Roxana Crisólogo Correa

1966, Perú/ Finlandia

Tengo que explicar el porqué de este viaje
lo leo en los ojos que me indican
dónde debo formarme y esperar

Me he visto de tantas maneras que ya no sé de quién hablo
Lo llamo el viaje a las raíces
en otras circunstancias simplemente sería alguien
que viaja
clava un arcoíris sobre el horizonte
se levanta las heridas que el maquillaje oculta

una vez más me desdoblo en lo que mi boca repara
me empolvo la cara de monosílabos
pero hace falta algo más para persuadir
al policía de inmigración
El solo quiere acabar con esto cuanto antes
no es nada personal
otros discuten de geopolítica
a él solo le importa si tendré dónde dormir
si haré tantos hijos que no alcanzará la tierra
para cultivarlos y verlos crecer

América Latina es un montón de gente dice la poeta uruguaya
en cambio yo vengo del laberinto
También América es un montón de esas cosas sueltas
como bosques y agua
que se venderán o que ya no existen
pero el cielo refleja en un gris indescriptible en mi rostro

El policía de inmigración
me hace hablar horas
de las funciones curativas de ciertos
destinos turísticos de mi país
Lo llevo hacia atrás
le digo recuerda que un día también tu padre salió a vender
las estrellas o a robarlas
desordenó el cielo lo encementó para poblarlo
                               lo llenó de ventanitas
Siempre termino contando la historia
del viaje en barco y a contracorriente sobre el Pacífico
de la caminata sobre el hielo y lo que se descongela
bajo los pies y la prisa para cruzar
de mis otros abuelos
inmigrantes en su propia patria
la reforma agraria les dio tierras y una patria escrita
que sus nietos abandonamos
Cuento la historia de la desigualdad entre
la tierra es para quien la trabaja y
la cocina es para quien la atiende

De los abuelos inmigrantes me quedan erosiones
en la piel y una fotografía: mi padre descalzo y mi abuelo
Me pongo los zapatos por ellos
y como ellos viajo con lo que pude meter en una pequeña bolsa
a donde voy carraspeo toso río soy el desierto

de Kauneus (la belleza), 2021

Tłum. Ada Trzeciakowska

Muszę wyjaśnić powód tej podróży
wyczytuję to z oczu, które wskazują mi
gdzie powinnam się dokształcić i czekać

Poznałam siebie na tyle sposobów, że nie wiem już o kim mówię.
Nazywam to podróżą do korzeni
w innych okolicznościach byłbym po prostu kimś
kto podróżuje
wbija tęczę nad horyzontem
rozdrapuje rany, które skrywa makijaż

po raz kolejny rozdwajam się w tym, co naprawiają moje usta
przypudrowuję twarz monosylabami
ale potrzeba czegoś więcej, by przekonać
urzędnika imigracyjnego
On po prostu chce mieć to jak najszybciej za sobą
to nie sprawa osobista
inni dyskutują o geopolityce
jego obchodzi tylko, czy będę miała gdzie spać
czy spłodzę tyle dzieci, że ziemi nie wystarczy
by je pielęgnować i patrzeć, jak rosną

Ameryka Łacińska to mnóstwo ludzi, mówi urugwajska poetka
jednak ja pochodzę z labiryntu
Ameryka to także mnóstwo rozproszonych rzeczy
jak lasy i woda
które się sprzeda lub przestaną istnieć
lecz niebo odbija się nieopisaną szarością na mojej twarzy

Urzędnik imigracyjny
każe mi mówić godzinami
o uzdrawiających właściwościach niektórych
turystycznych destynacji w moim kraju
Zabieram go wstecz
mówię pamiętaj, kiedyś twój ojciec też wyjechał sprzedawać
gwiazdy lub kraść je
zasiał zamęt w niebie, wypełnił je cementem, by je zaludnić
                                               wypełnił je okienkami
Zawsze kończę opowiadając historię
podróży łodzią i pod prąd przez Pacyfik
o spacerze po lodzie i o tym, co topi się
pod stopami i pośpiechu, by przejść
moich innych dziadków
imigrantów w swojej własnej ojczyźnie
reforma rolna dała im ziemię i zapisaną ojczyznę
którą porzuciły ich wnuki
Opowiadam historię nierówności pomiędzy
ziemia jest dla tych, którzy ją uprawiają, a
kuchnia jest dla tych, którzy jej doglądają

Po dziadkach imigrantach mam
na skórze i fotografię: mojego bosego ojca i dziadka
Zakładam dla nich buty
i tak jak oni podróżuję z tym, co mieści się w małej torbie
tam gdzie idę chrypnę kaszlę śmieję się (rzeką) jestem pustynią

z Kauneus (piękno)

Myroslav Layuk/ Мирослав Лаюк

1990 – , Ucrania

Publicado en Encuentros. Cien poemas de Ucrania y Polonia (Instituto de Literatura, 2022) en el que pude poner mi granito de arena.

Trad. Alina Petryk

EL PÁJARO-CUCHILLO

Me gusta afilar los cuchillos, esto es, los odio romos;
de no haber afilador, los afilo con cerámica,
concreto, pájaro de arcilla. Oh, precioso pájaro, eres un cuchillo.

A pesar de las explosiones, ellos cantan a la hora prevista
en los parques y los jardines, en los bosques que no debemos pisar
en tiempos de guerra. Entonces adivinamos:
«Aquel es un arrendajo en un chopo; aquel, un oriol; aquel, un mirlo en un abeto;
aquel, no se sabe qué en no se sabe qué».
¡Oh, precioso pájaro, eres un cuchillo!

