what I dwelled on
were the stars blazing
in the immense arc of sky.

Jessica, it is so much easier
to think of our lives,
as we move under the brief luster of leaves,
loving what we have,
than to think of how it is
such small beings as we
travel in the dark
with no visible way
or end in sight.

Yet there were times I remember
under the same sky
when the body’s bones became light
and the wound of the skull
opened to receive
the cold rays of the cosmos,
and were, for an instant,
themselves the cosmos,
there were times when I could believe
we were the children of stars
and our words were made of the same
dust that flames in space,
times when I could feel in the lightness of breath
the weight of a whole day
come to rest.

But tonight
it is different.
Afraid of the dark
in which we drift or vanish altogether,
I imagine a light
that would not let us stray too far apart,
a secret moon or mirror,
a sheet of paper,
something you could carry
in the dark
when I am away.

Marguerite Duras

1914-1996, Francia

Trad. Ana María Moix

Escribir

Un escritor es algo extraño. Es una contradicción y también un sinsentido. Escribir también es no hablar. Es callarse. Es aullar sin ruido. Un escritor es algo que descansa, con frecuencia, escucha mucho. No habla mucho porque es imposible hablar a alguien de un libro que se ha escrito y sobre todo de un libro que se está escribiendo. Es imposible. Es lo contrario del cine, lo contrario del teatro y otros espectáculos. Es lo contrario de todas las lecturas. Es lo más difícil. Es lo peor. Porque un libro es lo desconocido, es la noche, es cerrado, eso es. El libro avanza, crece, avanza en las direcciones que creíamos haber explorado, avanza hacia su propio destino y el de su autor, anonadado por su publicación: su separación, la separación del libro soñado, como el último hijo, siempre el más amado.
Un libro abierto también es la noche.  
Estas palabras que acabo de pronunciar me hacen llorar, no sé por qué.  
Escribir a pesar de todo pese a la desesperación. No: con la desesperación. Qué desesperación, no sé su nombre. Escribir junto a lo que precede al escrito es siempre estropearlo. Y sin embargo hay que aceptarlo: estropear el fallo es volver sobre otro libro, un posible otro de ese mismo libro.  
 (…)
 Cuando un libro está acabado —un libro que se ha escrito, claro—, al leerlo, ya no podemos decir que ese libro es un libro que ha escrito uno, ni qué se ha escrito en él, ni en qué desesperación o en qué estado de felicidad, el de un hallazgo o de un fallo de todo tu ser. Porque, al fin y al cabo, en un libro, no se puede ver nada semejante. La escritura es uniforme en cierto modo, atemperada. Ya no sucede nada más en un libro así, acabado y distribuido. Y recobra la indescifrable inocencia de su llegada al mundo.  
Estar sola con el libro aún no escrito es estar aún en el primer sueño de la humanidad. Eso es. También es estar sola en la escritura aún yerma. Es intentar no morir por su causa. Es estar sola en un refugio durante la guerra. Pero sin rezos, sin Dios, sin pensamiento alguno salvo ese deseo loco de matar a la nación alemana hasta el último nazi.  
La escritura ha existido siempre sin referencia alguna o bien es… Sigue siendo como el primer día. Salvaje. Diferente. Salvo la gente, las personas que circulan por el libro, nunca las olvida uno en el trabajo y el autor nunca las echa de menos. No, estoy segura, no, la escritura de un libro, el escribir. Pues es siempre la puerta abierta hacia el abandono. El suicidio está en la soledad de un escritor. Uno está solo incluso en su propia soledad. Siempre inconcebible. Siempre peligrosa. Sí. Un precio que hay que pagar por haber osado salir y gritar.  
(…)
En el libro hay eso: la soledad es la del mundo entero. Está por todas partes. Lo ha invadido todo. Sigo creyendo en esta invasión. Como todo el mundo. La soledad es eso sin lo que nada se hace. Eso sin lo que ya no se mira nada. Es un modo de pensar, de razonar, pero sólo con el pensamiento cotidiano. También eso está presente en la función de la escritura y ante todo quizá decirse que no es necesario matarse todos los días desde el momento en que todos los días podemos matarnos. Eso es la escritura del libro, no es la soledad. Hablo de la soledad pero no estaba sola, ya que tenía ese trabajo que sacar adelante, hasta la luz, ese trabajo de condenados: escribir El vicecónsul. Fue escrito y traducido a todas las lenguas del mundo entero, y está guardado. Y en ese libro el vicecónsul dispara contra la lepra, contra los leprosos, los miserables, contra los perros y luego dispara contra los Blancos, los gobernadores blancos. Mataba todo excepto a ella, la que se ahogó en el Delta una mañana de un día determinado, Lola Valérie Stein, esa Reina de mi infancia y de S. Thala, esa mujer del gobernador de Vinh Long.
 
Ese libro fue el primer libro de mi vida. Transcurría en Lahore, y también allí, en Camboya, en las plantaciones, transcurría por todas partes. El vicecónsul empieza con la niña de quince años que está embarazada, la pequeña annamita que ha sido arrojada de la casa materna y que da vueltas por ese macizo de mármol azul de Pursat. Ya no sé cómo sigue. Recuerdo que me costó mucho encontrar ese lugar, esa montaña de Pursat donde nunca había estado. El mapa estaba allí, encima de mi mesa de trabajo y seguí las sendas de los mendigos y de los niños con las piernas rotas, ya sin mirada, por sus madres, y que comían basuras. Era un libro muy difícil de escribir. No había plan posible para expresar la amplitud de la desdicha porque ya no había nada de los elementos visibles que la habían provocado. Sólo existía el Hambre y el Dolor.  
No había encadenamiento entre los acontecimientos de carácter salvaje, ya que nunca había programación. Nunca la hubo en mi vida. Nunca. Ni en mi vida ni en mis libros, ni una sola vez.  
Escribía todas las mañanas. Pero sin horario alguno. Nunca. Excepto en lo que se refiere a la cocina. Sabía cuándo había que ir para que tal cosa hirviera o tal otra no se quemara. En lo que se refiere a los libros, también lo sabía. Lo juro. Todo, lo juro. Nunca he mentido en un libro. Ni tampoco en mi vida. Excepto a los hombres. Nunca. Y eso se debe a que mi madre me infundió miedo con eso de que la falsedad mataba a los niños mentirosos.  
 
Creo que lo que reprocho a los libros, en general, es eso: que no son libres. Se ve a través de la escritura: están fabricados, están organizados, reglamentados, diríase que conformes. Una moción de revisión que el escritor desempeña con frecuencia consigo mismo. El escritor, entonces, se convierte en su propio policía; Entiendo, por tal, la búsqueda de la forma correcta, es decir, de la forma más habitual, la más clara y la más inofensiva. Sigue habiendo generaciones muertas que hacen libros pudibundos. Incluso jóvenes: libros encantadores, sin poso alguno, sin noche. Sin silencio. Dicho de otro modo: sin auténtico autor. Libros de un día, de entretenimiento, de viaje. Pero no libros que se incrusten en el pensamiento y que hablen del duelo profundo de toda vida, el lugar común de todo pensamiento.  
No sé qué es un libro. Nadie lo sabe. Pero cuando hay uno, lo sabemos. Y cuando no hay nada, lo sabemos como sabemos que existimos, no muertos todavía.
Cada libro, como cada escritor, tiene un pasaje difícil, insoslayable. Y debe optar por dejar este error en el libro para que siga siendo un verdadero libro, no una falsedad. La soledad no sé en qué se convierte, luego. Aún no puedo decirlo. Creo que esa soledad se torna trivial, a la larga se convierte en algo vulgar, y que es un gran acierto.    

