María Ángeles Pérez López

1967 – , España

[NOVENTA Y NUEVE ESTRELLAS DE MAR Y UNA CODA*]

Si las rocas respiran, ¿no habrás de hacerlo tú? Brama el mar en su nombre y en el tuyo. Entra y rompe, imprudente, las costuras, el cuidadoso atado de los cuerpos. Se lleva por delante las costillas, ese armazón de barco y de velamen que reclama el oxígeno y el tórax.

Te habías levantado entre la asfixia. La luz era pastosa: una tela tupida tapando tu cabeza, un revoltijo de hilo en la laringe. Después has caminado hasta el rompiente, hasta el abrupto corte de la costa y llamarás al mar casi sin voz. Si no viene, terminarás gritando. Como en los sueños, no hay tiempos verbales: todo ocurre mañana y es ayer. Pero sigues llamando al mar incluso en la afonía, en el volcado y brecha, entre las redes. No alcanzaste a anotar en tu cuaderno las frases desarboladas por el naufragio: “No puedo respirar”, o bien, la asfixia es una experiencia mancomunada, o bien, entre el ritual de espanto se escapa la última brizna de aire con la que puedo decir toda persona importa, por favor, por favor, sólo levántate, por favor, mamá, mamá, por favor, o bien, soy el viento y cada una de las personas que importaron que importan toda persona importa porque el regalo del sol es una experiencia mancomunada.

Brama el mar en su nombre y en el tuyo. Después lo borra todo sin temblar. Se apoyará en tu frente, volverá a bautizarte, regalará monedas de agua a los más niños. Festejará el bullicio de borrarte y rehacerte cada vez, como ola que muere y se levanta. Como esos niños, o gaviotas ruidosas y carnívoras, o pequeños erizos de mar que se reconocen en las delicadas tareas de la aguja o de la orfebrería, y también golpeándose, mueren, se levantan.

En tu piel abre el mar sus pasadizos, la llamada impaciente de los pájaros. Entra por el boscaje de los bronquios, los bramaderos rotos del batiente. En el norte de ti, te rompe y entra. Te llena con disturbio y con amor.

Han de besarte algas, bivalvos y pequeños animales transparentes. Te abrazarán con sílabas de espuma, el torbellino brusco que se enreda en las piernas y las hace caer hasta el amor. ¿Cómo has de llamarte, ahora que no te perteneces? ¿Ahora que murmuras el macilento idioma de la hipoxia y el agua ha de romper cualquier sintaxis? Porque en la privación ya no te perteneces, eres de ella, de sus formularios sumergidos y las largas agendas del ahogo.

Si las rocas respiran, ¿no habrás de hacerlo tú? Como un ciervo, el mar brama tu nombre. Braceas levantándote en su boca, en el lenguaje inquieto del amor. Siempre es la vida en su mandato de agua, su mandato de hierba y de pelambre, su encarnizado modo de decirse en el lenguaje inquieto del amor.

Es el mar padre y madre. Es tus hermanos. Se alza en ti, es esperma del inicio, es el padre que se abotona el sol, es tu madre expulsando la placenta sobre la orilla hermosa, salpicada, cuando devuelve un cuerpo y no es el tuyo. Caminas entre volúmenes humanos, las fundas plásticas que alojan sombras ya desvanecidas, refugiados durmiendo sobre la cicatriz del cielo. ¿Encontrarás tu cuerpo entre tantos ahogados? ¿Por qué no te correspondió llamarte Siria, o Irak, o tal vez Yemen? Nada sabes de ti ni de los otros, el oleaje dicta una jerga imposible, es el centro y la herida incandescentes.

Arden el mar y los campos de Moria. Arden los alfabetos de la infamia, las oraciones rotas de los dignos. En la noche en la que arde el sol de Europa, noventa y nueve estrellas de mar duermen sobre la playa en una funda. No sabes si lo que ilumina el cielo es tu propio alarido o la escarnecida respiración del agua que habría querido acunar esos cuerpos. Noventa y nueve estrellas en un cielo mudo. Cuando cierras los ojos y te entregas, cuando la arena anida en la laringe, cuentas noventa y nueve estrellas en un cielo mudo. No hay red ni artesonado ni cadencia, sólo el agua que besa cada nombre.

Si ellos no respiran, ¿habrás de hacerlo tú?

NOTAS

Mare no Nostrum. Mare no Mater. ¿Cómo es posible que una sola palabra cancele pasado y futuro a la vez? ¿No son siempre las piernas de la madre las dos columnas de Hércules, ese final del mundo conocido?
 
