Roxana Crisólogo Correa

1966, Perú/ Finlandia

Tengo que explicar el porqué de este viaje
lo leo en los ojos que me indican
dónde debo formarme y esperar

Me he visto de tantas maneras que ya no sé de quién hablo
Lo llamo el viaje a las raíces
en otras circunstancias simplemente sería alguien
que viaja
clava un arcoíris sobre el horizonte
se levanta las heridas que el maquillaje oculta

una vez más me desdoblo en lo que mi boca repara
me empolvo la cara de monosílabos
pero hace falta algo más para persuadir
al policía de inmigración
El solo quiere acabar con esto cuanto antes
no es nada personal
otros discuten de geopolítica
a él solo le importa si tendré dónde dormir
si haré tantos hijos que no alcanzará la tierra
para cultivarlos y verlos crecer

América Latina es un montón de gente dice la poeta uruguaya
en cambio yo vengo del laberinto
También América es un montón de esas cosas sueltas
como bosques y agua
que se venderán o que ya no existen
pero el cielo refleja en un gris indescriptible en mi rostro

El policía de inmigración
me hace hablar horas
de las funciones curativas de ciertos
destinos turísticos de mi país
Lo llevo hacia atrás
le digo recuerda que un día también tu padre salió a vender
las estrellas o a robarlas
desordenó el cielo lo encementó para poblarlo
                               lo llenó de ventanitas
Siempre termino contando la historia
del viaje en barco y a contracorriente sobre el Pacífico
de la caminata sobre el hielo y lo que se descongela
bajo los pies y la prisa para cruzar
de mis otros abuelos
inmigrantes en su propia patria
la reforma agraria les dio tierras y una patria escrita
que sus nietos abandonamos
Cuento la historia de la desigualdad entre
la tierra es para quien la trabaja y
la cocina es para quien la atiende

De los abuelos inmigrantes me quedan erosiones
en la piel y una fotografía: mi padre descalzo y mi abuelo
Me pongo los zapatos por ellos
y como ellos viajo con lo que pude meter en una pequeña bolsa
a donde voy carraspeo toso río soy el desierto

de Kauneus (la belleza), 2021

Tłum. Ada Trzeciakowska

Muszę wyjaśnić powód tej podróży
wyczytuję to z oczu, które wskazują mi
gdzie powinnam się dokształcić i czekać

Poznałam siebie na tyle sposobów, że nie wiem już o kim mówię.
Nazywam to podróżą do korzeni
w innych okolicznościach byłbym po prostu kimś
kto podróżuje
wbija tęczę nad horyzontem
rozdrapuje rany, które skrywa makijaż

po raz kolejny rozdwajam się w tym, co naprawiają moje usta
przypudrowuję twarz monosylabami
ale potrzeba czegoś więcej, by przekonać
urzędnika imigracyjnego
On po prostu chce mieć to jak najszybciej za sobą
to nie sprawa osobista
inni dyskutują o geopolityce
jego obchodzi tylko, czy będę miała gdzie spać
czy spłodzę tyle dzieci, że ziemi nie wystarczy
by je pielęgnować i patrzeć, jak rosną

Ameryka Łacińska to mnóstwo ludzi, mówi urugwajska poetka
jednak ja pochodzę z labiryntu
Ameryka to także mnóstwo rozproszonych rzeczy
jak lasy i woda
które się sprzeda lub przestaną istnieć
lecz niebo odbija się nieopisaną szarością na mojej twarzy

Urzędnik imigracyjny
każe mi mówić godzinami
o uzdrawiających właściwościach niektórych
turystycznych destynacji w moim kraju
Zabieram go wstecz
mówię pamiętaj, kiedyś twój ojciec też wyjechał sprzedawać
gwiazdy lub kraść je
zasiał zamęt w niebie, wypełnił je cementem, by je zaludnić
                                               wypełnił je okienkami
Zawsze kończę opowiadając historię
podróży łodzią i pod prąd przez Pacyfik
o spacerze po lodzie i o tym, co topi się
pod stopami i pośpiechu, by przejść
moich innych dziadków
imigrantów w swojej własnej ojczyźnie
reforma rolna dała im ziemię i zapisaną ojczyznę
którą porzuciły ich wnuki
Opowiadam historię nierówności pomiędzy
ziemia jest dla tych, którzy ją uprawiają, a
kuchnia jest dla tych, którzy jej doglądają

Po dziadkach imigrantach mam
na skórze i fotografię: mojego bosego ojca i dziadka
Zakładam dla nich buty
i tak jak oni podróżuję z tym, co mieści się w małej torbie
tam gdzie idę chrypnę kaszlę śmieję się (rzeką) jestem pustynią

z Kauneus (piękno)

Giovanna Pollarolo 

1952-, Perú

Las dos de la tarde

Preparo café. Lo sirvo.
En mi cuarto, la taza de café sobre la mesa de noche
Mi cama, mi almohada
Dispongo mi placer de cada día
       Una novela
       Mi café
       La cama
       Un cigarro
Como si hiciera el amor en un hotel
Con un extraño
Cada tarde
Como si lo amara
Busco la novela, ansiosa. Tiene que hacerme olvidar, tiene que llevarme a otro lado ¿dónde quiero estar? ¿con quién?
Un hombre solo viaja por una carretera de Montana recoge a una mujer y hablan de sus vidas solas.
En un bar de Rock Springs, un hombre de 34 años conoce a una alcohólica de 40.
Madame Bovary se adorna para encontrarse con Rodolphe.
Charles llora, no dice, no sabe.
Ana ama a Vronsky, la matará la culpa después del gozo imposible.
Mi mano tropieza con la taza
el café caliente se derrama sobre la alfombra
        mis piernas, la cama
        los libros
Y empiezo a llorar
       por el hombre solo y la mujer sola
       por la alcohólica del bar
       por Charles, por Ana, por mí.
Miro la taza vacía
El café derramado sobre mis piernas
La alfombra.
La cama.
Los libros.

Isabelle Huppert en fotogramas de Malina de Werner Schroeter (con guión de Elfriede Jellinek es una autobiografia imaginaria de Ingeborg Bachmann) y Madame Bovary de Claude Chabrol) y Marvin ou la Belle Éducation de Anne Fontaine.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Druga po południu

Robię kawę. Niosę.
W moim pokoju, kubek z kawą na nocnej szafce
Moje łóżko, moja poduszka
Rozkładam moją codzienną porcję przyjemności
       Powieść
       Moja kawa
       Moje łóżko
       Papieros
Jakbym kochała się w hotelu
Z nieznajomym
Co wieczór
Jakbym go kochała
Szukam powieści nerwowo i łapczywie. Musi mi pomóc zapomnieć, musi mnie przenieść gdzieś indziej, gdzie chcę być, z kim?
Samotny mężczyzna jedzie autostradą w Montanie, zabiera kobietę i rozmawiają o życiu w samotności.
W barze w Rock Springs 34-letni mężczyzna spotyka 40-letnią alkoholiczkę.
Madame Bovary stroi się na spotkanie z Rodolfem.
Charles płacze, nie mówi, nie wie.
Anna kocha Wrońskiego, poczucie winy zabije ją po osiągnięciu niemożliwej rozkoszy.
Moja ręka napotyka filiżankę
gorąca kawa rozlewa się na dywan
        moje nogi, łóżko
        książki
I zaczynam płakać
       za samotnego mężczyznę i samotną kobietę
       za alkoholika w barze
       za Charlesa, za Anę, za siebie.
Patrzę na pustą filiżankę
Kawę rozlaną na nogi
       Dywan.
       Łóżko.
       Książki.