Collage propio

Tłum. Magdalena Pluta

pisać

Pisarz to ciekawe zjawisko. To sprzeczność, albo i nonsens. Pisać znaczy także nie mówić. Zamilknąć. Krzyczeć bezgłośnie. Często można porządnie wypocząć, dużo się słucha. Pisarz nie mówi dużo, bo nic można rozmawiać z kimś o książce, którą się napisało, czy tym bardziej o książce, którą się teraz pisze. To niemożliwe. Całkiem odwrotnie niż w przypadku kina, teatru i innych widowisk. Odwrotnie niż z jakąkolwiek lekturą. To jest najtrudniejsze ze wszystkiego. Najgorsze. Bo książka to nieznane, to noc, to zamknięcie, właśnie tak. To książka posuwa się naprzód, rozrasta, zmierza w kierunkach, o których myśleliśmy, że już je poznaliśmy, zmierza ku własnemu przeznaczeniu i ku przeznaczeniu swojego autora, który przestaje istnieć z chwilą jej wydania: rozstanie z nią, z książką wymarzoną, wyśnioną, jak z najmłodszym dzieckiem, zawsze najbardziej ukochanym ze wszystkich.
Książka otwarta to także noc.
Nie wiem dlaczego, ale te ostatnie słowa pobudzają mnie do płaczu.
Pisać mimo wszystko, wbrew rozpaczy. Nie: z rozpaczą. Nie wiem, jaką to rozpacz. Pisać na uboczu tego, co poprzedza tekst, to go zmarnować. A jednak trzeba się z tym pogodzić: zmarnować coś, co było porażką to zawrócić w stronę innej książki, w stronę innej możliwości tej samej książki.
(…)
Kiedy książka jest ukończona – mam na myśli tę, którą się pisało – czytając ją, nie można już stwierdzić, że to ta sama książka, którą się napisało, ani określić, co zostało w niej przedstawione, ani jaka to była rozpacz, czy jakie szczęście, że się odnalazła albo że upadła cała istota człowieka. Ponieważ na końcu, w książce, niczego takiego nie widać. Dzieło jest w pewnym sensie jednorodne, dojrzałe. W takiej książce, skończonej i rozpowszechnionej, nic nowego się już nie zdarza. Ona powraca do niepojętego stanu niewinności, jaki towarzyszył jej narodzinom.
Obcować samotnie z książką, która jeszcze nie została napisana, to wciąż być pogrążonym w pierwotnym śnie ludzkości. Właśnie tak. To także obcować samotnie z pisaniem, które jeszcze leży odłogiem. To próbować nie umrzeć od tego. To być samą w schronie w czasie wojny. Tyle że bez modlitwy, bez Boga, bez żadnej myśli poza tą szaloną żądzą wymordowania Narodu niemieckiego aż po ostatniego nazistę.
Pisanie zawsze pozbawione było wszelkich odniesień albo też jest… Wciąż jest jak pierwszego dnia. Dzikie. Inne. Z wyjątkiem ludzi; o osobach, które krążą w książce, nigdy nie zapomina się podczas pracy i nigdy autor ich nie żałuje. Nie, co do tego jestem pewna, nie, pisanie książki, to, co napisane. Zatem zawsze to można porzucić. Samotność pisarza mieści w sobie samobójstwo. Człowiek jest sam nawet w swojej własnej samotności. Zawsze niepojętej. Zawsze niebezpiecznej. Tak. Cena, którą trzeba zapłacić za to, że ośmieliło się wyjść i krzyczeć.
(…)
Oto, co mieści w sobie książka: samotność odnosi się w niej do całego świata. Jest wszędzie. Zagarnęła wszystko. Naprawdę wierzę, że zagarnęła. Jak każdy. Bez samotności niczego się nie da zrobić. Na nic nie można patrzeć. To jest sposób myślenia, rozumowania, ale wyłącznie myślą codzienną. To się zawiera także w funkcji pisania i może przede wszystkim powtarzania sobie, że nie trzeba codziennie pozbawiać się życia, skoro codziennie można to zrobić, l o jest właśnie pisanie książki, a nie samotność. Mówię o samotności, ale nie byłam samotna, bo miałam tę pracę, którą musiałam doprowadzić do ostatniej kropki, tę pracę galernika: napisać Wicekonsula. I ta książka powstała i została przetłumaczona na języki całego świata, i się przyjęła. W tej książce wicekonsul strzela do trądu, do trędowatych, do nędzarzy, do psów, a potem strzela i do Białych, do białych zarządców. Zabijał wszystko z wyjątkiem jej, tej, która pewnego ranka utopiła się w Delcie, Loli Valerii Stein, Królowej mojego dzieciństwa i S. Thali, żony gubernatora w Vinh Long.
To była pierwsza książka mojego życia. To się działo w Lahore, a także tam, w Kambodży, na plantacjach, wszędzie. Na samym początku Wicekonsula pojawia się piętnastoletnie dziecko w ciąży, mała Annamitka wypędzona przez matkę z domu, która błąka się wśród masywu błękitnego marmuru Pursat. Nie pamiętam już, co jest dalej. Pamiętam, że miałam duże trudności z odnalezieniem tego miejsca, tych gór w Pursat, gdzie nigdy me dotarłam. Mapa leżała tu na biurku, a ja śledziłam drogi żebraków i dzieci z połamanymi nogami, ociemniałych, porzuconych przez matki, żywiących się odpadkami. Bardzo trudno było napisać tę książkę. Nie istniała żadna płaszczyzna, na której można by oddać rozmiary nieszczęścia, ponieważ nie zostało już nic z wydarzeń, które mogłyby je wywołać. Został już tylko sam Głód i Ból.
Dzikie z natury wypadki nie wiązały się ze sobą, a zatem niczego nie można było zaplanować. Nigdy nic było tego w moim życiu. Nigdy. Ani w życiu, ani w książkach – ani razu.
Pisałam każdego ranka. Ale bez żadnego planu zajęć. Nigdy. Z wyjątkiem kuchni. Wiedziałam, kiedy trzeba przyjść, żeby się zagotowało albo nie przypaliło. Wiedziałam to też, jeśli chodzi o książki. Przysięgam. Wszystko przysięgam. Nigdy nie skłamałam w książce. Ani nawet w życiu. Tylko mężczyznom. Nigdy. A to dlatego, że matka nastraszyła mnie, że kłamstwo zabija kłamiące dzieci.
 
Wydaje mi się, że to co zarzucam książkom, ogólnie rzecz biorąc, to to, że nie są wolne. Akt pisania uwidacznia fakt, że zostały wyprodukowane, zorganizowane, poddane kontroli, że się tak wyrażę. Przymus korygowania, który pisarz bardzo często odczuwa względem siebie. I wtedy staje się własnym gliną. Rozumiem przez to poszukiwanie właściwej formy, czyli formy najpowszechniejszej, najbardziej przejrzystej, bezpiecznej. Nadal istnieją martwe generacje, które tworzą książki wstydliwe. Nawet młodzi: książki pełne uroku, bez żadnego przedłużenia, bez nocy. Pozbawione ciszy. Inaczej mówiąc: bez prawdziwego autora. Książki powszednie, dla rozrywki, dobre w podróży. Ale nie takie, które zapuszczają korzenie i wyrażają ciężką żałobę każdego życia, wspólny punkt wszelkiej myśli.
Ja nic wiem, czym jest książka. Nikt tego nie wie. Ale człowiek wie, kiedy ma z nią do czynienia. I wie, kiedy ma do czynienia z niczym – jak to, że jest, że jeszcze nie umarł.
Każda książka jak i każdy pisarz mają w sobie trudne miejsce, którego nie sposób ominąć. I musi się zdecydować zostawić ten błąd w książce, żeby pozostała prawdziwa, nieprzekłamana. Jeszcze nie wiem, czym samotność staje się później. Jeszcze nie mogę o tym mówić. Ale mam wrażenie, że ta samotność staje się czymś zwyczajnym, że z czasem – pospolicieje, i że to jest dobre.