De noche todos los pájaros se callaron y escuché alboroto afuera:
un loco gritaba a los raíles del tranvía, los insultaba, salvaje.
Y recordé cómo en los tiempos de los árboles en flor
a las cuatro de la madrugada me despertaban los pájaros en la degollada Vorzel,
cruzaba somnoliento el campo de camino al lago en la vecina Bucha degollada,
despertando a las feas liebres entre las flores pasadas
que arrojaban su pelusa sobre la hojarasca… Recordaba.

En todo lo precioso que recordaremos de estos lugares:
los matorrales de acacias de Mariúpol y las fábricas de Kramatorsk
al amanecer; los bailes de jubilados en el parque de Járkov y los cantos
en las iglesias subterráneas de Chernihiv, en todas partes
surgirá el cuchillo, el cuchillaco o al menos el cuchillito; por todas partes
habrá acacias degolladas y fábricas, bailes degollados y canto degollado.

Collage a partir de la obra de Christoffer Relander

Tłum. Ada Trzeciakowska

Ptak-nóż

Lubię ostrzyć noże, a raczej nienawidzę tępych.
Jeśli nie mam ostrzałki, ostrzę klingę na ceramice,
na betonie, na glinianym ptaku. Piękny ptaku, nożem jesteś.

Mimo wybuchów, ćwierkają zgodnie z rozkładem –
w parkach i sadach, w lasach, do których zabroniono wchodzić
w czasie wojny. A my zgadujemy:
Na topoli sójka, to wilga, to drozd na jodle,
to nie wiadomo co na nie wiadomo czym.
Piękny ptaku, nożem jesteś!

Nocą wszystkie ptaki zamilkły, a ja usłyszałem na dworze hałas:
szaleniec krzyczał na tory tramwajowe, przeklinając je dziko.
I przypomniałem sobie, jak wtedy, gdy kwitły drzewa,
o czwartej rano zbudziły mnie ptaki w zarzynanym Worzelu –
Zaspany szedłem przez pole do jeziora blisko zarżniętej Buczy,
budząc pośród zeszłorocznych kwiatów brzydkie zające,
które pozostawiały spłowiały puch na łodygach… Przypomniałem sobie.

I pośród całego piękna tych miejsc, o którym będziemy pamiętać:
o akacjowych gąszczach Mariupola i fabrykach Kramatorska
o świcie, o tańcach emerytów w parku w Charkowie i o śpiewie
w podziemnych cerkwiach Czernihowa – wszędzie pojawi się
nóż, nożysko lub przynajmniej mały nożyk, wszędzie będą
zarżnięte akacje i fabryki, zarżnięte tańce i zarżnięte śpiewy,

piękny ptaku.

Птаха-ніж

Люблю гострити ножі, точніше, ненавиджу тупі.
Якщо немає точилки, гострю лезо об кераміку,
об бетон, об глиняну пташку. Прекрасна птахо, ти ніж.

Попри вибухи, вони щебечуть за розкладом —
у парках і садах, у лісах, до яких заборонено ходити
протягом дії воєнного часу. І ми вгадуємо:
то на тополі сойка, то іволга, то дрізд на ялиці,
ото не зрозуміло що на незрозуміло чому.
Прекрасна птахо, ти — ніж!

Уночі всі птахи замовкли, і я почув надворі галас:
шаленець кричав на трамвайну колію, материв її дико.
І я згадав, як у цей час, коли розпускаються дерева,
о четвертій мене будили птахи у зарізаному Ворзелі —
я сонний ішов полем до озера в зарізаній Бучі поряд,
будячи в торішніх квітах некрасивих зайців,
що залишали полинялий пух на бадиллі … Згадував.

У всьому прекрасному, що згадуватимемо про ці місця —
про зарості акацій Маріуполя і заводи Краматорська
на світанку, про танці пенсіонерів у парку Харкова і спів
у підземних церквах Чернігова — всюди виникатиме
ніж, ножище чи хоча б маленький ножичок, всюди будуть
зарізані акації і заводи, зарізані танці і зарізаний спів,

прекрасна птахо.

Joseph Brodsky/Czesław Miłosz/Irena Grudzińska-Gross

1940-1996, Rusia/EE. UU

Fragmento del libro de profesora en la Facultad de Lenguas Eslavas en Princeton, Irena Grudzińska-Gross, titulado Milosz y Brodsky. Campo magnético. Este retrato íntimo de la amistad entre dos iconos de la poesía del siglo XX, Czeslaw Milosz y Joseph Brodsky, pone de relieve las vidas paralelas de los poetas como exiliados que viven en Estados Unidos y son premios Nobel de literatura. Para crear esta obra profundamente original, Irena Grudzinska -Gross recurre a poemas, ensayos, cartas, entrevistas, discursos, conferencias y sus propios recuerdos personales como confidente de Milosz y Brodsky. El doble retrato de estos poetas y la elucidación de sus actitudes hacia la religión, la historia, la memoria y el lenguaje arrojan una nueva luz sobre las convulsiones del siglo XX. Gross también incorpora notas sobre las relaciones de ambos poetas con otras figuras literarias clave, como W. H. Auden, Susan Sontag, Seamus Heaney, Mark Strand, Robert Haas y Derek Walcott.

Trad. Ada Trzeciakowska

Milosz Y Brodsky. Campo magnético.