Pescar hombres tampoco podía referirse a esto. Al entrar en las aguas más profundas, se rompen las redes por la carga excesiva. El lenguaje es también una red inflexible. Romperla, morderla para que deje oír la oración de los dignos.

Escribir cuaderna no es escribir cuaderno, ni siquiera si la cuaderna forma las costillas del casco, esas piezas curvas que suben desde la quilla como ramas y desglosan el día que no llega. ¿Será el cuerpo un barco lanzado a la deriva? Al mirarlo, cielo y mar lo manchan con su sombra, una pizarra oscurísima que habrá que iluminar violentamente.

La estrella de mar se llama asteroidea porque no pudiste imaginarla sumergida. Tiene que ser una forma del cielo. Pero a pesar del abrazo de la similitud, la vida no se parece a nada. Es siempre inagotable. No se deja apresar en ningún apelativo. Puedes hablar de un cuerpo plano formado por un disco pentagonal pero te limitas a describir, ser superficie. Hay que bajar a lo hondo incluso sin aliento.

Al descender, buscas esa corriente aforística bajo la marea de la que ha hablado Charles Wright. Cuando levantas los pies del mar, tropiezas con una línea de arena formada por una sola palabra repetida noventa y nueve veces que ha dejado un largo rastro de sangre tras de sí.
 
Seguir ese rastro. Sumergirse. Anotar cada nombre. No ser red.
 
¿Y la coda? En esta bajura no importa la respuesta. Insistes, sólo insistes: no ser red.

* del Libro mediterráneo de los muertos (Pre-textos, 2023), ganador del IV Premio Internacional de Poesía Margarita Hierro 

Fotograma de Retorno a Hansala (2008) de Chus Gutiérrez

Tłum. Ada Trzeciakowska

[DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ ROZGWIAZD I JEDNA KODA*]

Jeśli skały oddychają, czy i ty nie powinieneś oddychać? Morze ryczy w ich imieniu i twoim. Wdziera się i rozrywa, nierozważnie, szwy, staranne wiązanie ciał. Zabiera żebra, ów szkielet statku i ożaglowania, domagający się klatki piersiowej i tlenu.

Wstałeś był udusiwszy się. Światło było miękkie i lepkie: gęsta tkanina okrywająca głowę, plątanina nici w krtani. Potem podszedłeś do falochronu, do gwałtownego wycięcia wybrzeża i będziesz wzywać morze prawie bezgłośnie. Jeśli nie nadejdzie, w końcu zaczniesz krzyczeć. Tak jak w snach, nie ma czasów odczasownikowych: wszystko dzieje się jutro a jest wczoraj. Lecz ty wciąż nawołujesz morze, nawet w stanie afonii, gdy łódź wywraca się i powstaje wyrwa, wśród sieci. Nie udało ci się zapisać w zeszycie zdań pozbawionych masztów przez morską katastrofę: «Nie mogę oddychać», albo inaczej, uduszenie się jest doświadczeniem zbiorowym, albo inaczej, podczas rytuału przerażenia uchodzi ostatni haust powietrza, dzięki któremu można powiedzieć, iż każdy człowiek ma znaczenie, proszę, proszę, tylko wstań, proszę, mamo, mamo, proszę, lub raczej, jestem wiatrem i każdym z ludzi, którzy są ważni, którzy byli ważni, każdy człowiek jest ważny, ponieważ dar słońca jest doświadczeniem zbiorowym.

Morze ryczy w jego imieniu i twoim. Potem zaciera ślady nie zadrżawszy nawet. Oprze się na twoim czole, ochrzci cię ponownie, rozda dzieciom monety z wody. Będzie świętować szum i zgiełk wymazywania cię i ponownego tworzenia za każdym razem, jak fala, która umiera i podnosi się znowu. Podobnie jak te dzieci lub hałaśliwe i mięsożerne mewy lub małe jeżowce, które rozpoznają się w delikatnych pracach igieł lub złotników, a także uderzają o siebie, umierają, powstają.

Na twojej skórze morze otwiera swoje korytarze, niecierpliwe wołanie ptaków. Wchodzi przez zagajnik oskrzeli, połamane rykowisko falochronu. Na północ od ciebie, przełamuje cię i wdziera się. Wypełnia cię zamętem i miłością.

Ucałują cię wodorosty, małże i małe przezroczyste zwierzątka. Obejmą cię sylabami z piany, gwałtownym wirem, który oplątuje twoje nogi i sprawia, że opadasz po miłość. Jak powinieneś nazywać się, teraz, gdy nie należysz już do siebie? Teraz, gdy mamroczesz w ziemistoszarym języku niedotlenienia, a woda musi przełamać każdą składnię? Ponieważ w odcięciu nie należysz już do siebie, należysz do niej, do jej zanurzonych form i długich harmonogramów utonięć.