Écrire

C’est curieux un écrivain. C’est une contradiction et aussi un non-sens. Écrire c’est aussi ne pas parler. C’est se taire. C’est hurler sans bruit. C’est reposant un écrivain, souvent, ça écoute beaucoup. Ça ne parle pas beaucoup parce que c’est impossible de parler à quelqu’un d’autre d’un livre qu’on a écrit et surtout d’un livre qu’on est en train d’écrire. C’est impossible. C’est à l’opposé du cinéma, à l’opposé du théâtre, et autres spectacles. C’est à l’opposé de toutes les lectures. C’est plus difficile de tout. C’est le pire. Parce qu’un livre c’est l’inconnu, c’est la nuit, c’est clos, c’est ça. C’est le livre qui avance, qui grandit, qui avance dans les directions qu’on croyait avoir explorées, qui avance vers sa propre destinée et celle de son auteur, alors anéanti par sa publication : sa séparation d’avec lui, le livre rêvé, comme l’enfant dernier-né, toujours le plus aimé.  
Un livre ouvert c’est aussi la nuit.  
Je ne sais pas pourquoi, ces mots que je viens de dire me font pleurer.  
Écrire quand même malgré le désespoir. Non : avec le désespoir. Quel désespoir, je ne sais pas le nom de celui-là. Ecrire à côté de ce qui précède l’écrit c’est toujours le gâcher. Et il faut cependant accepter ca : gâcher le ratage c’est revenir vers un autre livre, vers un autre possible de ce même livre.  
(…)
Quand un livre est fini –un livre qu’on a écrit j’entends-on ne peut plus dire en le lisant que ce livre-là c’est un livre que vous avez écrit, ni quelles choses y ont été écrites, ni dans quel désespoir ou dans quel bonheur, celui d’une trouvaille ou bien d’une faillite de tout vôtre être. Parce que, à la fin, dans un livre, rien de pareil ne peut se voir. L’écriture est uniforme en quelque sorte, assagie. Rien n’arrive plus dans un tel livre, terminé et distribué. Et il rejoint l’innocence indéchiffrable de sa venue au monde.  
Être seule avec le livre non encore écrit, c’est être encore dans le premier sommeil de l’humanité. C’est ça. C’est aussi être seule avec l’écriture encore en friche. C’est essayer de ne pas en mourir. C’est être seule dans un abri pendant la guerre. Mais sans prière, sans Dieu, sans pensée aucune sauf ce désir fou de tuer la Nation allemande jusqu’au dernier nazi.  
L’écriture a toujours été sans référence aucune ou bien elle est… Elle est encore comme au premier jour. Sauvage. Différente. Sauf les gens, les personnes qui circulent dans le livre, on ne les oublie jamais elles ne sont regrettées par l’auteur. Non, de cela je suis sûre, non l’écriture d’un livre, l’écrit. Donc c’est toujours la porte ouverte vers l’abandon. Il y a le suicide dans la solitude d’un écrivain. On est seul jusque dans sa propre solitude. Toujours inconcevable. Toujours dangereux. Oui. Un prix à payer pour avoir osé sortir et crier.  
(…)
Je crois que c’est ça que je reproche aux livres, en général, c’est qu’ils ne sont pas libres. On le voit à travers l’écriture : ils sont fabriqués, ils sont organisés, réglementés, conformes on dirait. Une fonction de révision que l’écrivain a très souvent envers lui-même. L’écrivain, alors il devient son propre flic. J’entends par là la recherche de la bonne forme, c’est-à-dire de la forme la plus courante, la plus claire et la plus inoffensive. Il y a encore des générations mortes qui font des livres pudibonds. Même des jeunes : des livres charmants, sans prolongement aucun, sans nuit. Sans silence. Autrement dit : sans véritable auteur. Des livres de jour, de passe-temps, de voyage. Mais pas des livres qui s’incrustent dans la pensée et qui disent le deuil noir de toute vie, le lieu commun de toute pensée.  
Je ne sais pas ce que c’est un livre. Personne ne le sait. Mais on sait quand il y en a un. Et quand il n’y a rien, on le sait comme on sait qu’on est, pas encore mort.  
Chaque livre comme chaque écrivain a un passage difficile, incontournable. Et il doit prendre la décision de laisser cette erreur dans le livre pour qu’il reste un vrai livre, pas menti. La solitude je ne sais pas encore ce qu’elle devient après. Je ne peux pas encore en parler. Ce que je crois c’est que cette solitude, elle devient banale, à la longe elle devient vulgaire, et que c’est heureux.

Julia Hartwig

1921-2017, Polonia/ EE.UU.

Trad. Ada Trzeciakowska

a la fuga Fuga

Por aquel entonces no conocía mi destino
Y no sé qué habría hecho si no fuera por ese jardín
Y si hubiese perdido el don de soñar

Este jardín se ahoga en la niebla
entre la bruma me abro paso
entre
los arbustos que se mojan con la lluvia
y a los que aparto para ver el amanecer

No hay nadie a mi lado nadie me acompaña
Pero pronto irrumpirán huéspedes inoportunos
llegarán con un sequito
de tímidas bailarinas que les cortarán el camino

El día ya conoce su castigo
Se sabe que lo ejecutará el más noble
El sol en su capucha negra se acerca lentamente

Fotogramas de Jane Eyre de Cary Joji Fukunaga (2011)

Trad. Stéphan Cuzenic (Hortus Venéris)

S’enfuir

Pourtant à cette époque, je ne connaissais pas mon destin
Mais je ne sais pas ce que j’aurais fait sans ce jardin
Et si je n’aurais pas perdu le don de rêver.

Le jardin est noyé de brouillard,
Dans la brume je me fraie un chemin,
A travers
Les buissons ruisselants,
Que j’écarte pour voir l’aube.

Il n’y a personne à mes cotés, personne qui m’accompagne,
Mais bientôt des intrus entreront par effraction,
Ils se battront contre les petites danseuses qui leur barrent la route.

Le jour prépare son châtiment :
Chacun sait que les plus nobles vaincront.
Le soleil, sous une capuche noire, approche lentement.

Uciekam uciekam

Nie znałam wówczas swego przeznaczenia
I nie wiem co bym poczęła gdyby nie ten ogród
I gdybym utraciła dar śnienia

Ten ogród we mgle tonie
przez tę mgłę się przedzieram
przez
mokre od deszczu
krzewy które rozgarniam by zobaczyć świt

Nikogo przy mnie nie ma nikt nie idzie ze mną
Lecz zaraz tutaj wtargną nieproszeni goście
zjawią się w asyście
płochych baletnic co im zabiegają drogę

Dzień zna już wymiar kary
Wiadomo że wykona ją najszlachetniejszy
Słońce w czarnym kapturze zbliża się powoli

Tamino (Amir Moharam Fouad)

1996 – , Bélgica

La música supone para mí una virtud parecida a Dios. Me encanta sentirme pequeño ante grandes cosas como una canción conmovedora o un paisaje majestuoso. Siento pequeñez como una sensación realmente bella y saludable. (Tamino)

Trad. blew.butter.fly

El Primer Discípulo

Mi viejo amigo, estos poemas que predicas
Se gastan conforme hablas
Recuérdame una vez más como es que llegaron a ser tu vocación
¿Sabes siquiera que estás cayendo?
 
Sabes que por tí yo daría un brazo
Soy uno de los pocos que nunca quisieron lastimarte
Te escucho y respeto como al fuego y a la tormenta
Pero de vez en vez divago
Y últimamente me he preguntado
 
Si todo esto lo has hecho para sentirte deseado
Si lo hiciste para sentirte admirado
Para reemplazar tu vergüenza por amor
 
Impresionante el grupo que has logrado reunir
La mayoría de ellos, solo te quieren de alguna manera
Pagarían cualquier precio por besar tu piel
No me digas que eso es amor
Sabes que eso no vale nada
 
Sabes
Debes saber
Y aún así lo das todo por sentirte deseado
Lo das todo por sentirte admirado
Para reemplazar tu vergüenza por amor
Lo das todo por sentirte deseado
Lo das todo por sentirte admirado
Para reemplazar tu vergüenza por amor
Para reemplazar tu vergüenza por amor
Para que alabemos tu nombre
 
Ahora, amigo mío, no olvidaré
La oscuridad que me cegaba antes de que nos conociéramos
Es todo lo que necesito para recordarte
Como la luz que eras
Incluso aunque es seguro
Que tú no me recordarás

No, no me recordarás
 
Me temo que ninguna fama
Podrá llevarse la vergüenza
De no saber cómo amar a tu único amigo
Quien te amará hasta el fin

Tłum. strifyastrange

Pierwszy uczeń

Mój stary druhu, głoszone przez ciebie poematy
Marnują się w tej chwili
Przypomnij mi raz jeszcze, jak stały się twym powołaniem?
Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę, że upadasz?

Wiesz, że dla ciebie oddałbym własną rękę
Jestem jednym z nielicznych, którzy nigdy nie chcieli twej krzywdy
Słucham cię tak, jak zważam na ogień i burze
Lecz bywa, że błądzę
I ostatnio zastanawiam się:

Czy zrobiłeś to wszystko, aby czuć się pożądanym
Zrobiłeś to wszystko, aby czuć się poważanym
Aby miłość zastąpiła twój wstyd

Niezłą zebrałeś sobie grupę
Większość z nich chce ciebie z jakiegoś powodu
Zapłaciliby każdą cenę, by ucałować twą skórę
Nie mów mi, że tak wygląda miłość
Wiesz, że to nic nie znaczy

Wiesz
Musisz wiedzieć
A jednak oddajesz wszystko, aby czuć się pożądanym
Oddajesz wszystko, aby czuć się poważanym
Aby miłość zastąpiła twój wstyd
Oddajesz wszystko, aby czuć się pożądanym
Oddajesz wszystko, aby czuć się poważanym
Aby miłość zastąpiła twój wstyd
Aby miłość zastąpiła twój wstyd
Abyśmy my wychwalali twe imię

Teraz, przyjacielu, nie zapomnę
Mroku, jaki oślepiał mnie przed naszym spotkaniem
Tylko tego potrzebuję, żeby cię zapamiętać
Jako światło, którym byłeś
Nawet, jeśli z pewnością
Ty zapomnisz mnie
Nie, nie będziesz mnie pamiętał

Obawiam się, że żadna ilość sławy
Nie zmyje nigdy wstydu
Niewiedzy, jak kochać swego jedynego przyjaciela
Który będzie darzyć cię miłością do końca

The First Disciple

My old friend, these poems that you preach
They’re being wasted as you speak
Remind me once more how they came to be your calling
Do you even know you’re falling?