Brodsky, por su parte, admitió que el inglés influyó en su uso del ruso y en la forma de escribir sus poemas (por ejemplo, en una entrevista con Bengt Jangfeldt), lo cual era muy evidente. Esto no le gustaba a Milosz, quien rechazaba las «modas extranjeras» y de plegarse a las que parecía acusar a Brodsky. No le gustaba su «dogmatismo» poético, su sobrestimación del papel de la poesía y del lenguaje, su absolutización de la forma, su extremismo, su falta de moderación. Pero, probablemente, lo que más le disgustaba eran los poemas que Brodsky escribía en inglés: era, según Milosz, una especie de «hermafroditismo». En Deberes personales, sostiene que los escritores que absorben a la perfección una lengua extranjera, como Conrad o Nabokov, tienen «alguna tara secreta». El mismo enfoque del bilingüismo fue adoptado por Hannah Arendt, quien después de la guerra no regresó de su exilio en Estados Unidos a su Alemania natal. Estaba orgullosa de su acento alemán en inglés, de que su idioma principal siguiera siendo hasta el final el Muttersprache. Los que se han pasado al inglés hablan, según ella, una lengua en la que «un cliché persigue a otro, porque la productividad de la que uno es capaz en su propia lengua se ha extinguido por completo al olvidarse ésta». Jacques Derrida, que cita esta afirmación de Hanna Arendt, la contrasta con el concepto muy diferente que tenía Emmanuel Lévinas del lenguaje, quien empleaba múltiples idiomas. «Pocas son en él, me parece, las referencias solemnes a la lengua materna, no hay ninguna seguridad extraída de ella […] [hay] en cambio gratitud hacia el francés, la lengua del país anfitrión». La diferencia radica, comenta Derrida, en «la desconfianza de Lévinas ante el apego a una cierta sacralidad de las raíces». Esta misma contraposición describe bien la diferencia entre Milosz y Brodsky. Milosz reafirma mediante su escritura y su vida que el lenguaje de la infancia resulta fundamental, lo hace con un apego romántico y mickiewicziano a las raíces. Brodsky siente gratitud ante la amabilidad y la hospitalidad de «la lengua del país de acogida». Milosz fue fiel al lenguaje que es la memoria. Brodsky buscaba constantemente un idioma para sí mismo, fiel a lo que él llamaba Lenguaje.
Me parece que esta diferencia -los dos polos de la lealtad- no es una cuestión de libre elección. Volvamos a lo que escribí en el capítulo dedicado a sus historias familiares. Milosz estaba mejor, más cómodamente instalado, tanto en el mundo como en su lengua; todos los cambios que sufrió se produjeron dentro de esta homeostasis. El pasado, la familia, la historia le brindaron fuerza. A Brodsky, una total devoción por el idioma ruso sólo podía debilitarlo. Quedó irremediablemente desvinculado de su historia familiar —de la lengua y la cultura judías—. El resentimiento hacia esta historia está inscrito en ruso, empezando por la palabra Yevrei. Era una palabra -que lo definía a él mismo, después de todo- y que le resultaba difícil de pronunciar. Tal vez lo percibiera como un recordatorio de la desconexión, como una carencia inconsciente que le empujaba a una búsqueda constante. Estaba lastrado, por utilizar la frase de Derrida, por «el monolingüismo del otro», encerrado en un habla que es la única, y por tanto amada -lengua de la infancia- y, a la vez, lo distancia de sus tradiciones ancestrales. Derrida escribió sobre esta «carencia» al analizar su propia devoción incondicional al francés y al pensar en la asimilación de los judíos del Magreb de los que provenía. Quería escribir un texto titulado Los judíos del siglo XX. El monolingüismo del huésped. En él, hablaría del proceso de la asimilación en el país de acogida, de «la amorosa y desesperada apropiación de la lengua». Al pasarse, aunque sea parcialmente, al inglés, Brodsky se convierte en un «huésped» del mundo.
Se trata, pues, de dos estrategias diferentes de la «desobediencia lingüística». Milosz, quien, al principio, fue un despatriado tradicional, un solitario separado de su lector, eligió ser fiel a su lengua familiar y oponerse a la de su anfitrión». Brodsky ya no asume el papel del exiliado; en una época de migraciones masivas, de conexiones globales en la tierra, en la dimensión subterránea y en el éter, el papel del despatriado estaba agotado. Milosz era todavía un «exile«, Brodsky era ya solamente un «inmigrant«. Y decidió entrar en la nueva lengua tal y como estaba, con un estilo y un acento de inmigrante. A la pregunta «cómo tiene que cambiar la personalidad de una persona para que pueda escribir poesía en una lengua distinta a la materna», Brodsky respondió: «La personalidad de uno no tiene que cambiar, basta con amar la lengua en la que se escribe». Escribir poesía es, como la capacidad de hablar, una habilidad inherente e independiente de la lengua en la que se hace. La plasmación de este talento en su forma lingüística concreta es siempre fruto de un arduo trabajo, tanto si se trata de la lengua de la madre como de la de la nueva patria. Este idioma hay que aprenderlo, cultivarlo y cuestionarlo. Y amarlo. Así que yo invertiría el orden de la afirmación de Brodsky. No basta con «amar la lengua en la que se escribe», hay que «escribir en la lengua que se ama». Y, de la misma forma que Dante es el patrón de los poetas en el exilio, Brodsky y Milosz deberían ser nombrados patrones de los poetas inmigrantes. Aquellos cuyo rostro no sólo se dirige hacia la abandonada Florencia, ya que también ven el árbol que crece junto a su ventana. Y por eso escriben poesía con acento.

Fotogramas de Las alas de la paloma de de Iain Softley (1997). Adaptación de la novela homónima de Henry James.

Miłosz i BRODSKI. Pole Magnetyczne.

