María Ángeles Pérez López

1967 – , España

[NOVENTA Y NUEVE ESTRELLAS DE MAR Y UNA CODA*]

Si las rocas respiran, ¿no habrás de hacerlo tú? Brama el mar en su nombre y en el tuyo. Entra y rompe, imprudente, las costuras, el cuidadoso atado de los cuerpos. Se lleva por delante las costillas, ese armazón de barco y de velamen que reclama el oxígeno y el tórax.

Te habías levantado entre la asfixia. La luz era pastosa: una tela tupida tapando tu cabeza, un revoltijo de hilo en la laringe. Después has caminado hasta el rompiente, hasta el abrupto corte de la costa y llamarás al mar casi sin voz. Si no viene, terminarás gritando. Como en los sueños, no hay tiempos verbales: todo ocurre mañana y es ayer. Pero sigues llamando al mar incluso en la afonía, en el volcado y brecha, entre las redes. No alcanzaste a anotar en tu cuaderno las frases desarboladas por el naufragio: “No puedo respirar”, o bien, la asfixia es una experiencia mancomunada, o bien, entre el ritual de espanto se escapa la última brizna de aire con la que puedo decir toda persona importa, por favor, por favor, sólo levántate, por favor, mamá, mamá, por favor, o bien, soy el viento y cada una de las personas que importaron que importan toda persona importa porque el regalo del sol es una experiencia mancomunada.

Brama el mar en su nombre y en el tuyo. Después lo borra todo sin temblar. Se apoyará en tu frente, volverá a bautizarte, regalará monedas de agua a los más niños. Festejará el bullicio de borrarte y rehacerte cada vez, como ola que muere y se levanta. Como esos niños, o gaviotas ruidosas y carnívoras, o pequeños erizos de mar que se reconocen en las delicadas tareas de la aguja o de la orfebrería, y también golpeándose, mueren, se levantan.

En tu piel abre el mar sus pasadizos, la llamada impaciente de los pájaros. Entra por el boscaje de los bronquios, los bramaderos rotos del batiente. En el norte de ti, te rompe y entra. Te llena con disturbio y con amor.

Han de besarte algas, bivalvos y pequeños animales transparentes. Te abrazarán con sílabas de espuma, el torbellino brusco que se enreda en las piernas y las hace caer hasta el amor. ¿Cómo has de llamarte, ahora que no te perteneces? ¿Ahora que murmuras el macilento idioma de la hipoxia y el agua ha de romper cualquier sintaxis? Porque en la privación ya no te perteneces, eres de ella, de sus formularios sumergidos y las largas agendas del ahogo.

Si las rocas respiran, ¿no habrás de hacerlo tú? Como un ciervo, el mar brama tu nombre. Braceas levantándote en su boca, en el lenguaje inquieto del amor. Siempre es la vida en su mandato de agua, su mandato de hierba y de pelambre, su encarnizado modo de decirse en el lenguaje inquieto del amor.

Es el mar padre y madre. Es tus hermanos. Se alza en ti, es esperma del inicio, es el padre que se abotona el sol, es tu madre expulsando la placenta sobre la orilla hermosa, salpicada, cuando devuelve un cuerpo y no es el tuyo. Caminas entre volúmenes humanos, las fundas plásticas que alojan sombras ya desvanecidas, refugiados durmiendo sobre la cicatriz del cielo. ¿Encontrarás tu cuerpo entre tantos ahogados? ¿Por qué no te correspondió llamarte Siria, o Irak, o tal vez Yemen? Nada sabes de ti ni de los otros, el oleaje dicta una jerga imposible, es el centro y la herida incandescentes.

Arden el mar y los campos de Moria. Arden los alfabetos de la infamia, las oraciones rotas de los dignos. En la noche en la que arde el sol de Europa, noventa y nueve estrellas de mar duermen sobre la playa en una funda. No sabes si lo que ilumina el cielo es tu propio alarido o la escarnecida respiración del agua que habría querido acunar esos cuerpos. Noventa y nueve estrellas en un cielo mudo. Cuando cierras los ojos y te entregas, cuando la arena anida en la laringe, cuentas noventa y nueve estrellas en un cielo mudo. No hay red ni artesonado ni cadencia, sólo el agua que besa cada nombre.