You know that for you I’d give an arm
I’m one of few that never meant you harm
And I heed you like I heed fire and thunder
But from time to time I wander
And lately I did wonder

If you did it all to make you feel desired
Did it all to make you feel admired
For love to replace your shame

That’s quite the group that you have gathered now
Most of them, they just want you somehow
They would pay any price to kiss your skin
Don’t tell me that is loving
You know that don’t mean nothing
You know

You must know
And yet you give it all to make you feel desired
Give it all to make you feel admired
For love to replace your shame

You give it all to make you feel desired
Give it all to make you feel admired
For love to replace your shame
For love to replace your shame
For us to praise your name

Now, my friend, I won’t forget
The darkness blinding me before we met
It’s all I need to remember you
As the light you were
Even though for sure
You won’t remember me
No, you won’t remember me

I’m afraid that no amount of fame
Will ever wash away the shame
Of knowing not how to love your only friend
Who will love you ‘til the end


Clarice Lispector

1920 – 1977, Ucrania / Brasil

Trad. Elena Losada

Agua viva

Te digo: estoy intentando captar la cuarta dimensión del instante-ya, que de tan fugitivo ya no existe porque se ha convertido en un nuevo instante-ya que ahora tampoco existe. Quiero apoderarme del es de la cosa. Esos instantes que transcurren en el aire que respiro, como fuegos artificiales estallan mudos en el espacio. Quiero poseer los átomos del tiempo. Y quiero capturar el presente que, por su propia naturaleza, me está prohibido; el presente se me escapa, la actualidad huye, la actualidad soy yo siempre en presente. Sólo en el acto del amor —por la nítida abstracción de estrella de lo que se siente— se capta la incógnita del instante, que es duramente cristalina y vibra en el aire, y la vida es ese instante incontable, más grande que el acontecimiento en sí; en el amor el instante de júbilo impersonal refulge en el aire, gloria extraña del cuerpo, materia sensibilizada por el escalofrío de los instantes, y lo que se siente es al mismo tiempo inmaterial y tan objetivo que sucede como fuera del cuerpo, brillando en lo alto; alegría, la alegría es la materia del tiempo y es por excelencia el instante. Y en el instante está el es de sí mismo. Quiero captar mi es. Y canto un aleluya al aire como lo hace el pájaro. Y mi canto no es de nadie. Pero no hay pasión sufrida en el dolor y en el amor a la que no le siga un aleluya.
¿Mi tema es el instante? Mi tema de vida. Intento estar a su nivel, me divido millares de veces en tantas veces como los instantes que transcurren, tan fragmentaria soy y tan precarios los momentos, sólo me comprometo con la vida que nace con el tiempo y que crece con él; sólo en el tiempo hay espacio para mí.
Te escribo entera y siento un sabor en ser y el sabora-ti es abstracto como el instante. También con todo el cuerpo pinto mis cuadros y en el lienzo fijo lo incorpóreo, yo cuerpo-a-cuerpo conmigo misma. No se comprende la música, se escucha. Escúchame entonces con todo tu cuerpo. Cuando llegues a leerme preguntarás por qué no me limito a la pintura y a mis exposiciones, por qué escribo tosco y sin orden. Es que ahora siento necesidad de palabras y es nuevo para mí lo que escribo porque mi verdadera palabra está hasta ahora intacta. La palabra es mi cuarta dimensión.
Hoy he acabado el lienzo del que te hablé; líneas redondas que se entrecruzan con trazos finos y negros, y tú, que tienes la costumbre de querer saber por qué —el porqué no me interesa, la causa es la materia del pasado— te preguntarás ¿por qué los trazos negros y finos? Es por el mismo secreto que me hace escribir ahora como si fuese a ti, escribo redondo, enmarañado y tibio, pero a veces frío como los instantes frescos, agua del arroyo que tiembla siempre por sí misma. ¿Lo que he pintado en esa tela es susceptible de ser fraseado? Tanto como la palabra muda pueda estar implícita en el sonido musical.
(…)
Fijo instantes repentinos que traen consigo su propia muerte y otros nacen; fijo los instantes de metamorfosis y su secuencia y su concomitancia son de una terrible belleza.
(…)
Pero el instante-ya es una luciérnaga que se enciende y se apaga. El presente es el instante en que la rueda de un automóvil a gran velocidad toca mínimamente el suelo. Y la parte de la rueda que aún no lo ha tocado, lo tocará en un futuro inmediato que absorbe el instante presente y hace de él pasado. Yo, viva y centelleante como los instantes, me enciendo y me apago, me enciendo y me apago, me enciendo y me apago. Pero aquello que capto en mí tiene, ahora que está siendo transpuesto a la escritura, la desesperación de que las palabras ocupen más instantes que la mirada. Más que un instante quiero su fluencia.
(…)
En este instante-ya estoy envuelta en un vago deseo difuso de maravilla y en millares de reflejos de sol en el agua que brota de la fuente de un jardín maduro de perfumes, jardín y sombras que invento ya y ahora y que son el medio concreto de hablar en este mi instante de vida. Mi estado es el de jardín con agua que fluye. Al describirlo intento mezclar palabras para que el tiempo se cumpla. Lo que te digo tiene que ser leído rápidamente, como cuando se mira.
(…)
El día parece la piel estirada y lisa de una fruta que con una pequeña catástrofe los dientes rompen, su zumo escurre. (…) Para rehacerme y rehacerte vuelvo a mi estado de jardín y de sombra, fresca realidad, apenas existo y si existo es con un delicado cuidado. Alrededor de la sombra hace un calor de sudor abundante. Estoy viva. Pero siento que aún no he alcanzado mis límites, ¿fronteras con qué?, sin fronteras, la aventura de la libertad peligrosa. Pero me arriesgo, vivo arriesgándome. Estoy llena de acacias que se balancean, amarillas, y yo que apenas he comenzado mi jornada, la empiezo con un sentido de tragedia, adivinando hacia qué océano perdido van mis pasos de vida. Y locamente me apodero de los desvanes de mí, mis desvaríos me asfixian de tanta belleza. Yo soy antes, yo soy casi, yo soy nunca. Y todo eso lo he obtenido al dejar de amarte.