Brodski natomiast przyznawał, ze angielski wpłynął na jego użycie rosyjskiego i sposób pisania wierszy (m.in. w wywiadzie z Bengt Jangfeldt), co było zresztą bardzo widoczne. Nie podobało się to Miłoszowi, który odrzucał „mody cudzoziemskie», o podporządkowanie którym zdawał się oskarżać Brodskiego. Nie podobał mu się jego dogmatyzm» poetycki, przecenianie roli poezji i języka, absolutyzowanie formy, ekstremalność, brak umiaru. Ale najbardziej chyba nie podobały mu się wiersze, które Brodski pisał po angielsku: był to według Miłosza rodzaj „obojnactwa». W Prywatnych obowiązkach twierdzi, że pisarze, którzy doskonale absorbują obcy język, jak Conrad czy Nabokov, mają „jakąś sekretną skazę». Tak samo do kwestii dwujęzyczności podchodziła Hannah Arendt, która po wojnie nie wróciła z emigracji w Stanach Zjednoczonych do swych rodzinnych Niemiec. Dumna była ze swego niemieckiego akcentu w angielskim, z tego, że jej głównym językiem pozostaje do końca Muttersprache. Ci, którzy się na język angielski przestawili, mówią według niej językiem, w którym „jedno cliché goni za drugim, ponieważ produktywność, do jakiej jest się zdolnym w swym własnym języku, wygasała bez reszty w miarę, jak ten język zapominano». Jacques Derrida, który cytuje tę wypowiedź Hanny Arendt, przeciwstawia ją zupełnie innemu podejściu do języka Emmanuela Lévinasa, który posługiwał się wieloma językami. „Mało u niego, jak mi się wydaje, uroczystych odniesień do języka macierzystego, nie ma żadnej czerpanej z tegoż języka pewności […] [jest natomiast wdzięczność wyrażana francuszczyźnie, językowi gospodarza». Różnica polega, komentuje Derrida, na nieufności Lévinasa wobec „przywiązania do pewnej sakralności korzeni». To samo przeciwstawienie opisuje dobrze różnicę między Miłoszem a Brodskim. Miłosz potwierdza swą praktyką pisarską i życiową fundamentalność języka dzieciństwa – romantyczne, mickiewiczowskie przywiązanie do korzeni. Brodski odczuwa wdzięczność wobec przyjacielskości i gościnności „języka gospodarza». Miłosz był wierny językowi, który jest pamięcią. Brodski ciągle szukał dla siebie języka, wierny pozostając temu, co nazywał Językiem.
Wydaje mi się, że ta różnica – dwa kierunki wierności – nie jest kwestią wolnego wyboru. Sięgnąć należy do tego, o czym pisałam w rozdziale poświęconym ich historiom rodzinnym. Miłosz był lepiej, wygodniej osadzony, zarówno w świecie, jak i w swoim języku; wszystkie zmiany, jakim się poddawał, zachodziły wewnątrz tej homeostazy. Przeszłość, rodzina, historia dodawały mu siły. Brodskiego całkowite oddanie się rosyjskiemu mogło tylko osłabić. Był nieprzekraczalnie odcięty od swej historii rodzinnej od języka i kultury żydowskiej, Niechęć wobec tej historii jest zapisana w rosyjskim, poczynając od słowa Jewriej. Było to słowo – określające przecież jego samego – które trudno mu było wymówić. Być może odczuwał to jako przypomnienie odcięcia, jako nieuświadomiony brak, który popychał go do ustawicznych poszukiwań. Obciążony był, by użyć sformułowania Derridy, „jednojęzycznością innego», zamknięciem w mowie, która jest jedynym, a zatem kochanym, językiem dzieciństwa, a jednocześnie odcina od tradycji przodków. Derrida pisał o tym „braku», analizując swe własne bezwarunkowe oddanie francuszczyźnie i myśląc o asymilacji Żydów maghrebskich, z których pochodził. Chciał napisać tekst, który nazywałby się Żydzi dwudziestego wieku. Jednojęzyczność gościa. Mówiłby w nim o asymilowaniu się w kraju osiedlenia, o «miłosnym, zrozpaczonym przywłaszczaniu sobie języka». Przechodząc, chociażby częściowo na angielski, Brodski staje się «gościem» świata.
Są to więc dwie różne strategie „językowego nieposłuszeństwa». Miłosz, który był z początku tradycyjnym wygnańcem, samotnikiem oddzielonym od swego czytelnika, wybrał wierność swej mowie rodzinnej i sprzeciw wobec mowy gospodarza». Brodski roli wygnańca już nie podjął, w dobie masowych migracji, globalnych połączeń na ziemi, pod ziemią i w eterze, rola egzula się wyczerpała. Miłosz był jeszcze „exile«, Brodski był już tylko „immigrant«. I postanowił wejść w nowy język tak jak stał, z emigrancką przebojowością i akcentem. Na pytanie, jak musi się zmienić osobowość człowieka, by był w stanie pisać poezję w języku innym niż ojczysty, Brodski odpowiedział: «Nie musi się zmieniać osobowość, wystarczy jedynie pokochać język, w którym się pisze». Pisanie poezji jest, tak jak umiejętność mówienia, zdolnością niezależną od języka, w jakim się to odbywa. Wcielenie tego talentu w jego konkretną formę językową jest zawsze wynikiem ogromnej pracy, bez względu na to, czy jest to język matki czy nowej ojczyzny. Trzeba ten język zdobywać, pielęgnować, podważać. I kochać. Odwróciłabym więc porządek tego, co powiedział Brodski. Nie wystarczy «pokochać język, w którym się pisze», trzeba „pisać w języku, który się kocha». I, jak Dante jest patronem poetów wygnańców, tak Brodski i Miłosz powinni zostać obrani patronami poetów emigrantów. Tych, których oblicze nie jest zwrócone wyłącznie w kierunku opuszczonej Florencji, bo widzą także drzewo rosnące tuż za oknem. I dlatego piszą poezję z akcentem.

Polly Jean Harvey (PJ Harvey)

1969 – , Inglaterra

Trad. Ada Trzeciakowska

Inglaterra

Vivo y muero por Inglaterra
por Inglaterra
lo que me provoca cierta tristeza
y los remedios nunca estaban a mi alcance.
No puedo seguir como soy,
una vid marchita que se extiende desde el país
que amo -Inglaterra-
dejas un sabor
amargo en la boca.
He buscado tus manantiales
pero la gente, se estanca con el tiempo
como el agua, como el aire.
A ti, Inglaterra, me aferro
impávida, el amor por ti nunca se va a agotar,
Inglaterra.