Si ellos no respiran, ¿habrás de hacerlo tú?

NOTAS

Mare no Nostrum. Mare no Mater. ¿Cómo es posible que una sola palabra cancele pasado y futuro a la vez? ¿No son siempre las piernas de la madre las dos columnas de Hércules, ese final del mundo conocido?
 
Pescar hombres tampoco podía referirse a esto. Al entrar en las aguas más profundas, se rompen las redes por la carga excesiva. El lenguaje es también una red inflexible. Romperla, morderla para que deje oír la oración de los dignos.

Escribir cuaderna no es escribir cuaderno, ni siquiera si la cuaderna forma las costillas del casco, esas piezas curvas que suben desde la quilla como ramas y desglosan el día que no llega. ¿Será el cuerpo un barco lanzado a la deriva? Al mirarlo, cielo y mar lo manchan con su sombra, una pizarra oscurísima que habrá que iluminar violentamente.

La estrella de mar se llama asteroidea porque no pudiste imaginarla sumergida. Tiene que ser una forma del cielo. Pero a pesar del abrazo de la similitud, la vida no se parece a nada. Es siempre inagotable. No se deja apresar en ningún apelativo. Puedes hablar de un cuerpo plano formado por un disco pentagonal pero te limitas a describir, ser superficie. Hay que bajar a lo hondo incluso sin aliento.

Al descender, buscas esa corriente aforística bajo la marea de la que ha hablado Charles Wright. Cuando levantas los pies del mar, tropiezas con una línea de arena formada por una sola palabra repetida noventa y nueve veces que ha dejado un largo rastro de sangre tras de sí.
 
Seguir ese rastro. Sumergirse. Anotar cada nombre. No ser red.
 
¿Y la coda? En esta bajura no importa la respuesta. Insistes, sólo insistes: no ser red.

* del Libro mediterráneo de los muertos (Pre-textos, 2023), ganador del IV Premio Internacional de Poesía Margarita Hierro 

Fotograma de Retorno a Hansala (2008) de Chus Gutiérrez

Tłum. Ada Trzeciakowska

[DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ ROZGWIAZD I JEDNA KODA*]

Jeśli skały oddychają, czy i ty nie powinieneś oddychać? Morze ryczy w ich imieniu i twoim. Wdziera się i rozrywa, nierozważnie, szwy, staranne wiązanie ciał. Zabiera żebra, ów szkielet statku i ożaglowania, domagający się klatki piersiowej i tlenu.

Wstałeś był udusiwszy się. Światło było miękkie i lepkie: gęsta tkanina okrywająca głowę, plątanina nici w krtani. Potem podszedłeś do falochronu, do gwałtownego wycięcia wybrzeża i będziesz wzywać morze prawie bezgłośnie. Jeśli nie nadejdzie, w końcu zaczniesz krzyczeć. Tak jak w snach, nie ma czasów odczasownikowych: wszystko dzieje się jutro a jest wczoraj. Lecz ty wciąż nawołujesz morze, nawet w stanie afonii, gdy łódź wywraca się i powstaje wyrwa, wśród sieci. Nie udało ci się zapisać w zeszycie zdań pozbawionych masztów przez morską katastrofę: «Nie mogę oddychać», albo inaczej, uduszenie się jest doświadczeniem zbiorowym, albo inaczej, podczas rytuału przerażenia uchodzi ostatni haust powietrza, dzięki któremu można powiedzieć, iż każdy człowiek ma znaczenie, proszę, proszę, tylko wstań, proszę, mamo, mamo, proszę, lub raczej, jestem wiatrem i każdym z ludzi, którzy są ważni, którzy byli ważni, każdy człowiek jest ważny, ponieważ dar słońca jest doświadczeniem zbiorowym.