Fotografías de Tamara Dean

Tłum. Ada Trzeciakowska

strumień wody

Mówię ci: próbuję uchwycić czwarty wymiar chwili-teraz, która jest tak ulotna, że już nie istnieje, bo stała się nową chwilą obecną, która też nie istnieje. Chcę uchwycić jest rzeczy. Te chwile, które mijają w powietrzu, którym oddycham, jak fajerwerki wybuchające bezgłośnie w przestrzeni. Chcę posiąść atomy czasu. I chcę uchwycić teraźniejszość, która z istoty swej jest dla mnie zakazana; teraźniejszość wymyka mi się, aktualność ucieka, aktualność to ja zawsze w teraźniejszości. Tylko w akcie miłości – poprzez czystą abstrakcję gwiazdy tego, co się odczuwa – uchwycona zostaje niewiadoma chwili, która jest dotkliwie krystaliczna i wibruje w powietrzu, a życie jest tą niepoliczalną chwilą, większą niż wydarzenie samo w sobie; w miłości chwila bezosobowej radości mieni się w powietrzu, dziwna gloria ciała, materia uwrażliwiona dreszczem chwil, a to, co się odczuwa, jest zarazem niematerialne i tak obiektywne, że dzieje się jakby poza ciałem, jaśnieje na wysokościach; radość, radość jest materią czasu i jest chwilą par excellence. I w chwili zawiera bycie samo w sobie. Chcę uchwycić moje jest. I śpiewam alleluja powietrzu, jak śpiewa ptak. A moja pieśń nie należy do nikogo. Lecz nie ma pasji przeżytej w bólu i w miłości, za którą nie podążyłaby alleluja.
Moim tematem jest chwila? Moim życiowym motywem. Staram się osiągnąć jej poziom, dzielę się tysiące razy na tyle części, ile chwil upływa, tak fragmentaryczna jestem i tak niestabilne są chwile, angażuję się tylko w życie, które rodzi się z czasem i wraz z nim rośnie; tylko w czasie jest miejsce dla mnie.
Piszę Cię całą sobą i czuję, że jest ma smak, smakuje tobą, co jest abstrakcyjne jak chwila. Również całym ciałem maluję obrazy i utrwalam na płótnie to, co bezcielesne, ciało w ciało z samą sobą. Muzyki się nie rozumie, tylko się jej słucha. Więc słuchaj mnie całym swoim ciałem. Kiedy zaczniesz mnie czytać, zapytasz, dlaczego nie ograniczam się do malarstwa i wystaw, dlaczego piszę tak topornie i bezładnie. To dlatego, że teraz czuję potrzebę słów i to co piszę jest dla mnie nowe, bo moje prawdziwe słowo jest na razie nienaruszone. Słowo jest moim czwartym wymiarem.
Dziś skończyłam płótno, o którym ci mówiłam; okrągłe linie przeplatają się z cienkimi, czarnymi pociągnięciami, a ty, który masz w zwyczaju chcieć wiedzieć dlaczego – dlaczego mnie nie interesuje, przyczyna jest kwestią przeszłości – zapytasz się dlaczego cienkie, czarne pociągnięcia? To ze względu na tę samą tajemnicę, która sprawia, że piszę teraz jakbym pisała do ciebie, zapisuję okrągłe, splątane i ciepłe, ale czasem zimne jak świeże chwile, wody strumienia, które zawsze same z siebie drżą. Czy to, co namalowałam na tym płótnie, da się wyrazić słowami? Tak samo jak nieme słowo może być wpisane w dźwięk muzyki.
(…)
Utrwalam nagłe chwile, które niosą ze sobą własną śmierć, a inne rodzą się; utrwalam chwile metamorfozy, a ich sekwencja i współbrzmienie są przeraźliwej urody.
(…)
Ale chwila – teraz jest jak ognik, który rozświetla się i gaśnie. Teraźniejszość to chwila, w której koło pędzącego samochodu minimalnie dotyka ziemi. A ta część koła, która jeszcze go nie dotknęła, dotknie go w bezpośredniej przyszłości, która pochłania chwilę teraźniejszą i czyni ją przeszłą. Ja, żywa i roziskrzona jak chwile, rozświetlam się i gasnę, rozświetlam się i gasnę, rozświetlam się i gasnę, rozświetlam się i gasnę. Ale to, co uchwyciłam w sobie, jest przepełnione, teraz, gdy jest przenoszone na pismo, desperacją, by słowa zajęły więcej chwil niż spojrzenie. Bardziej niż chwili, pragnę jej płynności.
(…)
W tej chwili – teraz jestem już spowita w mgliste, rozproszone pragnienie cudowności i w tysiące odbić słońca w wodzie tryskającej z fontanny dojrzałego ogrodu woni, ogrodu i cieni, które wymyślam teraz i już, i które są specyficznym środkiem wyrazu w tej chwili mojego życia. Mój stan to ogród, gdzie tryska woda. Opisując go staram się tak mieszać słowa, aby czas się dopełnił. To, co mówię, należy czytać szybko, tak jak się patrzy.
(…)
Dzień przypomina rozciągniętą i gładką skórkę owocu, który podczas niewielkiej katastrofy jest rozrywany przez zęby, wycieka z niego sok.
(…)
Aby stworzyć siebie na nowo i stworzyć ciebie na nowo, wracam do mojego stanu ogrodu i cienia, świeżej rzeczywistości, ledwo istnieję, a jeśli istnieję, to dzięki delikatnym zabiegom. Wokół cienia panuje żar obfitego potu. Jestem żywa. Ale czuję, że jeszcze nie dotarłam do swoich granic, granic z czym?, bez granic, przygoda z niebezpieczną wolnością. Lecz zaryzykuję, żyję podejmując ryzyko. Wypełnia mnie kołysanie się akacji, ich żółć, a ja, która ledwo rozpoczęłam dzień, rozpoczynam go z poczuciem tragedii, domyślając się, ku jakiemu straconemu oceanowi zmierzają kroki mojego życia. I szaleńczo zawłaszczam strychy samej siebie, moje strachy dławią mnie ogromem piękna. Jestem tym, co było przedtem, jestem prawie, jestem nigdy. I wszystko to zdobyłam, przestając Cię kochać.

Água Viva

Eu te digo: estou tentando captar a quarta dimensão do instante-já que de tão fugidio não é mais porque agora tornou-se um novo instante-já que também não é mais. Cada coisa tem um instante em que ela é. Quero apossar-me do é da coisa. Esses instantes que decorrem no ar que respiro: em fogos de artifício eles espocam mudos no espaço. Quero possuir os átomos do tempo. E quero capturar o presente que pela sua própria natureza me é interdito: o presente me foge, a atualidade me escapa, a atualidade sou eu sempre no já. Só no ato do amor – pela límpida abstração de estrela do que se sente—capta-se a incógnita do instante que é duramente cristalina e vibrante no ar e a vida é esse instante incontável, maior que o acontecimento em si: no amor o instante de impessoal jóia refulge no ar, glória estranha de corpo, matéria sensibilizada pelo arrepio dos instantes – e o que se sente é ao mesmo tempo que imaterial tão objetivo que acontece como fora do corpo, faiscante no alto, alegria, alegria é matéria de tempo e é por excelência o instante. E no instante está o é dele mesmo. Quero captar o meu é. E canto aleluia para o ar assim como faz o pássaro. E meu canto é de ninguém. Mas não há paixão sofrida em dor e amor a que não se siga uma aleluia.
Meu tema é o instante? meu tema de vida. Procuro estar a par dele, divido-me milhares de vezes em tantas vezes quanto os instantes que decorrem, fragmentária que sou e precários os momentos – só me comprometo com vida que nasça com o tempo e com ele cresça: só no tempo há espaço para mim.
Escrevo-te toda inteira e sinto um sabor em ser e o sabora- ti é abstrato como o instante. é também com o corpo todo que pinto os meus quadros e na tela fixo o incorpóreo, eu corpo-acorpo comigo mesma. Não se compreende música: ouve-se. Ouveme então com teu corpo inteiro. Quando vieres a me ler perguntarás por que não me restrinjo à pintura e às minhas exposições, já que escrevo tosco e sem ordem. É que agora sinto necessidade de palavras – e é novo para mim o que escrevo porque minha verdadeira palavra foi até agora intocada. A palavra é a minha quarta dimensão.
Hoje acabei a tela de que te falei: linhas redondas que se interpenetram em traços finos e negros, e tu, que tens o hábito de querer saber por quê – e porque não me interessa, a causa é matéria de passado – perguntarás por que os traços negros e finos? é por causa do mesmo segredo que me faz escrever agora como se fosse a ti, escrevo redondo, enovelado e tépido, mas às vezes frígido como os instantes frescos, água do riacho que treme sempre por si mesma. O que pintei nessa tela é passível de ser fraseado em palavras? Tanto quanto possa ser implícita a palavra muda no som musical.
(…)
Fixo instantes súbitos que trazem em si a própria morte e outros nascem – fixo os instantes de metamorfose e é de terrível beleza a sua seqüência e concomitância.
(…)
Mas o instante-já é um pirilampo que acende e apaga. O presente é o instante em que a roda do automóvel em alta velocidade toca minimamente no chão. E a parte da roda que ainda não tocou, tocará em um imediato que absorve o instante presente e torna-o passado. Eu, viva e tremeluzente como os instantes, acendo-me e me apago, acendo e apago, acendo e apago. Só que aquilo que capto em mim tem, quando está sendo agora transposto em escrita, o desespero das palavras ocuparem mais instantes que um relance de olhar. Mais que um instante, quero seu fluxo.
(…)
Neste instante-já estou envolvida por um vagueante desejo difuso de maravilhamento e milhares de reflexos do sol na água que corre da bica na relva de um jardim todo maduro de perfumes, jardim e sombras que invento já e agora e que são o meio concreto de falar neste meu instante de vida. Meu estado é o de jardim com água correndo. Descrevendo-o tento misturar palavras para que o tempo se faça. O que te digo deve ser lido rapidamente como quando se olha.
(…)
O dia parece a pele esticada e lisa se uma fruta que em uma pequena catástrofe os dentes rompem, o seu caldo escorre. (…)
Para me refazer e te refazer volto a meu estado de jardim e sombra, fresca realidade, mal existo e se existo é com delicado cuidado. Em redor da sombra faz calor de suor abundante. Estou viva. Mas sinto que ainda não alcancei os meus limites, fronteiras com o quê? sem fronteiras, a aventura da liberdade perigosa. Mas arrisco, vivo arriscando. Estou cheia de acácias balançando amarelas, e eu que mal e mal comecei a minha jornada, começo-a com um senso de tragédia, adivinhando para que oceano perdido vão os meus passos de vida. E doidamente me apodero dos desvãos de mim, meus desvarios me sufocam de tanta beleza. Eu sou antes, eu sou quase, eu sou nunca. E tudo isso ganhei ao deixar de te amar.

