Michael Krüger

1943 – , Alemania

Trad. Ada Trzeciakowska

***

Aunque ya no hay peces en el mar,
el pescador zarpa bajo la luna llena.
A veces se me permite acompañarlo.
Antes, era capitán de la Marina,
«cuatro estrellas en cada hombro,
si sabes lo que significa».
Conoce cada ola desde África
hasta aquí, cada cresta blanca, cada estrella de mar.
Navegamos hasta el lugar donde
más fácil resulta pescar la luz de luna
con nuestra red. Un cubo lleno
es más que suficiente. Así que a las siete
estamos de vuelta con nuestra pesca
y podemos empezar a contar.

Cuadro de Rafael Guzmán (1964-2021, Zamora)

Tłum. Ryszard Krynicki

***

Chociaż żadnych ryb już tu nie ma,
rybak wypływa daleko w morze przy pełni księżyca.
Niekiedy wolno mi jest mu towarzyszyć.
Wcześniej był kapitanem w Marynarce.
„Cztery gwiazdki na każdym barku,
jeżeli wiesz, co to znaczy”.
Zna każdą falę od Afryki do tutaj,
każdą grzywę na fali, każdą rozgwiazdę.
Płyniemy do miejsca, na którym najlepiej
łowi się naszym niewodem
światło księżyca. Jedno pełne wiadro
wystarczy – więc około siódmej
wracamy z naszym połowem
i możemy zacząć opowiadać.

***

Obwohl im Meer keine Fische mehr leben,
fährt der Fischer bei Vollmond hinaus.
Ich darf ihn manchmal begleiten.
Früher war er Kapitän bei der Marine ,
»vier Sterne auf jeder Schulte , 
wenn du weißt , was das heißt« . 
Er kennt jede Welle zwischen Afrika 
und hier , jede Schaumkrone , jeden Seestern .
Wir fahren an die Stelle, wo wir
am besten das Mondlicht fangen können
mit unserem Käscher. Einen Eimer voll,
das langt , gegen sieben sind wir dann
wieder zurück mit unserer Beute
und können erzählen.

Linda Gregg

1942-2019, EE.UU.

Trad. Jonio  González

Los cantantes cambian, la música continúa

En realidad en los mitos no muere nadie.
No se pierde mundo alguno en las historias.
Todo se pierde en el relato,
en el momento en que se pregunta. Crecemos
 y envejecemos en nuestra tierra de hierba
y lunas de sangre, nacimiento y debilidad.
Vivimos nuestro mito en la repetición,
fingiendo que otro día regresaremos.
Igual que cada mañana llega la mañana.
La verdad es que volvemos como un coro.
De otro modo Eurídice estaría para siempre
en la oscuridad. Nuestro canto la hace
regresar. Nuestra muerte la mantiene viva.

Escena de Léolo de Jean-Claude Lauzon

Tłum. Ada Trzeciakowska

WYKONAWCY SIĘ ZMIENIAJĄ, MUZYKA gra DALEJ

W mitach nikt naprawdę nie umiera.
W opowieściach nie ginie żaden świat.
Wszystko przepada w opowiadaniu,
gdy pada pytanie. Dorastamy
i starzejemy się w naszej krainie traw
i krwawych księżyców, narodzin i przemijania.
To miejsce absolutów. Powracania.
Żyjemy we własym micie – w powtarzalności,
udając, że powrócimy następnego dnia.
Jak ranek nadchodzący każdego ranka.
Prawda jest taka, że wracamy jako chór.
Inaczej Eurydyka zostałaby na zawsze
w ciemności. Nasz śpiew sprowadza ją
z powrotem. Nasze umieranie utrzymuje ją przy życiu.

THE SINGERS CHANGE, THE MUSIC GOES ON

No one really dies in the myths.
No world is lost in the stories.
Everything is lost in the retelling,
in being wondered at. We grow up
and grow old in our land of grass
and blood moons, birth and goneness.
A place of absolutes. Of returning.
We live our myth in the recurrence,
pretending we will return another day.
Like the morning coming every morning.
The truth is we come back as a choir.
Otherwise Eurydice would be forever
in the dark. Our singing brings her
back. Our dying keeps her alive.



Antonio Rodríguez Jiménez

1978 – , España (Albacete)

de la mera existencia

Tras la violencia de la cacería,
se reagrupa en un claro la manada.
Ya viene el aire limpio del olor del peligro
y amamantan las madres a sus crías.
Pacen tranquilamente los adultos y nadie
podría imaginar que hace muy poco
eran solo pavor, galope ciego.
 Atrás quedó la sangre de los miembros
menos afortunados, naturaleza muerta
alimentando el ciclo de la vida.
No hay espacio en la paz de los rumiantes
para albergar tristeza
ni para la memoria.
Esto es su tiempo: instantes sucesivos
de placidez y alarma. Es el decurso
de seres sin relato,
de la mera existencia.

del Los signos del derrumbe (2014)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Najczystsze istnienie

Po brutalnej przemocy polowania,
stado przegrupowuje się na polanie.
Powietrze wolne od zapachu zagrożenia
a matki karmią piersią swoje młode.
Dorosłe pasą się spokojnie, trudno
wyobrazić sobie, że tuż przed chwilą
były tylko trwogą, ślepym galopem.
Została za nimi krew osobników
mających mniej szczęścia, martwa natura
bezwiednie podtrzymująca cykl życia.
W spokoju przeżuwaczy nie ma miejsca
na gromadzenie smutku
ani na kult pamięci.
To jest ich czas: sukcesywne momenty
beztroski i strachu. Upływ czasu
u stworzeń bez historii,
najczystszego istnienia.

