Henry Miller

1891-1980, EE. UU.

Trad. Ramón Gil Novales

El coloso de Marusi (frag.)

Durante los dos últimos años de mi estancia en París, había insinuado a mis amigos que un día dejaría voluntariamente de escribir, y eso en el momento en que me sintiera en plena posesión de mis medios de expresión, en plena maestría. El estudio sobre Balzac, que fue mi último trabajo en París, no había hecho más que corroborar un pensamiento que comenzaba a cristalizar en mí, o sea que la vida del artista, su devoción por el arte, son la última y más alta fase del egoísmo humano. Hay amigos que me dicen que no dejaré nunca de escribir, que no podría hacerlo. Sin embargo, dejé de escribir durante largo tiempo, cuando estuve en Grecia, y sé que podría repetirlo en el futuro, cuando quiera y para siempre. No me siento constreñido a ninguna actividad particular. Por el contrario, siento en mí una creciente liberación, a la que se añade el vehemente deseo de servir al mundo de la mejor forma que pueda. No sé todavía cuál será esa forma, pero me parece claro que pasaré del arte a la vida para ilustrar con mi manera de vivir la maestría lograda en el arte. He dicho que me sentía purificado. La verdad es que también sentía en mí una especie de exaltación. Pero por encima de todo experimentaba un sentimiento de responsabilidad como nunca lo había conocido hasta entonces. Responsabilidad hacia mí mismo, me apresuraré a añadir. Sin saborear las recompensas de las que me habían hablado, las he disfrutado sin embargo por adelantado, imaginativamente quiero decir. Durante todo el tiempo que he estado escribiendo, me he atrincherado en la idea de que no sería realmente comprendido, al menos por mis compatriotas, hasta después de mi muerte.
Muchas veces, al escribir, he mirado por encima del hombro, más allá de la tumba, más sensible a las reacciones de los hombres venideros que a las de mis contemporáneos. En cierto sentido he pasado una buena parte de mi vida viviendo en el futuro. Para todo lo que me concierne de manera vital, soy realmente un hombre muerto, y solamente vivo para unos pocos que, como yo, no pueden esperar que el mundo los atrape. No digo esto por orgullo o vanidad, sino con humildad no exenta de tristeza. Y tal vez la palabra tristeza no sea la más apropiada, porque no lamento el camino que he seguido, ni deseo que las cosas sean diferentes a como son. Ahora sé cómo es el mundo y, sabiéndolo, acepto de él lo bueno y lo malo. Me he dado cuenta de que vivir creando significa vivir de manera cada vez más desinteresada, vivir adentrándose cada vez más en el mundo, identificándose con él e impregnándolo hasta el corazón, por así decir, con nuestra influencia. Me parece ahora que el arte, como la religión, es solamente una preparación, una iniciación de la auténtica manera de vivir. La meta es la liberación, la libertad; dicho de otro modo, la atribución de una responsabilidad más grande. Continuar escribiendo una vez que se ha realizado uno mismo, me parece fútil y estéril. La maestría en cualquier forma de expresión debe llevar inevitablemente a la forma última de expresión: la maestría de la vida: En este terreno se encuentra uno absolutamente solo, cara a cara con los elementos mismos de la creación. Es una experiencia cuyo resultado nadie puede predecir. Si tiene éxito, el mundo entero queda influido en un grado no conocido hasta entonces. No deseo vanagloriarme, ni decir que estoy preparado para dar un paso tan importante, pero debo señalar que hacia ese objetivo se encamina mi espíritu. Ya antes de mi entrevista con el armenio estaba convencido, y lo sigo estando ahora, de que cuando se me confiriesen honores y recompensas no estaría presente para recibirlas, que viviría solo y desconocido en alguna parte remota del mundo, prosiguiendo la aventura que comenzó para mí con el esfuerzo de realizarme con medios expresivos. Sé que los peligros mayores están por venir, el verdadero viaje no ha hecho más que comenzar. Cuando escribo estas líneas, hace casi un año que viví esas horas atenienses que acabo de describir. Permitidme añadir que desde mi regreso a América todo lo que me ha sucedido, logros y realizaciones, se han cumplido con una precisión casi mecánica. La verdad es que estoy casi aterrado, porque ahora, a diferencia de mi vida pasada, me basta con expresar un deseo para que se cumpla. Me encuentro en la delicada situación de uno que debe evitar cuidadosamente el anhelar algo que no desee verdaderamente. Y debo decir que esta situación me ha hecho desear cada vez menos cosas. El único deseo que por momentos se acrecienta en mí es el de dar. La sensación de poder y riqueza que tal estado de ánimo lleva consigo, es también algo aterrador, porque la lógica que implica parece demasiado sencilla. Cuando miro a mi alrededor y me doy cuenta de que la mayoría de los hombres se esfuerzan desesperadamente en retener lo que poseen o en aumentar sus bienes, comienzo a comprender que el criterio para dar no es tan sencillo como parece. Dar y recibir son en el fondo una misma cosa, y dependen de que la vida que se lleva sea abierta o cerrada. Una forma de vivir abierta hace del ser humano un médium, un transmisor; viviendo así, como un río, uno siente la vida en toda su plenitud, se desliza en la corriente de la vida y muere para vivir de nuevo con un océano.