Tłum. Ada Trzeciakowska

anglio

Żyję Anglią i umieram
przez Anglię,
i choć napełnia mnie to smutkiem
nie mam, jak temu zaradzić.
Nie mogę żyć dalej taka, jaka jestem,
jak uschnięte dzikie wino szerzące się po kraju
który kocham, Anglio,
zostaje po tobie smak
w ustach gorzki.
Poszukiwałam twoich źródeł
lecz ludzie, z czasem popadają w stagnację
jak woda, jak powietrze.
Do ciebie, Anglio, przylgnęłam
niezłomna, miłość do ciebie nigdy nie zgaśnie,
Anglio.

England

I live and die through England
Through England
It leaves a sadness
Remedies never were within my reach
I cannot go on as I am
Withered vine reaching from the country
That I love
England
You leave a taste
A bitter one
I have searched for your springs
But people, they stagnate with time
Like water, like air
To you, England, I cling
Undaunted, never failing love for you England

Urszula Kozioł

1931 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

***

Tu patria
                 zarzamora
te hace pagar caro
con sangre
por la fruta fresca
que en tiempos de sequía devuelve
a la vida.

***

Twa ojczyzna
                         krzak jeżyn
słono sobie każe płacić
krwią
za rześki owoc
który w czas posuchy przywraca
do życia.

Adam Zagajewski

1945 – 2021 , Polonia

Trad. Elżbieta Bortkiewicz

Viajar a Lvov*

Viajar a Lwów. De qué estación partir
a Lwów, sino de la del sueño, al alba,
cuando el rocío escarcha las maletas y nacen
trenes expreso y de alta velocidad. Partir a Lwów repentinamente,
en medio de la noche, del día, en septiembre
o en marzo. Si es que Lwów existe, bajo las
fundas de las fronteras y no en mi pasaporte
nuevo únicamente, si banderas de árboles,
álamos, fresnos, resuellan aún
como indios y los arroyos borbotan en su
oscuro esperanto y las culebras, cual suaves
signos del idioma ruso, se pierden en
la hierba. Hacer el equipaje y partir,
sin despedirse, al mediodía, desaparecer,
tal como se desmayaban las doncellas. Bardanas,
verde hueste de bardanas y bajo las sombrillas
de un café veneciano caracoles que disertan
sobre la eternidad. Pero acuérdate, la catedral
se alza vertical, tan vertical
como un domingo y servilletas blancas y el cubo
rebosante de frambuesas sobre el suelo y mi
deseo, que aún no existía,
sólo jardines y maleza, y el ámbar
de las guindas y Fredro el indecente.
Siempre hubo demasiado Lwów, nadie podría
comprender todos sus barrios, escuchar
el susurro de cada una de sus piedras quemadas
por el sol, la iglesia ortodoxa enmudecía de noche
de un modo diferente al de la catedral. Los jesuitas bautizaban
las plantas, hoja a hoja, mas ellas crecían,
crecían indomables y la alegría se cobijaba
por doquier, en los pasillos y los molinillos
de café que giraban solos, en las teteras
azules y en el almidón, ese primer
formalista, en las gotas de lluvia y en las espinas
de las rosas. Bajo la ventana amarilleaban las forsitias gélidas.
Las campanas tañían y vibraba el aire, las cornetas
de las monjas navegaban cual goletas
junto al teatro, había tanto mundo que tenía que
ofrecer bises un sinfín de veces,
el público enloquecía y se negaba
a abandonar la sala. Mis tías aún
no sabían que las resucitaría algún día,
y vivían confiadas, independientes,
las criadas corrían a por la nata fresca,
pulcras y planchadas, en las casas un poco de
enojo y una gran esperanza. Brzozowski
llegó con sus conferencias, uno de mis tíos
escribía un poema titulado Por qué
para ofrecérselo al Todopoderoso y había demasiado
Lwów, no cabía en un recipiente,
reventaba los vasos, desbordaba
los estanques, lagos, humeaba en todas
las chimeneas, se volvía fuego y tormenta,
se reía con los relámpagos, se amansaba,
volvía a casa, leía el Nuevo Testamento,
dormía en el sofá junto al kilim huzul,
había demasiado Lwów, ahora no lo hay
del todo, crecía incontrolablemente, y las tijeras
cortaban, los jardineros fríos como siempre
en mayo, sin piedad, sin amor,
aguardad a que llegue el cálido
junio y los helechos suaves, el campo infinito
del verano, es decir, de la realidad.
Mas las tijeras cortaban, a lo largo y a lo ancho
del hilo, sastres, jardineros y censores
segaban el cuerpo y las coronas, las cizallas trabajaban
sin descanso, como en un recortable infantil
cuando hay que crear un cisne o una cierva.
Tijeras, navajas y hojas de afeitar raspaban
cortaban y recortaban los abultados vestidos
de prelados y plazas y casas, los árboles
caían sordamente como en la jungla
y la catedral temblaba y volaban adioses al amanecer
sin pañuelos, sin lágrimas, los labios
tan secos, no te veré más, tanta muerte
te espera, por qué cada ciudad
ha de convertirse en Jerusalén y cada
hombre en judío, y hacer ahora el equipaje
apresuradamente, siempre, cada día
y partir sin tomar aliento, viajar a Lwów
porque existe, tranquila y pura como
un melocotón. En todas partes, Lwów

*Lvov/Lviv/Leópolis/Lemberg/Lwów. Ciudad natal de Adam Zagajewski, desde 1991 forma parte de la independiente Ucrania. En los mapas medievales, Lviv figuraba con un nombre en latín, Leopolis, por un viejo príncipe con alma de león. Desde 1914 vivió dos guerras mundiales, nacionalismos excluyentes, el Holocausto y varias deportaciones masivas de población. Históricamente, Lviv fue una encrucijada de caminos y culturas donde convivían religiones y nacionalidades: polacos católicos y judíos, ucranianos de fe ortodoxa griega, alemanes protestantes, armenios cristianos. Le dieron fama escritores como Joseph Roth, Leopold von Sacher Masoch, Ivan Franko, Stanislav Lem y Bruno Schulz. En el trágico siglo XX europeo, Lviv perdió a casi todos sus habitantes y con ellos perdió su memoria. Hoy en día es la ciudad que recibe a los refugiados de toda Ucrania antes de que crucen la frontera.