Morze ryczy w jego imieniu i twoim. Potem zaciera ślady nie zadrżawszy nawet. Oprze się na twoim czole, ochrzci cię ponownie, rozda dzieciom monety z wody. Będzie świętować szum i zgiełk wymazywania cię i ponownego tworzenia za każdym razem, jak fala, która umiera i podnosi się znowu. Podobnie jak te dzieci lub hałaśliwe i mięsożerne mewy lub małe jeżowce, które rozpoznają się w delikatnych pracach igieł lub złotników, a także uderzają o siebie, umierają, powstają.

Na twojej skórze morze otwiera swoje korytarze, niecierpliwe wołanie ptaków. Wchodzi przez zagajnik oskrzeli, połamane rykowisko falochronu. Na północ od ciebie, przełamuje cię i wdziera się. Wypełnia cię zamętem i miłością.

Ucałują cię wodorosty, małże i małe przezroczyste zwierzątka. Obejmą cię sylabami z piany, gwałtownym wirem, który oplątuje twoje nogi i sprawia, że opadasz po miłość. Jak powinieneś nazywać się, teraz, gdy nie należysz już do siebie? Teraz, gdy mamroczesz w ziemistoszarym języku niedotlenienia, a woda musi przełamać każdą składnię? Ponieważ w odcięciu nie należysz już do siebie, należysz do niej, do jej zanurzonych form i długich harmonogramów utonięć.

Jeśli skały oddychają, czy i ty nie powinieneś oddychać? Jak jeleń, morze wykrzykuje twoje imię. Wymachujesz ramionami wznosząc się w jego ustach, w niespokojnym języku miłości. Zawsze jest życiem w swoim posłannictwie wody, w posłannictwie trawy i sierści, w swoim zaciekłym sposobie wyrażania się w niespokojnym języku miłości.

Morze jest ojcem i matką. Jest twoimi braćmi. Wzbiera w tobie, jest spermą początku, jest ojcem zapinającym guziki słońca, jest twoją matką wydalającą łożysko na piękny, zbryzgany brzeg, gdy zwraca ciało, które nie jest twoim. Idziesz między ludzkimi bryłami, plastikowymi pokrowcami, które kryją cienie już rozwiane, uchodźców śpiących na bliznach nieba. Czy odnajdziesz swoje ciało wśród tak wielu topielców? Dlaczego to nie ty nazywasz się Syria, Irak, a może Jemen? Nie wiesz nic o sobie ani o innych, falowanie dyktuje nieznośny szwargot, jest żarzącym się jądrem i raną.

Płoną morza i pola Morii. Płoną alfabety niesławy, zerwane modlitwy zacnych ludzi. W nocy, gdy płonie słońce Europy, dziewięćdziesiąt dziewięć rozgwiazd śpi na plaży w pokrowcach. Nie wiesz, czy to, co rozświetla niebo, jest twoim własnym skowytem, czy wzgardzonym oddechem wody, która chciała ukołysać te ciała. Dziewięćdziesiąt dziewięć gwiazd na niemym niebie. Gdy zamykasz oczy i poddajesz się, gdy piasek zagnieżdża się w twojej krtani, naliczasz dziewięćdziesiąt dziewięć gwiazd na niemym niebie. Nie ma sieci, sztukaterii ani rytmu, jest tylko woda, która całuje każde imię.

Jeśli oni nie oddychają, czy ty powinieneś oddychać?

ZAPISKI

Mare no Nostrum. Mare no Mater. Jak to możliwe, że jedno słowo anuluje przeszłość i przyszłość w tym samym czasie? Czyż nogi matki nie są zawsze dwiema kolumnami Herkulesa, tym końcem znanego świata?
 
Połów ludzi również nie może się do tego odnosić. Wchodząc na najgłębsze wody, sieci rwą się pod nadmiernym ciężarem. Język jest nieelastyczną siecią. Rozerwać ją, przegryźć, by modlitwa zacnych ludzi została wysłuchana.
 
Napisać wręga** to nie pisać dziennik, nawet jeśli wręgi tworzą żebra kadłuba, te zakrzywione kawałki, które wyrastają ze stępki jak gałęzie i przekreślają dzień, który nie nadejdzie. Czy ciało jest dryfującym statkiem? Kiedy na nie patrzymy, niebo i morze plamią je swoim cieniem, ciemnym łupkiem, który trzeba będzie gwałtownie oświetlić.