Transl. Stefan Tobler

Água Viva (The Stream of Life)

Let me tell you: I’m trying to seize the fourth dimension of this instant-now so fleeting that it’s already gone because it’s already become a new instant-now that’s also already gone. Every thing has an instant in which it is. I want to grab hold of the is of the thing. These instants passing through the air I breathe: in fireworks they explode silently in space. I want to possess the atoms of time. And to capture the present, forbidden by its very nature: the present slips away and the instant too, I am this very second forever in the now. Only the act of love—the limpid star-like abstraction of feeling—captures the unknown moment, the instant hard as crystal and vibrating in the air and life is this untellable instant, larger than the event itself: during love the impersonal jewel of the moment shines in the air, the strange glory of the body, matter made feeling in the trembling of the instants—and the feeling is both immaterial and so objective that it seems to happen outside your body, sparkling on high, joy, joy is time’s material and the essence of the instant. And in the instant is the is of the instant. I want to seize my is. And like a bird I sing hallelujah into the air. And my song belongs to no one. But no passion suffered in pain and love is not followed by a hallelujah.
Is my theme the instant? the theme of my life. I try to keep up with it, I divide thousands of times into as many times as the number of instants running by, fragmented as I am and the moments so fragile—my only vow is to life born with time and growing along with it: only in time itself is there room enough for me.
All of me is writing to you and I feel the taste of being and the taste-of-you is as abstract as the instant. I also use my whole body when I paint and set the bodiless upon the canvas, my whole body wrestling with myself. You don’t understand music: you hear it. So hear me with your whole body. When you come to read me you will ask why I don’t keep to painting and my exhibitions, since I write so rough and disorderly. It’s because now I feel the need for words—and what I’m writing is new to me because until now my true word has never been touched. The word is my fourth dimension.
Today I finished the canvas I told you about: curves that intersect in fine black lines, and you, with your habit of wanting to know why— I’m not interested in that, the cause is past matter—will ask me why the fine black lines? because of the same secret that now makes me write as if to you, writing something round and rolled up and warm, but sometimes cold as the fresh instants, the water of an ever-trembling stream. Can what I painted on this canvas be put into words? Just as the silent word can be suggested by a musical sound.
(…)
I pin down sudden instants that carry within them their own death and others are born—I pin down the instants of metamorphosis and there’s a terrible beauty to their sequence and concurrence.
(…)
But the instant-now is a firefly that sparks and goes out, sparks and goes out. The present is the instant in which the wheel of the speeding car just barely touches the ground. And the part of the wheel that still hasn’t touched, will touch in that immediacy that absorbs the present instant and turns it into the past. I, alive and glimmering like the instants, spark and go out, alight and go out, spark and go out. It’s just that whatever I capture in me has, when it’s now being transposed into writing, the despair that words take up more instants than the flash of a glance. More than the instant, I want its flow.
(…)
In this instant-now I’m enveloped by a wandering diffuse desire for marvelling and millions of reflections of the sun in the water that runs from the faucet onto the lawn of a garden all ripe with perfumes, garden and shadows that I invent right here and now and that are the concrete means of speaking in this my instant of life. My state is that of a garden with running water. In describing it I try to mix words that time can make itself. What I tell you should be read quickly like when you look.
(…)
The day seems like the smooth stretched skin of a fruit that in a small catastrophe the teeth tear, its liquor drains. (…)
To remake myself and remake you I return to my state of garden and shadow, cool reality, I barely exist and if I exist it’s with delicate caution. Around the shadow is a heat of abundant sweat. I’m alive. But I feel that I have yet to reach my limits, borders with what? without borders, the adventure of dangerous freedom. But I take risks, I live taking risks. I’m full of acacias swaying yellow, and I who have barely started my journey, I start it with a sense of tragedy, guessing toward which lost ocean my steps of life are leading. And madly I take control of the recesses of myself, my ravings suffocate me with so much beauty. I am before, I am almost, I am never. And all of this I won when I stopped loving you.



William Stafford

1914-1993, Estados Unidos

Trad. Ada Trzeciakowska

UNA HISTORIA QUE PODRÍA SER CIERTA

Si te intercambiaron al nacer y
tu verdadera madre murió
sin haber compartido el secreto,
tu nombre, entonces, es desconocido
y puede que lejos, en alguna parte
tu perdido padre te necesite
al otro lado del abismo.

Él nunca podrá comprobar
lo auténtico que eres, lo dispuesto que estás.
Cuando el viento sopla fuerte
y la lluvia asola las calles
encogido tiritas en la esquina.
La gente va pasando
y te asombra su calma.

No pueden oír el susurro
que recorre tu mente a diario,
«¿Quién eres realmente, caminante?»-
y la respuesta que has de dar
por muy oscuro y frío que sea
el mundo que te rodea es:
«Tal vez soy un rey».

Ilustración de Andréi Dugin

Tłum. Ada Trzeciakowska

HISTORIA, BYĆ MOŻE PRAWDZIWA

Jeśli podmieniono cię w kołysce a
prawdziwa matka zmarła
nie podzieliwszy się z tobą historią,
twoje imię pozostaje nieznane,
a daleko gdzieś, możliwe, że
potrzebuje cię twój zagubiony ojciec,
a dzieli was przecież przepaść.

Nigdy nie przekona się
jak prawdziwy jesteś, jak bardzo gotowy.
Gdy zrywa się wiatr
a ulewa pustoszy ulice
skulony dygoczesz za rogiem.
Zadziwia cię spokój
przechodzących ludzi.

Nie dosłyszą szeptu, który co dzień
kołacze ci się w głowie,
«Kim jesteś naprawdę, wędrowcze?»
a odpowiedzieć brzmi,
choćby zimny i ciemny
był świat wokół ciebie:
«Być może jestem królem».

A STORY THAT COULD BE TRUE

If you were exchanged in the cradle and
your real mother died
without ever telling the story
then no one knows your name,
and somewhere in the world
your father is lost and needs you
but you are far away.

He can never find
how true you are, how ready.
When the great wind comes
and the robberies of the rain
you stand on the corner shivering.
The people who go by—
you wonder at their calm.

They miss the whisper that runs
any day in your mind,
“Who are you really, wanderer?”—
and the answer you have to give
no matter how dark and cold
the world around you is:
“Maybe I’m a king.”

Edward Stachura

1937-1979, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Verás

Ah, cuando ella deje de amarte:
¡Ya lo verás!
Verás la noche en medio del día,
Negro cielo en lugar de estrellas;
Lo verás todo igual
Como lo veo yo.

Y la tierra, ya lo verás,
La tierra no será más tierra:
No te querrá llevar.

Y el fuego, ya lo verás,
El fuego no será más fuego:
No podrás vadearlo.

Y el agua, ya lo verás,
El agua no será más agua:
No te refrescará.

Y el viento, ya lo verás,
El viento no será más viento:
No te calmará.

Ah, cuando ella deje de amarte:
Ya lo verás.
Verás tu propio rostro extraño,
Los ojos tan grandes que tiene el miedo;
Lo verás todo igual
Como lo veo yo.

Y todos los elementos,
Todos te maldecirán:
¡Más vale que desaparezcas sin dejar rastro!

Fotografías: René Groebli

Zobaczysz

Ach, kiedy ona cię kochać przestanie:
Zobaczysz!
Zobaczysz noc w środku dnia,
Czarne niebo zamiast gwiazd;
Zobaczysz wszystko to samo,
Co ja.

A ziemia, zobaczysz,
Ziemia to nie będzie ziemia:
Nie będzie cię nosić.

A ogień, zobaczysz,
Ogień to nie będzie ogień:
Nie będziesz w nim brodzić.

A woda, zobaczysz,
Woda to nie będzie woda:
Nie będzie cię chłodzić.

A wiatr, zobaczysz,
Wiatr to nie będzie wiatr:
Nie będzie cię koić.

Ach, kiedy ona cię kochać przestanie:
Zobaczysz!
Zobaczysz obcą własną twarz,
Jakie wielkie oczy ma strach;
Zobaczysz wszystko to samo,
Co ja.

I wszystkie żywioły,
Wszystkie będą ci złorzeczyć:
Lepiej byś przepadł bez wieści!

Roman Honet

1974 -, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Susurro de un hombre solitario sobre las noches pasadas

si un hombre solitario susurra
sobre noches pasadas -da igual si fue ayer, o-
dios las inventará este año, significa que
sus ojos no podrán sanar. no es que
sienta pena, las briznas de hierba entreabriéndose
como aletas nasales de los zorros de vidrio maleable
con una franja de sangre encima, por eso
fluyen tan silenciosas y tiemblan. el pasado
es el vodka o un hueso bajo el párpado,
reduciéndolo todo,
salvo a sí mismo. no es que
quiera buscar herramientas y nombres, lámparas de señales
junto a los aeropuertos -eso ha iniciado
y concluirá allí, en aquel pueblo
situado entre las colinas:
donde discurría la vida
y donde discurría la muerte -para este susurro
de las noches pasadas, aunque sólo para burlarse-
pudieron no haber coincidido.