Estación de trenes en Lvov esta semana.

Jechać do lwowa

Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać
do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,
gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się
ekspresy i torpedy. Nagle wyjechać do
Lwowa, w środku nocy, w dzień, we wrześniu
lub w marcu. Jeżeli Lwów istnieje, pod
pokrowcami granic i nie tylko w moim
nowym paszporcie, jeżeli proporce drzew
jesiony i topole wciąż oddychają głośno
jak Indianie a strumienie bełkocą w swoim
ciemnym esperanto a zaskrońce jak miękki
znak w języku rosyjskim znikają wśród
traw. Spakować się i wyjechać, zupełnie
bez pożegnania, w południe, zniknąć
tak jak mdlały panny. I łopiany, zielona
armia łopianów, a pod nimi, pod parasolami
weneckiej kawiarni, ślimaki rozmawiają
o wieczności. Lecz katedra wznosi się,
pamiętasz, tak pionowo, tak pionowo
jak niedziela i serwetki białe i wiadro
pełne malin stojące na podłodze i moje
pragnienie, którego jeszcze nie było,
tylko ogrody chwasty i bursztyn
czereśni i Fredro nieprzyzwoity.
Zawsze było za dużo Lwowa, nikt nie umiał
zrozumieć wszystkich dzielnic, usłyszeć
szeptu każdego kamienia, spalonego przez
słońce, cerkiew w nocy milczała zupełnie
inaczej niż katedra, Jezuici chrzcili
rośliny, liść po liściu, lecz one rosły,
rosły bez pamięci, a radość kryła się
wszędzie, w korytarzach i młynkach do
kawy, które obracały się same, w niebieskich
imbrykach i w krochmalu, który był pierwszym
formalistą, w kroplach deszczu i w kolcach
róż. Pod oknem żółkły zamarznięte forsycje.
Dzwony biły i drżało powietrze, kornety
zakonnic jak szkunery płynęły pod
teatrem, świata było tak wiele, że musiał
bisować nieskończoną ilość razy,
publiczność szalała i nie chciała
opuszczać sali. Moje ciotki jeszcze
nie wiedziały, że je kiedyś wskrzeszę
i żyły tak ufnie i tak pojedynczo,
służące biegły po świeżą śmietanę,
czyste i wyprasowane, w domach trochę
złości i wielka nadzieja. Brzozowski
przyjechał na wykłady jeden z moich
wujów pisał poemat pod tytułem Czemu,
ofiarowany wszechmogącemu i było za dużo
Lwowa, nie mieścił się w naczyniu,
rozsadzał szklanki, wylewał się ze
stawów, jezior, dymił ze wszystkich
kominów, zamieniał się w ogień i w burzę,
śmiał się błyskawicami, pokorniał,
wracał do domu, czytał Nowy Testament,
spał na tapczanie pod huculskim kilimem,
było za dużo Lwowa a teraz nie ma
go wcale, rósł niepowstrzymanie a nożyce
cięły, zimni ogrodnicy jak zawsze
w maju bez litości bez miłości
ach poczekajcie aż przyjdzie ciepły
czerwiec i miękkie paprocie, bezkresne
pole lata czyli rzeczywistości.
Lecz nożyce cięły, wzdłuż linii i poprzez
włókna, krawcy, ogrodnicy i cenzorzy
cięli ciało i wieńce, sekatory niezmordowanie
pracowały, jak w dziecinnej wycinance
gdzie trzeba wystrzyc łabędzia lub sarnę.
Nożyczki, scyzoryki i żyletki drapały
cięły i skracały pulchne sukienki
prałatów i placów i kamienic, drzewa
padały bezgłośnie jak w dżungli
i katedra drżała i żegnano się o poranku
bez chustek i bez łez, takie suche
wargi, nigdy cię nie zobaczę, tyle śmierci
czeka na ciebie, dlaczego każde miasto
musi stać się Jerozolimą i każdy
człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu
pakować się, zawsze, codziennie
i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież
istnieje, spokojny i czysty jak
brzoskwinia. Lwów jest wszędzie.

Adam Zagajewski

1945 – 2021 , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

si rusia

Si Rusia hubiera sido fundada
por Anna Ajmátova, si
Mandelstam fuese su legislador
 y Stalin, sólo un personaje marginal
en una épopeya georgiana perdida,
si Rusia se hubiera quitado la piel de oso peludo,
si pudiera vivir en la palabra y no
en el puño, si Rusia, si Rusia

Fotogramas de L’histoire du cinéma y Vrai faux passeport de Jean-Luc Godard

Gdyby Rosja

Gdyby Rosja została założona
przez Annę Achmatową, gdyby
Mandelsztam był prawodawcą
a Stalin tylko marginesową
postacią w zaginionym gruzińskim
eposie, gdyby Rosja zdjęła swoje
nastroszone niedźwiedzie futro,
gdyby mogła żyć w słowie, a nie
w pięści, gdyby Rosja, gdyby Rosja

Adam Zagajewski

1945 – 2021 , Polonia

Trad. Xavier Farré

Busca

Volví a la ciudad
donde fui niño
y adolescente y un viejo de treinta años.
La ciudad me recibió con indiferencia,
los megáfonos de sus calles murmuraban:
¿no ves que el fuego todavía arde?,
¿no oyes el estrépito de las llamas?
Vete.
Busca en otro lugar.
Busca.
Busca la verdadera patria.