Gwiazda morska jest nazywana rozgwiazdą, ponieważ nie potrafisz wyobrazić jej sobie zanurzonej w wodzie. Musi to być jakaś postać nieba. Lecz pomimo tego podobieństwa, życie nie jest podobne do niczego innego. Jest zawsze niewyczerpane. Nie pozwala się uwięzić w żadnym rzeczowniku pospolitym. Możesz mówić o płaskim ciele utworzonym przez pięciokątny dysk, ale ograniczasz się do opisywania, do bycia powierzchnią. Trzeba zejść w głąb nawet gdy nie możemy złapać oddechu.
 
Schodząc, szukasz tego aforystycznego prądu pod pływem, o którym mówił Charles Wright. Kiedy wynurzysz stopy z morza, natkniesz się na linię piasku utworzoną przez jedno słowo powtórzone dziewięćdziesiąt dziewięć razy, które pozostawiło za sobą długi ślad krwi.
 
Podążać tym śladem. Zanurzyć się. Zapisać każde imię. Nie być siecią.
 
A koda? W tej płyciźnie odpowiedź nie ma znaczenia. Nalegasz, tylko nalegasz: nie być siecią.

*Z tomiku Śródziemnomorska księga umarłych (Pre-textos, 2023) nagrodzonego IV Międzynarodową Nagrodą Poetycką Margarity Hierro

**Gra słów, po hiszpańsku wręga to cuaderna, podczas gdy dziennik to cuaderno

Aníbal Núñez

1944 – 1987, España

PRIMAVERA SOLUBLE

Pétalos de manzano por la fragilidad de su perfume
la arena que la lluvia tamiza en las vaguadas
enojo padecía.
Manos que palidecen si cae en ellas bronce
música que los ríos en las noches tejieron
bálsamo de tu voz. Cuando hablas de los pinos.

Fotografía de Dmitry Rogozhkin

Tłum. Ada Trzeciakowska

Rozpuszczalna Wiosna

Płatki jabłoni przez swą wonną ulotność
piasek, który przesiewa deszcz w łożysku rzeki
kipiał gniewem.
Ręce bielejące gdy spadnie na nie brąz
muzyka, którą nocami utkały rzeki
twojego głosu balsam. Gdy mówisz o sosnach.

Aníbal Núñez

1944 – 1987, España

En Primavera soluble, la identificación de la palabra con lo natural conlleva su disolución en la naturaleza y la propuesta de una poética sin orden, concebida desde un imprevisible azar. Se trata de formas proteicas cuya conformación ofrece un ámbito en el que las palabras, como las cosas o los objetos, son y ya no quieren decir. Se accede a mostrar sólo el desarraigo existencial de un sujeto que ha desbaratado el simulacro del lenguaje y al que le han sido reveladas las condiciones de su fugaz paso por la vida: belleza y verdad no proceden de un orden establecido por la cultura, sino de ese otro material para el cual el lenguaje no sirve, aunque es necesario. En sus últimos libros, la vida no emana de la descripción realista o de la exactitud científica, mucho menos de la preconizada por ideologías o creencias, sino de una esclarecedora revelación poética. Y, no obstante, se asume la imposibilidad de una conexión con ella fuera del lenguaje. En el poema titulado «Vieja dedicatoria», el autor reflexiona sobre ello a la luz de una comprensión profunda de un desarraigo existencial que no encuentra su reflejo en la escritura: «Por mis palabras indefensas nunca / vas ni ibas tú». Es éste un verso esclarecedor de la derrota, al erigir una palabra poética exterior al sujeto. (…) A pesar de esta derrota, algo sí ha conseguido el poeta: que la palabra haga coincidir su silencio con el ocaso del sol y con la hermosa clausura de su luz.