Escultura de Christina Bothwell

szept samotnego o ubiegłych nocach

jeśli samotny o ubiegłych nocach
szepcze – to wczoraj, albo –
bóg je wymyśli dopiero w tym roku,
to jego oczu nie da się uleczyć. nie
żeby żal, trawy rozchylające się
jak nozdrza lisów z giętkiego szkła
z prążkiem krwi na wierzchu, dlatego
płyną tak cicho i drżą. przeszłość
to wódka lub kość pod powieką,
pomniejszająca wszystko,
oprócz siebie samej. nie
żeby szukać narzędzi i nazw, lamp naprowadzających
przy lotniskach – to rozpoczęło się
i skończy tam, w miasteczku
położonym wśród wzgórz:
gdzie biegło życie
i gdzie biegła śmierć – dla tego szeptu
o ubiegłych nocach, choćby dla żartu –
mogły się nie spotkać

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

soledad II

He andado por ahí largo tiempo
en los helados campos de Ostgötland.
No se veía a nadie por ningún lado.

En otras partes del mundo
hay quienes nacen, viven, mueren
en continuo tumulto.

Ser siempre visible —vivir
en un enjambre de ojos—
debe de dar una expresión particular al rostro.
El rostro cubierto de arcilla.

El murmullo sube y baja
mientras ellos se reparten entre sí
el cielo, las sombras, los granos de arena.

Necesito estar solo
diez minutos por la mañana
y diez minutos por la noche.
—Sin programa.

Todos hacen cola hacia todos.

Muchos.

Uno.

Das-Erhabene-Büro- de Paco Pomet

Tłum. Ada Trzeciakowska

samotność II

Od dłuższej chwili szedłem już
zamarzniętymi polami Ostgötlandu.
Na horyzoncie nie widać nikogo.

W innych częściach świata
niektórzy rodzą się, żyją, umierają
w wiecznym gąszczu ludzi.

Bycie wystawionym na pokaz – życie
gdy rój oczu krąży wokół –
sprawia, że twarz przybiera szczególny wyraz.
Twarzy ulepionej z gliny.

Wrzawa unosi się i opada
gdy dzielą się między sobą
niebem, cieniem, ziarnem piasku.

Muszę pobyć sam
dziesięć minut rano
i dziesięć minut wieczorem.
– Bez programu.

Wszyscy czekają w kolejce do kogoś.

Wielu.

Jeden.

Transl. Robin Fulton

Alone

I have been walking for a long time
on the frozen Östergötland fields.
I have not seen a single person.

In other parts of the world
there are people who are born, live and die
in a perpetual crowd.

To be always visible – to live
in a swarm of eyes –
a special expression must develop.
Face coated with clay.

The murmuring rises and falls
while they divide up among themselves
the sky, the shadows, the sand grains.

I must be alone
ten minutes in the morning
and ten minutes in the evening.
– Without a programme.

Everyone is queuing at everyone’s door.

Many.

One.


Ensamhet II

Jag har gått omkring länge
på de frusna östgötska fälten.
Ingen människa har varit i sikte.

I andra delar av världen
finns de som föds, lever, dör
i en ständig folkträngsel.

Att alltid vara synlig – leva
i en svärm av ögon –
måste ge ett särskilt ansiktsuttryck.
Ansikte överdraget med lera.

Mumlandet stiger och sjunker
medan de delar upp mellan sig
himlen, skuggorna, sandkornen.

Jag måste vara ensam
tio minuter på morgonen
och tio minuter på kvällen.
– Utan program.

Alla står i kö hos alla.

Flera.

En.

Anna Świrszczyńska

1909-1984, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

NATURALEZA MUERTA

En un charco de barro y sangre,
entre el cuerpo medio carbonizado de un caballo
y el cuerpo medio carbonizado de un hombre,
junto a un canalón arrancado, un sillón con flecos, una tetera,
y tres trozos de vidrio roto,
yace quemado por los bordes
un jirón de carta amorosa: «Soy tan feliz».

Fotogrmas de Largo Domingo de Noviazgo de Jean-Pierre Jeunet

MARTWA NATURA

W kałuży błota i krwi,
pomiędzy na pół zwęglonym ciałem konia
i na pół zwęglonym ciałem człowieka,
obok urwanej rynny, fotela z frędzlami, imbryka,
i trzech kawałków rozbitej szyby,
leży spalony po brzegach
strzęp miłosnego listu: „Jestem taka szczęśliwa».

Marcin Świetlicki

1961 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

***

Las cartas comunican lo frío y negro. Me doy cuenta:
sólo sirvo de intermediario. Se quejan a Dios.
Permanezco inmóvil contra un viento intenso, el viento sopla a través de mí.
La culpa es mía.

Fotogramas de Las Armonías Werckmeister y La condena de Béla Tarr

***

W listach zimno i czarno. Uświadamiam sobie:
jedynie pośredniczę. Żalą się do Boga.
Stoję na wielkim wietrze, wiatr przewiewa przeze mnie.
Moja wina.

José Iniesta

1962 – , España (Valencia)

LLANTO EN LAS SELVAS DE POLONIA

a Kamisa Djamaldinova, porque sentí mío su dolor: la muerte de sus hijos en la ruta del hambre. La frontera verde, Polonia, Septiembre 2007

No soy nadie. Se derrama la pena sobre mármoles rotos, la ladera se inclina a sus abismos. El viento se revuelve en el hayedo, y ha cantado una lágrima. También está el amor, y va desnudo. Yo no soy nada aquí, qué lejanía. Mi piedad es inútil, mi oración humareda. Hay sucesos que nunca se borrarán: Kamisa con sus hijos por el bosque, y los valles heridos por el último sol. Es la nada y el mundo unidos por un nudo, la arquitectura del dolor, la raíz de los cielos en la carne. Donde el amor, todo será presente. Qué silencio, todo es grito en las selvas de Polonia. Arden los horizontes, oscurece. Kamisa arropa al niño entre sus brazos. En la noche canta a sus hijas que el mundo es extravío, que en su pecho la leche es amarga, que allá abajo en el valle existe un río de manzanas y miel. La belleza es creer, a veces, y allí miran las estrellas de la nada. Desde ese precipicio la madre les promete, permaneced aquí, es solo sed y tiempo. Aguardadme en la cueva poblada de la noche. Mis dioses lares os amparan en la niebla. Me voy con vuestro hermano, y al alba volveré con pan y ayuda, y una manta de amor.

II parte de «La frontera verde» en Cantar la vida

Collage propio: fotogramas de Lore (2012) de Cate Shortland

Tłum. Ada Trzeciakowska

Kamisie Djamaldinowej, ponieważ jej ból odczułem jak własny, po śmierci jej dzieci na szlaku głodu, Zielona granica, Polska, wrzesień 2007.

PŁACZ W POLSKICH BORACH

Ja nic nie znaczę. To ból rozlewa się po spękanych marmurach, a zbocza nachylają się nad przepaściami. Wiatr trzepocze w buczynie i wyśpiewał łzę. Jest też miłość, kroczy naga. Jestem tu nikim, jak to daleko ode mnie. Mój żal jest bezużyteczny, modlitwy to słup dymu. Są wydarzenia, które nie dadzą się wymazać: Kamisa z dziećmi w lesie, doliny okaleczone przez ostatnie promienie słońca. To nicość i świat splecione węzłem, architektura bólu, korzeń nieba wbity w ciało. Tam, gdzie miłość, wszystko jest teraźniejszością. Jaka cisza, a w polskich lasach wszystko krzyczy. Horyzonty płoną, zapada zmrok. Kamisa tuli dziecko w ramionach. Nocą śpiewa córkom o tym, że świat to bezdroża, że mleko jej w piersiach zgorzkniało, a gdzieś w dali doliną płynie rzeka jabłek i miodu. Piękno bywa wiarą, niekiedy i tam spoglądają gwiazdy nicości. Z otchłani nieszczęścia matka przyrzeka im: pozostańcie tutaj, to tylko pragnienie i czas. Zaczekajcie na mnie w jaskini zamieszkałej przez noc. Bogowie domowego ogniska udzielą wam schronienia we mgle. Pójdę z waszym bratem, a o świcie będę tu z powrotem z chlebem i pomocą, i okryciem utkanym z miłości.