Fotograma de Fairytale de Alexandr Sokurov

Tłum. Cecylia Wojewoda

Kolos z Maroussi (fragm.)

W ciągu ostatnich kilku lat w Paryżu przebąkiwałem do przyjaciół, że przyjdzie dzień, kiedy przestanę pisać, że dobrowolnie się tego wyrzeknę… kiedy zdobędę największą moc i mistrzostwo w moim pisarstwie. „Studium o Balzaku», ostatnia moja rzecz pisana w Paryżu, pogłębiło tylko pewną myśl, która zaczęła się we mnie krystalizować – mianowicie, że życie artysty, jego oddanie sztuce jest najwyższym i ostatnim stadium egoizmu. Niektórzy moi przyjaciele twierdzą, że nigdy nie przestanę pisać, że nie potrafię tego uczynić. Jednakże przez długi okres mego pobytu w Grecji potrafiłem wstrzymać się od pisania i wiem, że i w przyszłości, w każdej chwili mogę przestać pisać, i to na dobre. Nie czuję konieczności robienia czegokolwiek. Natomiast rośnie we mnie świadomość wolności idąca w parze z pragnieniem służenia ludziom, jak tylko potrafię. Nie wiem jeszcze, jak się to wyrazi, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że przestanę tworzyć sztukę i będę chciał swoim życiem potwierdzić te wartości, które osiągnąłem poprzez sztukę. Powiedziałem, że poczułem się oczyszczony. Ale ogarnęło mnie też uniesienie. Nade wszystko jednak poczułem się odpowiedzialny jak nigdy dotąd. Muszę szybko dodać, że poczułem się odpowiedzialny wobec siebie samego. Nie zasmakowałem jeszcze nagród, o których mówił wróż, lecz cieszyłem się nimi z góry, w wyobraźni. Przez wszystkie lata mego pisarstwa uodporniałem się sądząc, że nie doczekam się uznania, a w każdym razie nie ze strony mych rodaków, że może uznają mnie dopiero po śmierci.
Wielokrotnie w mojej twórczości spoglądałem w przyszłość już po mojej śmierci i przejmowałem się bardziej reakcją ludzi mających dopiero się narodzić niż sądem moich współczesnych. Znaczną część życia przeżyłem w przyszłości niejako. Jestem człowiekiem martwym wobec wszystkiego, co mnie głęboko dotyczy: żywy pozostaję jedynie dla niewielkiej garstki ludzi, którzy podobnie jak i ja nie czekają, aż świat ich dogoni. Nie mówię tego z pychy czy próżności, lecz z pokorą i pewnym smutkiem. Smutek nie jest słowem właściwym, skoro nie żałuję obranego kierunku i nie pragnę czegokolwiek zmienić. Wiem teraz, jaki jest świat, i godzę się zarówno na to, co w nim jest złego, jak i dobrego. Przekonałem się, że życie twórcze prowadzi do wyzbywania się egoizmu, do coraz ściślejszego zespalania się ze światem, do identyfikowania się z nim i wpływania na jego istotę, żeby się tak wyrazić. Sądzę obecnie, że sztuka, jak i religia, jest tylko przygotowaniem, inicjacją do takiego życia. Celem jest wyzwolenie, wolność, czyli przyjęcie na siebie większej odpowiedzialności. Kiedy człowiek odnalazł siebie, pisanie wydaje się bezcelowe i hamujące. Mistrzostwo jakiejkolwiek formy wyrazu artystycznego powinno nieuchronnie prowadzić do ostatecznego osiągnięcia: mistrzostwa życia. W tej domenie człowiek jest absolutnie sam, staje twarzą w twarz wobec elementów tworzących świat. Jest to doświadczenie, którego wyników nikt nie jest w stanie przewidzieć. Pomyślny wynik wywiera wpływ na cały świat i to na miarę dotychczas nie znaną. Nie chcę się przechwalać ani powiedzieć, że dojrzałem już do podjęcia takiego poważnego kroku, ale mój umysł zmierza ku temu. Jeszcze przed przepowiednią Ormianina czułem jak w chwili obecnej, że kiedy spadną na mnie zaszczyty i nagrody, wcale ich nie przyjmę, bo będę wówczas żył samotnie w jakimś głuchym zakątku świata, nie znany tam nikomu, przeżywając dalej przygodę, która rozpoczęła się dążeniem do spełnienia się za pośrednictwem słów. Wiem, że czekają mnie jeszcze wielkie niebezpieczeństwa – prawdziwa podróż zaledwie się zaczęła. Piszę te słowa po upływie roku niemal od owego wydarzenia w Atenach, które właśnie opowiedziałem. Chciałbym dodać, że od mego powrotu do Ameryki wszystko, co mnie spotkało, co mi się spełniło i co osiągnąłem, realizowało się niemal co do minuty zgodnie z moimi życzeniami. Ogarnia mnie jakieś przerażenie, gdyż w przeciwieństwie do dawnych czasów wystarczy teraz, abym czegoś zapragnął, a to natychmiast się spełnia. Znajduję się w kłopotliwej sytuacji, gdyż muszę uważać, aby nie życzyć sobie czegoś, czego w gruncie rzeczy nie pragnę. Skutek jest taki, że coraz mniej czegokolwiek pragnę. Natomiast coraz bardziej pragnę dawać. Niezwykle intensywne poczucie siły i bogactwa, jakie się z tym wiąże, też jest trochę przerażające, bowiem logika tego poczucia wydaje się aż nadto prosta. Dopiero kiedy zaczynam się rozglądać i widzę, że ogromna większość ludzi rozpaczliwie czepia się swego stanu posiadania lub usiłuje go powiększyć, zaczynam rozumieć, że mądrość dawania nie jest taka prosta, jakby się zdawało. Dawanie i branie w istocie jest jednym i tym samym, zależnie od tego, czy się żyje otwarcie, czy w zamknięciu. Żyjąc otwarcie stajemy się mediumami, przewodnikami, doświadczamy życia w pełni płynąc jak rzeka z prądem życia i umieramy, by odżyć jako ocean