Vicente Vivez Pérez La palabra inexpugnable (Tesis doctoral)

vieja dedicatoria

Por esa veta gris en una perla
donde incendia la luz del occidente
un paisaje tras otro, una tras otra gema,
busqué fuentes y hallé, topé con valles
me perdí, vi el antiguo camino, eludí aldeas
y quise cabalgar. Te recordé sentado
junto al refugio de la salamandra.

Por mis palabras indefensas nunca
vas ni ibas tu. Este ocaso es casi tu silencio
y un latido en tus sienes deshace la belleza.

No como el tiempo que segó la sangre:
como una luz vivísima que mueve
la destrucción de todos los horizontes frágiles
para vibrar imperceptible sobre
el sol, el agua, los atardeceres.

Fotografía de Olga Trzeciakowska

Tłum. Ada Trzeciakowska

Dawna dedykacja

Poprzez szarą żyłkę w perle
tam gdzie światło zachodu podpala
pejzaż za pejzażem, klejnot za klejnotem,
szukałem źródeł i odnalazłem je, przedzierałem się jarami
zgubiłem się, ujrzałem dawny szlak, stroniłem od wiosek
wierzchem chciałem gnać. Pamiętam, że siedziałeś
obok kryjówki salamandry.

Za pośrednictwem mych bezradnych słów nigdy
nie nadchodzisz ani nie nadszedłeś. Zmierzch ten jest jak cisza twoja
a pulsowanie w twoich skroniach odwraca piękno.

Nie jak czas, który skosił krew:
jak najjaskrawsze światło co wprawia w ruch
destrukcję wszelkich kruchych horyzontów
by wibrować niezauważalnie nad
słońcem, wodą, zapadającym mrokiem.

Aníbal Núñez

1944 – 1987, España

Nada queda de nuestro palomar blanco…

Nada queda de nuestro
palomar blanco, donde
sentimos el primer
vértigo nada queda
del almendro en el que
imaginábamos lianas
y éramos dos tarzanes nada queda
de la tapia que el mundo dividía
en territorio apache
y en territorio sioux nada queda
del cuarto de las ratas
que olía a viejas historias y tampoco
queda nada me han dicho
de la terraza ni de la
galeria de cristal donde el sol en invierno
se acurrucaba como un gato nada
queda de la escalera
de caracol ya nada
del jardín con castaños con acacias
con ¿qué? donde aprendimos a montar
en bicicleta nada
queda de nuestra casa
primera
               Hay una valla
y detrás nada, los expertos
han medido el terreno con sus metros cuadrados
con sus gafas cuadradas han aojado el terreno
con sus zapatos negros han sumado la tierra
de nuestra infancia que hoy no tiene
dónde meterse:
                            está prohibido
el paso a los ajenos a la obra.

Fotos propias

Tłum. Ada Trzeciakowska

Nic nie zostało z naszego białego gołębnika…

Nic nie zostało z naszego
białego gołębnika, gdzie
po raz pierwszy doświadczyliśmy
zawrotów głowy, nic nie zostało
z drzewa migdałowego, który
wyobraźnia pokryła lianami
a my byliśmy dwoma tarzanami nic nie zostało
z muru, który dzielił świat
na terytorium Apaczów
i na terytorium Siuksów nic nie zostało
z komnaty szczurów
pachnącej dawnymi historiami i też
nic nie zostało tak mi powiedziano
z tarasu ani z
przeszklonego ganku, gdzie słońce zimą
kuliło się w kłębek jak kot nic
nie zostało ze ślimaka
schodów nie zostało już nic
z ogrodu z kasztanami z akacjami
z czym? gdzie uczyliśmy się jeździć
na rowerze nic
nie zostało z naszego pierwszego
domu
               Jest tam ogrodzenie
a za nią nic, eksperci
wymierzyli teren w swoich kwadratowych metrach
w swoich kwadratowych okularach obejrzeli grunty
w swoich czarnych butach podliczyli ziemię
naszego dzieciństwa, które dziś nigdzie
nie ma gdzie się podziać:
                            zabroniono
wejścia osobom postronnym na plac budowy

Aníbal Núñez

1944 – 1987, España

Aquella música

Aquella música que nunca
acepta su armonía es armonía:
arpegios que se miran en la luna,
trinos que se regalan el oído
son sucia miel, no música

Tienes ejemplos en las olas
que saben que su próxima batida
en el acantilado no es la última
ni la mejor de todas
y en la lluvia
que da su aroma a tierra agradecida
y no puede sentirlo

De la lucha
contra tus propios ídolos
nace toda, la única
armonía celeste: lluvia, olas
son insatisfacción, son melodía,
inagotable música.