Fotos propias. De camino a Torun ayer.

Szukaj

Wróciłem do miasta,
w którym byłem dzieckiem
i młodzieńcem i trzydziestoletnim starcem.
Miasto przywitało mnie obojętnie
a megafony jego ulic szeptały:
czy nie widzisz, że ogień wciąż płonie,
czy nie słyszysz huku płomieni?
Odejdź.
Szukaj gdzie indziej.
Szukaj.
Szukaj prawdziwej ojczyzny.

Emil Laine (Emanuel Łastik)

1943-1978, Kazajistán/ Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

***

Comemos morcilla de historia Quién dio
el arroz y quién dio la sangre todos
por eso no me gusta la historia

11 de noviembre, día de la Independencia en Polonia, marchas «patrióticas»

***

Jemy kaszankę z historii Kto dał
na nią kaszę a kto krew wszyscy
dlatego nie lubię historii

Natalia Litvinova

1986 – , Bielorrusia/Argentina

Te pasé a buscar
bajamos los ocho pisos
de la mano
y nos sentamos
detrás del árbol
espalda contra espalda,
tomamos
un puñado de tierra
y lo metimos en la boca.
Me tocó un vidrio,
te tocó un papel con la mitad
de un número de teléfono.
Masticamos
el único alimento
que podía emanciparnos
de los padres.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Poszłam po ciebie,
zeszliśmy osiem pięter
trzymając się za rękę
i usiedliśmy
za drzewem
plecami do siebie,
wzięliśmy garść ziemi
i włożyliśmy ją do ust.
Trafiło mi się szkło,
a tobie jakiś świstek papieru z połową
numeru telefonu.
Żuliśmy
jedyne pożywienie
które mogło nas wyzwolić
od rodziców.

Laura Makabresku

Joseph Brodsky

1940-1996, Rusia/EE. UU

III poema de doce que forman la reflexión poética sobre el exilio, la naturaleza del tiempo y el espacio más hermosa y profunda de las que he leído jamás (incluido en el poemario Parte de la oración).

Trad. A. Lacasa y R. Buenaventura

Canción de cuna de Cape Cod

La soledad enseña la esencia de las cosas,
que es también soledad. La piel de la espalda
agradece a la piel del sillón la frescura. Allá lejos,
la mano se torna madera, igual que el posabrazos.
Resplandores de roble tapizan los nudillos. Y el cerebro,
como un trozo de hielo, golpetea contra las paredes del vaso.

Bochorno. En la escalera de un salón de billar,
alguien rescata de la oscuridad el rostro de un viejo negro
al encender una cerilla. La dentadura blanca
de las columnas del Juzgado Comarcal,
esperando el destello de unos faros casuales,
se hinca en el espeso follaje. Rematando

el conjunto, se queman, igual que en el festín de Baltasar,
las letras de la Coca Cola. En el jardín abandonado,
una fuente musita sus secretos. A veces, una brisa,
incapaz de extraer de los juncos un simple tralará,
de tan lánguida, agita las hojas de un periódico,
junto a una valla de metal, extraña,

hecha sin duda con camas viejas. Bochorno. Apoyado
en su fusil, un Soldado Desconocido de la Unión
se vuelve mucho más desconocido. Se frota la nariz
una trainera herrumbrosa contra el atracadero de hormigón.
Y un ventilador tritura el aire cálido de los Estados Unidos
en sus roncas branquias de hierro.

Como una cantidad que se arrastra en la suma,
sube el océano en la oscuridad, señalando la arena:
dispuesto a mecer un madero en sus olas por millones de años.
Si resbalas del muelle, largo tiempo caerás
con los brazos pegados al cuerpo.
Y luego te hundirás sin hacer ruido.

Lullaby of Cape Cod

Being itself the essence of all things,
solitude teaches essentials. How gratefully the skin
receives the leathery coolness of its chair.
Meanwhile, my arm, off in the dark somewhere,
goes wooden in sympathetic brotherhood
with the chair’s listless arm of oaken wood.
A glowing oaken grain
cover the tiny bones of the joints. And the brain
knocks like the glass’s ice cube tinkling.

It’s stifling. On a pool hall’s steps, in a dim glow,
somebody striking a match rescues his face
of an old black man from the enfolding dark
for a flaring moment. The whithe-toothed portico
of the District Courthouse sinks in the thickened lace
of foliage, and awaits the random search
of passing headlights. High up on its perch,

like the fiery warning at Balthazar’s Feast,
the inscription Coca-Cola hums in red.
In the Country Club’s unweeded flower bed
a fountain whispers its secrets. Unable to rouse
a simple tirralirra in these dull boughs,
a strengthless breeze rustles the tattered, creased
news of the world, its obsolete events,
against an improvised, unlikely fence

of iron bedsteads. It’s stifling. Leaning on his rifle,
the Unknown Soldier grows even more unknown.
Against a concrete jetty, in dull repose
a trawler scrapes the rusty bridge of its nose.
A weary, buzzing ventilator mills
the U.S.A.’s hot air with metal gills.

Like a carried-over number in addition,
the sea comes up in the dark
and on the beach it leaves its delible mark,
and the unvarying, diastolic motion,
the repetitious, drugged sway of the ocean,
cradles a splinter adrift for a million years.
If you step sideways off the pier’s
edge, you’ll continue to fall toward those tides
for a long, long time, your hand stiff at your sides,
but you will make no splash.

Fotogramas de 1.Mullholand Drive de D. Lynch, 2. y 4. Fotografías de Gregory Crewdson. 3. Fotografía de Nadav Kander

Колыбельная Трескового Мыса

Одиночество учит сути вещей, ибо суть их тоже
одиночество. Кожа спины благодарна коже
спинки кресла за чувство прохлады. Вдали рука на
подлокотнике деревенеет. Дубовый лоск
покрывает костяшки суставов. Мозг
бьется, как льдинка о край стакана.