Sherwood Anderson

1876-1941, EE. UU.

«Una aventura» en Winesburg, Ohio (frag.)

Alice subió a su cuarto y se desvistió a oscuras. Permaneció un momento junto a la ventana, escuchando el ruido de las gotas que golpeaban los cristales, y de pronto se apoderó de ella un extraño deseo. Sin detenerse a pensar en lo que iba a hacer, echó a correr es¬caleras abajo por la casa en tinieblas y se zambulló en la lluvia que caía. Mientras permanecía de pie en el pequeño espacio sembrado de hierba que había frente a su casa, sintiendo correr por su cuerpo la fría lluvia, se adueñó por completo de ella un deseo loco de echar a correr desnuda por las calles.
Se imaginó que la lluvia ejercía sobre su cuerpo un influjo creador y maravilloso. Hacía muchos años que no se había sentido tan llena de juventud y de energía. Sentía impulsos de saltar y de correr, de gritar, de topar con algún ser humano solitario y abrazarse a él. Por la acera enladrillada se oyeron las torpes pisadas de un hombre que iba camino de su casa. Alice echó a correr. La poseía un capricho salvaje y desesperado. «¡Qué me importa quién sea! Está solo, y yo me llegaré a él —pensó—; y sin detenerse a reflexionar en las posibles consecuencias de su locura, lo llamó cariñosamente de este modo: ¡Espera! No marches. Seas quien seas, tienes que esperar.»
El hombre que pasaba por la acera se detuvo y se quedó escuchando. Era viejo y algo sordo. Se llevó la mano a la boca para dar más resonancia a sus palabras y gritó con toda su fuerza: «¿Cómo? ¿Qué dice?»
Alice se dejó caer al suelo toda temblorosa. Tan asustada quedó, pensando en lo que había hecho, que cuando el hombre siguió su camino ella no tuvo valor para ponerse en pie, sino que se dirigió hasta su casa gateando sobre la hierba. Cuando llegó a su cuarto, se cerró por dentro y arrimó la mesa de tocador a la puerta. Su cuerpo tiritaba como si hubiese cogido frío; y era tal el temblor de sus manos que no podía ponerse el camisón. Se metió en la cama, hundió su rostro en la almohada y sollozó desconsoladamente. «¿Qué es lo que me pasa? Si no tomo precauciones, un día haré algún disparate horrible», pensaba. Se volvió de cara a la pared y procuró armarse de valor para hacerse a la idea de que son muchas las personas que se ven obligadas a vivir y morir solitarias, aun en Winesburgo.

Fotografías de Gregory Crewdson, serie Twilight

«Przygoda» w Winesburg, Ohio (fragm.)

Alicja poszła na górę do swojego pokoju i po ciemku rozebrała się. Stała chwilę pod oknem słysząc, jak deszcz tłucze o szyby, aż ogarnęła ją niezwykła żądza. Nie namyślając się, co ma zamiar zrobić, po schodach z ciemnego domu wybiegła w deszcz. Stała na małym trawniku przed domem czując zimne strugi na ciele, gdy chwyciło ją szalone pragnienie, aby nago pobiec przez ulice.
Myślała, że deszcz stanie się ożywczym, wspaniałym balsamem dla jej ciała. Od lat nie czuła się tak pełna młodości i odwagi. Chciała skakać i biec, wznosić okrzyki, znaleźć inną samotność człowieczą i porwać ją w ramiona. Chodnikiem z cegieł jakiś człowiek wlókł się do domu. Alicja zaczęła biec. Ogarnął ją dziki, szaleńczy nastrój. „Co mnie obchodzi, kto to jest. Wystarczy, że samotny, więc będę z nim” – myślała. I nagle bez chwili zastanowienia, jaki będzie skutek jej szaleństwa, łagodnie zawołała:
– Zaczekaj! Nie odchodź. Kimkolwiek jesteś, zaczekaj.
Człowiek na chodniku zatrzymał się i stał nasłuchując. Był stary i głuchawy. Zwijając dłoń przy ustach krzyczał: – Co? Że co?
Alicja osunęła się na ziemię i leżała drżąca. Zdjął ją taki strach na myśl o tym, co zrobiła, że kiedy stary poszedł swoją drogą, nie miała śmiałości wstać, tylko na czworakach przez trawę popełzła do domu. Dostawszy się do swojego pokoju zaryglowała drzwi i zastawiła wejście toaletą. Ciałem jej wstrząsał dreszcz, a ręce tak drżały, że ledwo uporała się z nocną koszulą.
Kiedy weszła do łóżka, ukryła twarz w poduszce i żałośnie płakała. „Co się ze mną dzieje? Muszę uważać, bo zrobię coś strasznego” – myślała i odwróciwszy się twarzą do ściany próbowała się przemóc, aby dzielnie zmierzyć się z faktem, że wielu ludziom dane jest żyć i umierać samotnie, nawet w Winesburgu.