Fotos propias: El monte Aso (Aso-san)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Ta muzyka

Muzyka, która nigdy nie akceptuje
swojej harmonii jest harmonią:
Arpeggio, przeglądające się w księżycu,
Tryle, które cieszą nasze uszy
są jak brudny miód, nie muzyka

Inne przykłady znajdziesz u fal
które wiedzą, że kolejne uderzenie
w klif nie będzie ich ostatnim
ani najbardziej udanym ze wszystkich
i u deszczu
który oddaje swój zapach wdzięcznej ziemi
a nie może go poczuć

Z walki
przeciwko twoim własnym bożkom
rodzi się, ta jedyna
niebiska harmonia: deszcz, fale
są wyrazem niezadowolenia, są melodią,
niekończącą się muzyką.

María Ángeles Pérez López

1967 – , España

***

Lanzar contra la luz todos los peces
y evitar que las redes los atrapen,
que los muerda el anzuelo con su boca
curvada en la violencia de morir.
Desanudar la asfixia, trabazón,
bocanada de anhídrido y espinas ,
en que se hunden la angustia y los tacones
cuando el jueves se cierra, abochornado,
sobre su propia lista de imposibles.
Lanzarlos como quién avienta lana,
como quien suelta el trigo tras la trilla
o la harina blanquísima en el pan,
para que permanezcan en su vuelo
igual que permanece en la memoria
del agua cada fibra de la luz.
Para que se detenga su caída
contra el asfalto sucio, contra el miedo
metálico que exudan los arpones.
Para que permanezca en cada letra
el copo diminuto de almidón
como quietud de aquello que se mueve,
pez que se escurre raudo entre las manos
y nada en la canción de las agallas.

(con Eugenio Montejo)

Los árboles de Eugenio Montejo aquí

Paul Klee Magia de los peces (1925)

Tłum. Ada Trzeciakowska

***

Cisnąć w światło wszystkie ryby
tak by sieci ich nie złapały,
by nie ugryzł ich haczyk swoimi ustami
wykrzywionymi w gwałtowności umierania.
Poluzować duszność, wiązanie,
haust anhydrytu i ości,
w których grzęzną lęk i obcasy
gdy czwartek dobiega końca, zawstydzony
swoją własną listą rzeczy niewykonalnych.
Sypnąć nimi jak ktoś kto wietrzy wełnę,
kto przesypuje zmłóconą pszenicę
lub bielusieńką mąkę na chleb,
by trwały w swoim locie
tak jak trwa w pamięci
wody każde włókno światła.
Tak by wstrzymać ich upadek
na brud asfaltu, na metaliczną
trwogę sączącą się z harpunów.
Tak by trwał w każdej literze
maleńki płatek krochmalu
jak wytchnienie dla tego co w ruchu,
zwinna ryba wyślizguje się z rąk
i płynie w pieśni skrzeli.

(Z Eugenio Montejo)

Aníbal Núñez

1944 – 1987, España

La belleza arrebata a las palabras que quieren proclamarla

De la mutilación de las estatuas
a veces surge la belleza, de los
capiteles truncados cuyo acanto
cayera en la maleza entre el acanto
—réplica en viejo mármol de un verdor sorprendido
por la primera lluvia que conoce—: posible
perfección del azar que nada tiene
que hacer para ser símbolo de todo
lo que se quiera

Triste
belleza —no la suya: nunca es triste
la piedra en su lugar, nunca fue triste
la maleza en el suyo— la del símbolo…

Pues el azar que rompe la voluta,
cercena gestos imperecederos…
es el mismo que quiebra la hermosura
de edificios de sangre

Sólo quise
decirte —y me han salido dos acantos
y tres tristes— que nada
hay para mí más bello que el ver que estás alegre
y viva.