The Colossus of Maroussi

In the last year or two in Paris | had been hinting to my friends that | would one day give up writing altogether, give it up voluntarily—at the moment when | would feel myself in possession of the greatest power and mastery. The study of Balzac, which was my final work in Paris, had only corroborated a thought which had begun to crystallize in me, namely that the life of the artist, his devotion to art, is the highest and the last phase of egotism in man. There are friends who tell me that | will never stop writing, that | can’t. But | did stop, for a good interval while in Greece, and | Know that | can in the future, any time | wish, and for good. | feel under no compulsion to do any particular thing. | feel, on the contrary, a growing liberation, supplemented more and more by a desire to serve the world in the highest possible way. What that way is | have not yet determined, but it seems clear to me that | Shall pass from art to life, to exemplify whatever | have mastered through art by my living. | said | felt chastened. It is true that | also felt exalted. But above all | felt a sense of responsibility such as | had never known before. A sense of responsibility towards myself, let me hasten to add. Without tasting the rewards which he had spoken of | had nevertheless enjoyed them in advance, enjoyed them imaginatively, | mean. During all the years that | have been writing | have steeled myself to the idea that | would not really be accepted, at least to my own countrymen, until after my death.
Many times, in writing, | have looked over my own shoulder from beyond the grave, more alive to the reactions of those to come than to those of my contemporaries. A good part of my life has, in a way, been lived in the future. With regard to all that vitally concerns me | am really a dead man, alive only to a very few who, like myself, could not wait for the world to catch up with them. | do not say this out of pride or vanity, but with humility not untouched with sadness. Sadness is perhaps hardly the right word either, since | neither regret the course | have followed nor desire things to be any different than they are. | know now what the world is like and knowing | accept it, both the good and the evil. To live creatively, | have discovered, means to live more and more unselfishly, to live more and more into the world, identifying oneself with it and thus influencing it at the core, so to speak. Art, like religion, it now seems to me, is only a preparation, an initiation into the way of life. The goal is liberation, freedom, which means assuming greater responsibility. To continue writing beyond the point of self-realization seems futile and arresting. The mastery of any form of expression should lead inevitably to the final expression—mastery of life. In this realm one is absolutely alone, face to face with the very elements of creation. It is an experiment whose outcome nobody can predict. If it be successful the whole world is affected and in a way never known before. | do not wish to boast, nor do | wish to say that | am yet ready to make such a grave step, but it is in this direction that my mind is set. It was my belief before meeting the Armenian, and it still is, that when the honors and rewards shall be conferred upon me | shall not be present to receive them, that | shall be living alone and unknown in some remote part of the world carrying on the adventure which began with the effort to realize myself inwords. | know that the greatest dangers lie ahead; the real voyage has only begun. As | write these lines it is almost a year since that moment in Athens which | have just described. May | add that since coming to America everything that has happened to me, one fulfillment, one realization after another, has occurred with an almost clocklike precision. Indeed, | am almost terrified for now, contrary to my life in the past, | have but to desire a thing and my wishes are gratified. | am in the delicate position of one who has to be careful not to wish for something he really does not desire. The effect, | must say, has been to make me desire less and less. The one desire which grows more and more is to give. The very real sense of power and wealth which this entails is also somewhat frightening—because the logic of it seems too utterly simple. It is not until | look about me and realize that the vast majority of my fellow men are desperately trying to hold on to what they possess or to increase their possessions that | begin to understand that the wisdom of giving is not so simple as it seems. Giving and receiving are at bottom one thing, dependent upon whether one lives open or closed. Living openly one becomes a medium, a transmitter; living thus, as a river, one experiences life to the full, flows along with the current of life, and dies in order to live again as an ocean.