II część «Zielonej granicy» w Sławić życie

Oksana Lukashina / Oksana Łucyszyna

1974, Ucrania

Trad. Ada Trzeciakowska

***

él pide – no me ayudéis
ayudad a los soldados
ya no me hace falta nada
ni medicinas, ni calor, ni luz
ni un sorbo de agua antes de morir

no dejaré esta estancia
a no ser que abandone la estancia del cuerpo
pero me han dicho que no hay Dios
y aquel que existe, se parece demasiado al hombre
y el hombre – creo que existe,
¿deberá de existir?-

supuestamente he vivido mi vida
pero sigo sin saber nada

y esa noche me dolió tanto
que me olvidé de todo y de mí mismo también
no vi ni el cielo, ni el cosmos, ni la negrura
divina; sólo vi a unos soldados
sentí en mis huesos cómo querían beber

no me ayudéis más
ayudad a los que todavía pueden

dar a luz a los niños

Trad. Aneta Kamińska

***

on prosi – nie pomagajcie mnie
pomagajcie żołnierzom
mnie już niczego nie trzeba
ani leków ani ciepła ani światła
ani łyka wody przed śmiercią

nie wyjdę z tego pokoju
chyba że wyjdę z pokoju ciała
ale powiedziano mi że Boga nie ma
a ten który jest – zbyt podobny do człowieka
a człowiek – chyba jest,
chyba musi być?

podobno przeżyłem życie
ale i tak niczego nie wiem

a tej nocy tak mnie bolało
że zapomniałem o wszystkim i zresztą o sobie samym
nie widziałem ani nieba ani kosmosu ani Bożej
czerni; widziałem tylko żołnierzy
czułem w kościach jak oni chcą pić

nie pomagajcie mi więcej
pomagajcie tym którzy jeszcze mogą

rodzić dzieci

Joan Margarit

1938 – 16 de febrero de 2021 , España

NO ESTABA LEJOS, NO ERA DIFÍCIL

Ha llegado este tiempo
cuando ya no hace daño la vida que se pierde,
cuando ya la lujuria es tan sólo
una lámpara inútil, y la envidia se olvida.
Es un tiempo de pérdidas prudentes, necesarias,
y no es un tiempo de llegar
sino de irse. El amor, ahora,
por fin coincide con la inteligencia.
No estaba lejos,
no era difícil. Es un tiempo
que no me deja más que el horizonte
como medida de la soledad.
Un tiempo de tristeza protectora

Fotogramas de El valle de Abraham y Visita, o Memorias y Confesiones de Manoel de Oliveira

Tłum. Ada Trzeciakowska

NIE BYŁO DALEKO, NIE BYŁO TRUDNO

Nastał czas,
gdy utracone życie już nie rani,
gdy pożądanie jest tylko
zbędną lampą, a o zawiści się zapomina.
Pora na przemyślane, konieczne straty,
nic nie nadchodzi
tylko odchodzi. Miłość, teraz,
w końcu żyje w zgodzie z inteligencją.
Nie było daleko,
nie było trudno. Czas ten
zostawił mi tylko horyzont
jako miarę samotności.
Czas na ochronną warstwę smutku.

Alejandra Pizarnik

1936-1972, Argentina

Maravilloso e iluminador análisis de Vicente Cervera Salinas: LAS CENIZAS DEL REINO.
EL HERMOSO DELIRIO DE ALEJANDRA PIZARNIK

Anillos de ceniza

Son mis voces cantando
para que no canten ellos,
los amordazados grismente en el alba,
los vestidos de pájaro desolado en la lluvia.

Hay, en la espera,
un rumor a lila rompiéndose.
Y hay, cuando viene el día,
una partición de sol en pequeños soles negros.
Y cuando es de noche, siempre,
una tribu de palabras mutiladas
busca asilo en mi garganta
para que no canten ellos,
los funestos, los dueños del silencio.

Collage propio

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pierścienie popiołu

To głosy moje śpiewają
by nie śpiewali oni,
ci o ustach szarosznurowanych na świt,
ci przebrani za zbolałe ptaki na deszczu.

Kryje się, w oczekiwaniu,
szmer murszejącej lilii.
I kryje się, gdy nastaje dzień,
rozpad słońca na małe czarne słońca.
A gdy zapada noc, zawsze,
plemię kalekich słów
szuka schronienia u mnie w gardle
by nie śpiewali oni,
ci posępni, ci władcy ciszy.

Michelangelo Antonioni

1912-2007, Italia

En memoria de la inolvidable Monica Vitti (1931-2022)

*Fragmento del guion, escrito con Tonino Guerra, de la primera película en color de Antonioni. Tonino Guerra colaboraba también con Fellini y en sus poemas solía hacer referencias culturas al cine, como en este poema en el que evoca las imágenes del Color de la granada de S. Parajanov.

El desierto rojo

GIULIANA Conocí a una muchacha.
CORRADO ¿Dónde?
GIULIANA Allí.
CORRADO ¿Quieres decir en la clínica?
GIULIANA Sí. Estaba muy mal.
Corrado espera que continúe; en cambio, Giuliana se interrumpe. Se levanta y da unos pasos.
GIULIANA Es que… quería tenerlo todo.
CORRADO ¿Todo de qué?
GIULIANA El doctor le decía: «Usted tendría que aprender a querer. Querer a alguien o bien algo: a su marido, a su hijo, un trabajo o hasta a un perro… Pero no marido, hijo, trabajo, perros, árboles, río…»
Su voz se ha alterado repentinamente.
CORRADO ¿Pero qué se notaba?
Giuliana se aprieta las manos nerviosamente.
GIULIANA Le fallaba el suelo. La impresión resbalar por una pendiente inclinada… de que te hundes, te hundes…, de estar siempre a punto de ahogarte… y de que no tienes nada…
Hace un gesto como diciendo: nada a qué abrazarse.
CORRADO ¿Ni siquiera a su marido?
GIULIANA Ni siquiera a su marido.
Aprisa, como corrigiéndose:
GIULIANA Y, además, no estaba…, estaba fuera.
CORRADO ¿Ni su hijo?
GIULIANA Eso sí… Pero aquella muchacha no tenía hijos.
Se mueve de nuevo, va a sentarse en una silla
GIULIANA Cuando salió de la clínica había llegado al punto de preguntarse: ¿pero yo quién soy? Tuve que explicárselo yo…


GIULIANA Si tuviese que irme yo, me llevaría todo, todo lo que veo, lo que tengo a mano todos los días; hasta los ceniceros.
CORRADO Pero para eso da igual quedarse uno donde estaba; si vas a acabar echando de menos todo, la calle donde vives, tu ciudad…
GIULIANA A veces se lee en los anuncios de los periódicos: «Por ausencia se vende…», como si fuera una razón para abandonar todo lo que se tiene, ni siquiera una parte.
Se mueve, casi de repente reanimada.
GIULIANA ¿Por qué? No tiene porqué ser así. ¿Cómo se sabe qué es lo que va a servir?… Y luego, las cosas que dejas, la gente, ¿las encontrarás de nuevo a tu vuelta?… Y si las encuentras, ¿serán iguales?
CORRADO Puede ser que yo no vuelva más.
GIULIANA Si yo tuviese que irme para no volver más, te llevaría a ti también.
Corrado se pone serio, impresionado por la frase de Giuliana.
GIULIANA Sí, porque ahora formas parte de mí. Es decir, de lo que me rodea.
Una pausa. Cerrado se le acerca mirándola con ternura. Giuliana deja al descubierto por unos momentos su intimidad. Dice lentamente:
GIULIANA Si Ugo me hubiese mirado alguna vez como me miras tú estos días, habría comprendido muchas cosas.


GIULIANA Tú no me quieres, ¿verdad?
Corrado, cogido de improviso, duda.
CORRADO ¿Por qué me lo preguntas?
Giuliana se ha separado de él, hablando como para sí.
GIULIANA No sé ni yo misma por qué… Nunca estoy satisfecha… ¿Por qué tengo que tener siempre necesidad de los demás? Debo ser imbécil: por eso no sé arreglármelas.
Corrado da unos pasos hacia ella, pero Giuliana retrocede.
GIULIANA ¿Sabes que querría? Todas las perso¬nas que me han querido…, tenerlas a todas aquí, alrededor mío, como una valla.


GIULIANA A veces me entran ganas de agredir a alguien.
Corrado trata de bromear.
CORRADO ¿Y te parece un síntoma alarmante? Porque a mí también, a veces…
GIULIANA Ayúdame, ayúdame, te lo ruego. Yo… tengo miedo de no poder. ¡Tengo miedo!
Está presa de una angustia que tiene que ser insoportable, a juzgar por los movimientos que hace con todo su cuerpo, por la misma voz, rota, jadeante. Está fuera de sí. Corrado la coge por los brazos.
CORRADO No te pongas así. Cálmate. ¿Por qué tienes miedo? ¿De qué?
Giuliana trata de dominar la voz, pero grita cada vez más fuerte:
GIULIANA De las calles…, de las fábricas…, de colores…, de la gente…, de todo…


GIULIANA Hay algo terrible en la realidad, y yo no sé qué es. Y nadie me lo dice.
Se vuelve a mirarle; da unos pasos hacia él.
GIULIANA Tampoco me has ayudado tú, Corrado.
Dice esta frase con dulzura, pero para él es como una acusación. Continúa mirándola por unos instantes; luego coge el abrigo y sale.

Fotogramas de El desierto rojo