Chris Marker y A. Resnais Las estatuas mueren también: «Cuando los hombres están muertos, entran en la historia. Cuando las estatuas están muertas, entran en el arte. Esta botánica de la muerte, es lo que nosotros llamamos la cultura.»

Tłum. Ada Trzeciakowska

Piękno wydziera słowa pragnące je sławić

Z okaleczonych posągów
czasem emanuje piękno, ze
ściętych kapiteli, których ornamentowy akant
stoczył się w chaszcze pomiędzy liście akantu
-replika w antycznym marmurze zieleni zdziwionej
pierwszym dla niej deszczem-: możliwa
doskonałość przypadku, który nic nie musi
czynić by stać się symbolem dla nas
dowolnym

Smutne
piękno- nie jego: nigdy nie są smutne
kamienie w takiej chwili, nigdy nie były smutne
wówczas chaszcze- lecz to symbolu…

Bowiem przypadek, który kruszy wolutę,
ukraca nieprzemijające gesty…
jest tym samym, który niszczy piękno
z krwi budynków

Chciałem ci tylko
powiedzieć -a wymknęły mi się dwa akanty
i trzy smutne- że nie ma
dla mnie nic piękniejszego niż ujrzeć cię radosną
i żywą.

Aníbal Núñez

1944 – 1987, España

Mudanza

Una palabra para hacer llover
está sobre el armario. No la toques
que lloverá en la estepa y los armarios
saldrán mañana a flote en los pasillos mudos.

Fotograma de Últimas imágenes del naufragio de Eliseo Subiela (1989)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Przeprowadzka

Słowo wywołujące deszcz
leży na szafie. Nie dotykaj go
bo na stepach spadnie deszcz a szafy
wypłyną na nieme korytarze.

Raúl Vacas Polo

1971 – , España

Aquí les dejo una señal. Habrá un pequeño despertar
en cada cosa, replegado en el frío azucarado
de la noche, cuando lleguen los pájaros.

Todos serán, un día, aquel perfil
que dibujó el espejo del pasillo.

Esta será la victoria.
El triunfo de la idea,
el estallido final de los átomos
que se entrelazan absurdos y se chocan
como la gente en las plazas.

Luego los hombres abonarán las páginas
y la memoria. Entenderán
que no hay respuestas para todo.

Que todo tiende a ene cada noche.

Que las mentiras se anexionan como rémoras
a la epidermis de las cosas
y que al final de todo está la tierra o el agua tibia
o el plancton de unos ojos de mujer.

Aquí les dejo una señal que ya no es mía.

Acérquenla despacio a una bombilla de limón
y cuando miren al trasluz,
descubrirán otra distinta.

Cierren luego los ojos

En Uno solo. Cuaderno de apuntes en «Lágrimas» (2014)


EL HOMBRE INSCRITO EN EL LABERINTO @ aquilino gonzález

Tłum. Ada Trzeciakowska

Proszę oto znak. Każda rzecz dozna niewielkiego
przebudzenia, poskładanego w ocukrzonym zimnie
nocy, kiedy przylecą ptaki.

Wszyscy będą, pewnego dnia, tamtym profilem
zarysowanym przez lustro w korytarzu.

To właśnie będzie zwycięstwo.
Tryumf idei,
ostateczny wybuch atomów,
które splatają się absurdalne i zderzają się
jak ludzie na placach.

Potem ludzie użyźnią strony
i pamięć. Zrozumieją
że nie ma odpowiedzi na wszystko.

Że nocą wszystko dąży do n.

Że kłamstwa przywierają jak trudności
do naskórka rzeczy
i że na końcu wszystkiego jest ziemia lub ciepła woda
lub plankton o oczach kobiety.

Proszę oto znak, który dłużej nie jest mój.

Przybliżcie go powoli do żarówki z cytryny
i kiedy popatrzycie pod światło,
odkryjecie kolejny, zupełnie różny.

Zamknijcie później oczy.