Духота. На ступеньках закрытой биллиардной некто
вырывает из мрака свое лицо пожилого негра,
чиркая спичкой. Белозубая колоннада
Окружного Суда, выходящая на бульвар,
в ожидании вспышки случайных фар
утопает в пышной листве. И надо

всем пылают во тьме, как на празднике Валтасара,
письмена «Кока-колы». В заросшем саду курзала
тихо журчит фонтан. Изредка вялый бриз,
не сумевши извлечь из прутьев простой рулады,
шебуршит газетой в литье ограды,
сооруженной, бесспорно, из

спинок старых кроватей. Духота. Опирающийся на ружье,
Неизвестный Союзный Солдат делается еще
более неизвестным. Траулер трется ржавой
переносицей о бетонный причал. Жужжа,
вентилятор хватает горячий воздух США
металлической жаброй.

Как число в уме, на песке оставляя след,
океан громоздится во тьме, миллионы лет
мертвой зыбью баюкая щепку. И если резко
шагнуть с дебаркадера вбок, вовне,
будешь долго падать, руки по швам; но не
воспоследует всплеска.

Tłum. Stanisław Barańczak

Kołysanka Dorszowego Przylądka

Samotność uczy natury przedmiotów, bo ich naturą
jest ta sama samotność. Chłodnej skórze, którą
obito fotel, wdzięczna jest skóra pleców za chłód.
Na poręczy ręka drętwieje: drewnieje w niej każdy muskuł,
fornir pokrywa kości stawów. Obija się mózg u
brzegów czaszki niby w szklance lód.

Duszno. Na schodkach nieczynnej bilardowni ktoś właśnie używa
zapałki, wykrzesując nią z mroku swą twarz starszawego Murzyna.
Białe i wyszczerzone jak dentystyczny eksponat
kolumny gmachu sądu kryją się w gęstwie liści,
czekając, aż kolejni automobiliści
omiotą je światłami. A ponad

wszystkim płonie w ciemności, jak nad Baltazarową ucztą,
ognisty znak Coca-Coli. Przed koncertową muszlą
szemrze w zaroślach fontanna. Niezdolny do grania gam
na prętach, ospały wietrzyk próbuje bez powodzenia
szeleścić z rzadka gazetą w żeliwie ogrodzenia,
zmajstrowanego najwyraźniej z ram

starych łóżek. Jest duszno. Spoglądając w przestrzeń,
wsparty o broń Nieznany Żołnierz robi się jeszcze
bardziej nieznany. Trawler z nasady dziobu rdzę ściera,
trąc nim o molo z betonu. Słychać buczący szmerek
wentylatora, który gorące powietrze Ameryki
wciąga w swe metalowe skrzela.

Pozostawiając na piasku ślad, jak w pamięci sumę,
ocean patrzy się w mroku, już od milionów lat z szumem
kołysząc do snu deseczkę na martwej fali. Zaledwie
jeden krok do niej z pomostu: lecz jeśli stąpnąć na zewnątrz,
można by długo spadać, z rękami wzdłuż szwów, a na pewno
plusk nigdy się nie rozlegnie.

Robert Burns

1759-1796, Escocia

Trad. Raúl Vacas Polo

Mi corazón está en Tierras Altas

En Tierras Altas mi corazón ausente,
en Tierras Altas mi corazón valiente
que sigue a ciervos y a corzos mientras calla,
mi corazón allí, y a donde yo vaya.

Adiós Tierras Altas y mi adiós al Norte
donde el valor es signo, es pasaporte.
Allí por dónde vague o yerre el camino
amar las Tierras Altas será mi sino.

Adiós a las cumbres heridas de nieves,
adiós a los valles y llanuras leves.
Adiós a los bosques con piel de madera,
adiós a los ríos de la primavera.

En Tierras Altas mi corazón ausente,
en Tierras Altas mi corazón valiente
que sigue a ciervos y a corzos mientras calla,
mi corazón allí, y a donde yo vaya.


Tłum. Adam Pajgert

Me serce jest w górach

Me serce jest w górach, me serce nie tu! 
Tam pnie się za sarną po skałach, po mchu! 
Za sarną, jeleniem tam tropi mój wzrok, 
Me serce jest w górach, gdzie bądź niosę krok!

Żegnajcie mi góry! mój kraju, bądź zdrów! 
Gdziekolwiek po świecie zapędzi los mnie, 
Me serce ku górom, ku górom się rwie!

O, żegnam was, góry! i wieczny wasz śnieg, 
I wasze doliny zielone wzdłuż rzek, 
I żegnam sosnowy szumiący wasz bór, 
I waszych strumieni ryczący im wtór.

Me serce jest górach, me serce nie tu! 
Tam pnie się za sarną po skałach, po mchu! 
Za sarną, jeleniem tam tropi mój wzrok, 
Me serce jest w górach, gdziekolwiek krok!

Mi videopoema con traducción propia del poema.

My heart’s in the Highlands 

My heart’s in the Highlands, my heart is not here,
My heart’s in the Highlands a-chasing the deer –
A-chasing the wild deer, and following the roe;
My heart’s in the Highlands, wherever I go.

Farewell to the Highlands, farewell to the North
The birth place of Valour, the country of Worth;
Wherever I wander, wherever I rove,
The hills of the Highlands for ever I love.

Farewell to the mountains high cover’d with snow;
Farewell to the straths and green valleys below;
Farewell to the forests and wild-hanging woods;
Farewell to the torrents and loud-pouring floods.

My heart’s in the Highlands, my heart is not here,
My heart’s in the Highlands a-chasing the deer
Chasing the wild deer, and following the roe;
My heart’s in the Highlands, wherever I go.