Karol Maliszewski

1960 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Al Borde (en la orilla)

Insectos palo al borde de un gran
vidrio. La llave suena y no atina.
Las flores asoman las cabezas
de las macetas. En la mesa restos de ratafía.

Como en cuadros de los viejos maestros.
Sólo falta mover la copa de la campanilla.
Doblar la luz. Pero no las manos.
Una gran nada, sacada de la filosofía,

no se corresponde con el cálido interior.
Los que se han ido se han dejado a sí mismos
en fotografías, cabellos sobre toallas.
Hormigas en una isla desierta (el pan)

proclaman algo, callando, en una lengua ajena.
Así quedarse quieto al borde de la imagen,
girar la llave en la mano, mover la tierra;
los vecinos se han marchado por la noche

y ya deben de abordar Inglaterra.
Vencido por insomnio e impotencia
cierro bien los grifos, bajo las persianas.
Nuestra calle se va quedando desierta.

Fotos propias

Na brzegu

Patyczaki na brzegu wielkiej
szyby. Klucz dzwoni i nie trafia.
Kwiaty wychylają głowy
z donic. Na stole niedopita ratafia.

Wszystko jak u starych mistrzów.
Tylko kielich poprawić dzwonkowi.
Załamać światło. Ale nie ręce.
Wielkie nic, wzięte z filozofii,

nie pasuje do ciepłego wnętrza.
Wyjeżdżający zostawili siebie
na fotografiach, włosach na ręczniku.
Mrówki na bezludnej wyspie (chlebie)

coś, milcząc, głoszą w nieznanym języku.
Tak stawać cicho na brzegu obrazu,
klucz w ręce obracać, ziemię poruszać;
sąsiedzi wyjechali w nocy

i pewnie już są u brzegów Anglii.
Z bezsenności i niemocy
zamykam okna, dokręcam krany.
Nasza ulica się wyludnia.

Sherwood Anderson

1876-1941, EE. UU.

«Una aventura» en Winesburg, Ohio (frag.)

Alice subió a su cuarto y se desvistió a oscuras. Permaneció un momento junto a la ventana, escuchando el ruido de las gotas que golpeaban los cristales, y de pronto se apoderó de ella un extraño deseo. Sin detenerse a pensar en lo que iba a hacer, echó a correr es¬caleras abajo por la casa en tinieblas y se zambulló en la lluvia que caía. Mientras permanecía de pie en el pequeño espacio sembrado de hierba que había frente a su casa, sintiendo correr por su cuerpo la fría lluvia, se adueñó por completo de ella un deseo loco de echar a correr desnuda por las calles.
Se imaginó que la lluvia ejercía sobre su cuerpo un influjo creador y maravilloso. Hacía muchos años que no se había sentido tan llena de juventud y de energía. Sentía impulsos de saltar y de correr, de gritar, de topar con algún ser humano solitario y abrazarse a él. Por la acera enladrillada se oyeron las torpes pisadas de un hombre que iba camino de su casa. Alice echó a correr. La poseía un capricho salvaje y desesperado. «¡Qué me importa quién sea! Está solo, y yo me llegaré a él —pensó—; y sin detenerse a reflexionar en las posibles consecuencias de su locura, lo llamó cariñosamente de este modo: ¡Espera! No marches. Seas quien seas, tienes que esperar.»
El hombre que pasaba por la acera se detuvo y se quedó escuchando. Era viejo y algo sordo. Se llevó la mano a la boca para dar más resonancia a sus palabras y gritó con toda su fuerza: «¿Cómo? ¿Qué dice?»
Alice se dejó caer al suelo toda temblorosa. Tan asustada quedó, pensando en lo que había hecho, que cuando el hombre siguió su camino ella no tuvo valor para ponerse en pie, sino que se dirigió hasta su casa gateando sobre la hierba. Cuando llegó a su cuarto, se cerró por dentro y arrimó la mesa de tocador a la puerta. Su cuerpo tiritaba como si hubiese cogido frío; y era tal el temblor de sus manos que no podía ponerse el camisón. Se metió en la cama, hundió su rostro en la almohada y sollozó desconsoladamente. «¿Qué es lo que me pasa? Si no tomo precauciones, un día haré algún disparate horrible», pensaba. Se volvió de cara a la pared y procuró armarse de valor para hacerse a la idea de que son muchas las personas que se ven obligadas a vivir y morir solitarias, aun en Winesburgo.

Fotografías de Gregory Crewdson, serie Twilight

«Przygoda» w Winesburg, Ohio (fragm.)

Alicja poszła na górę do swojego pokoju i po ciemku rozebrała się. Stała chwilę pod oknem słysząc, jak deszcz tłucze o szyby, aż ogarnęła ją niezwykła żądza. Nie namyślając się, co ma zamiar zrobić, po schodach z ciemnego domu wybiegła w deszcz. Stała na małym trawniku przed domem czując zimne strugi na ciele, gdy chwyciło ją szalone pragnienie, aby nago pobiec przez ulice.
Myślała, że deszcz stanie się ożywczym, wspaniałym balsamem dla jej ciała. Od lat nie czuła się tak pełna młodości i odwagi. Chciała skakać i biec, wznosić okrzyki, znaleźć inną samotność człowieczą i porwać ją w ramiona. Chodnikiem z cegieł jakiś człowiek wlókł się do domu. Alicja zaczęła biec. Ogarnął ją dziki, szaleńczy nastrój. „Co mnie obchodzi, kto to jest. Wystarczy, że samotny, więc będę z nim” – myślała. I nagle bez chwili zastanowienia, jaki będzie skutek jej szaleństwa, łagodnie zawołała:
– Zaczekaj! Nie odchodź. Kimkolwiek jesteś, zaczekaj.
Człowiek na chodniku zatrzymał się i stał nasłuchując. Był stary i głuchawy. Zwijając dłoń przy ustach krzyczał: – Co? Że co?
Alicja osunęła się na ziemię i leżała drżąca. Zdjął ją taki strach na myśl o tym, co zrobiła, że kiedy stary poszedł swoją drogą, nie miała śmiałości wstać, tylko na czworakach przez trawę popełzła do domu. Dostawszy się do swojego pokoju zaryglowała drzwi i zastawiła wejście toaletą. Ciałem jej wstrząsał dreszcz, a ręce tak drżały, że ledwo uporała się z nocną koszulą.
Kiedy weszła do łóżka, ukryła twarz w poduszce i żałośnie płakała. „Co się ze mną dzieje? Muszę uważać, bo zrobię coś strasznego” – myślała i odwróciwszy się twarzą do ściany próbowała się przemóc, aby dzielnie zmierzyć się z faktem, że wielu ludziom dane jest żyć i umierać samotnie, nawet w Winesburgu.