Jeśli skały oddychają, czy i ty nie powinieneś oddychać? Jak jeleń, morze wykrzykuje twoje imię. Wymachujesz ramionami wznosząc się w jego ustach, w niespokojnym języku miłości. Zawsze jest życiem w swoim posłannictwie wody, w posłannictwie trawy i sierści, w swoim zaciekłym sposobie wyrażania się w niespokojnym języku miłości.

Morze jest ojcem i matką. Jest twoimi braćmi. Wzbiera w tobie, jest spermą początku, jest ojcem zapinającym guziki słońca, jest twoją matką wydalającą łożysko na piękny, zbryzgany brzeg, gdy zwraca ciało, które nie jest twoim. Idziesz między ludzkimi bryłami, plastikowymi pokrowcami, które kryją cienie już rozwiane, uchodźców śpiących na bliznach nieba. Czy odnajdziesz swoje ciało wśród tak wielu topielców? Dlaczego to nie ty nazywasz się Syria, Irak, a może Jemen? Nie wiesz nic o sobie ani o innych, falowanie dyktuje nieznośny szwargot, jest żarzącym się jądrem i raną.

Płoną morza i pola Morii. Płoną alfabety niesławy, zerwane modlitwy zacnych ludzi. W nocy, gdy płonie słońce Europy, dziewięćdziesiąt dziewięć rozgwiazd śpi na plaży w pokrowcach. Nie wiesz, czy to, co rozświetla niebo, jest twoim własnym skowytem, czy wzgardzonym oddechem wody, która chciała ukołysać te ciała. Dziewięćdziesiąt dziewięć gwiazd na niemym niebie. Gdy zamykasz oczy i poddajesz się, gdy piasek zagnieżdża się w twojej krtani, naliczasz dziewięćdziesiąt dziewięć gwiazd na niemym niebie. Nie ma sieci, sztukaterii ani rytmu, jest tylko woda, która całuje każde imię.

Jeśli oni nie oddychają, czy ty powinieneś oddychać?

ZAPISKI

Mare no Nostrum. Mare no Mater. Jak to możliwe, że jedno słowo anuluje przeszłość i przyszłość w tym samym czasie? Czyż nogi matki nie są zawsze dwiema kolumnami Herkulesa, tym końcem znanego świata?
 
Połów ludzi również nie może się do tego odnosić. Wchodząc na najgłębsze wody, sieci rwą się pod nadmiernym ciężarem. Język jest nieelastyczną siecią. Rozerwać ją, przegryźć, by modlitwa zacnych ludzi została wysłuchana.
 
Napisać wręga** to nie pisać dziennik, nawet jeśli wręgi tworzą żebra kadłuba, te zakrzywione kawałki, które wyrastają ze stępki jak gałęzie i przekreślają dzień, który nie nadejdzie. Czy ciało jest dryfującym statkiem? Kiedy na nie patrzymy, niebo i morze plamią je swoim cieniem, ciemnym łupkiem, który trzeba będzie gwałtownie oświetlić.

Gwiazda morska jest nazywana rozgwiazdą, ponieważ nie potrafisz wyobrazić jej sobie zanurzonej w wodzie. Musi to być jakaś postać nieba. Lecz pomimo tego podobieństwa, życie nie jest podobne do niczego innego. Jest zawsze niewyczerpane. Nie pozwala się uwięzić w żadnym rzeczowniku pospolitym. Możesz mówić o płaskim ciele utworzonym przez pięciokątny dysk, ale ograniczasz się do opisywania, do bycia powierzchnią. Trzeba zejść w głąb nawet gdy nie możemy złapać oddechu.
 
Schodząc, szukasz tego aforystycznego prądu pod pływem, o którym mówił Charles Wright. Kiedy wynurzysz stopy z morza, natkniesz się na linię piasku utworzoną przez jedno słowo powtórzone dziewięćdziesiąt dziewięć razy, które pozostawiło za sobą długi ślad krwi.
 
Podążać tym śladem. Zanurzyć się. Zapisać każde imię. Nie być siecią.
 
A koda? W tej płyciźnie odpowiedź nie ma znaczenia. Nalegasz, tylko nalegasz: nie być siecią.

*Z tomiku Śródziemnomorska księga umarłych (Pre-textos, 2023) nagrodzonego IV Międzynarodową Nagrodą Poetycką Margarity Hierro

**Gra słów, po hiszpańsku wręga to cuaderna, podczas gdy dziennik to cuaderno