Mark Strand

1934- 2014, Canadá/Estados Unidos

Trad. Juan Carlos Postigo Ríos

Poesía narrativa

Ayer en el supermercado oí a un hombre y a una mujer discutiendo sobre la poesía narrativa. Ella dijo: “Puede que todos esos llamados poemas narrativos no hagan más que señalar lo pobres que nos hemos vuelto, y cómo, cual utopistas sin esperanza, vivimos para el final. Muestran que nuestra vida está invalidada por las necesidades, sobre todo por la necesidad de seguir. He llegado a creer que la narrativa nace del odio a uno mismo”.
Él dijo: “Lo que a mí me preocupa es el poema narrativo que no proporciona un marco coherente para medir el desplazamiento temporal y espacial, el poema narrativo en el que el héroe viaja, creyendo que avanza cuando en realidad está quieto, convertido en la encarnación de la poesía narrativa, su terrible engaño, la pesadilla de su propia irrealidad”.
Quise recordarles que el poema narrativo ocupa el lugar de una narración ausente y absorbe en todo momento la ausencia del otro para poderla nombrar, a la vez que entrega su propia presencia a las soledades terribles del olvido. Quise decir que la narración ausente es aquella en la que nuestro destino está escrito. Pero se fueron antes de que yo pudiese hablar.
Cuando llegué a casa, mi hermana me esperaba sentada en el salón. Le dije: “Verás, hermanita, se me ha ocurrido que algunos poemas narrativos se mueven tan rápidamente que no podemos seguirles el paso, por lo que su avance nos lo tenemos que imaginar. Son los que más se parecen a la vida real y los menos reales”. “Sí –dijo mi hermana–, pero, ¿te has dado cuenta de que algunos poemas narrativos se mueven con tanta lentitud que nos adelantamos constantemente a ellos, imaginando lo que podrían ser?”. “Sí –dije–, me he dado cuenta”.
Después me acordé de aquel verano en Roma cuando estaba convencido de que los poemas narrativos en los que la memoria desempeña un papel importante se derrotan a sí mismos. Comprendí que la memoria es un mausoleo de acontecimientos que no se sostendrían en el presente, y por ello está impregnada de lástima y su música es siempre un canto fúnebre.
Sonó entonces el teléfono. Era mi madre, que llamaba para saber qué hacía. Le dije que estaba trabajando en un poema narrativo negativo, un poema que se niega a comenzar porque el comienzo es un sinsentido en un universo infinito, y que por esa misma razón se niega a terminar. Es, todo él, un espacio intermedio suprimido, una conjunción inagotable. “Y, mamá –le dije–, se niega a enmascarar la quietud esencial y universal, y por lo tanto limita sus observaciones a lo que nunca ocurre”.
Entonces dijo mi madre: “Tu padre me hablaba a menudo de la poesía narrativa. Decía que era una mujer con un vestido largo y que portaba flores. Era pelirroja y el pelo le caía suavemente sobre los hombros. Decía que la poesía narrativa sucedía habitualmente en primavera y que tenía que ver con un hombre. La mujer se acercaba a la casa de él, lo saludaba y dejaba caer sus flores. Por lo visto esto –añadió mamá– pretendía dar a entender la inutilidad de la poesía narrativa”.
“Pero mamá –dije–, lo que llamamos narración es simplemente la sumisión a los insufribles reclamos del predicado sobre el futuro; perpetúa su continuación, florece en otro predicado. ¡No pienses que las nociones de conclusión se fundan en nuestra añoranza de un predicado estéril!”. “Eso es absolutamente cierto –dijo mi madre–, no hay otra forma de concebirlo”. Y colgó.

de Sobre nada y otros escritos

Fotografía de Muna Nazak

Tłum. Ada Trzeciakowska

Poezja narracyjna

Wczoraj w supermarkecie podsłuchałem, jak pewna kobieta i mężczyzna dyskutowali o poezji narracyjnej. Ona mówiła: «Być może wszystkie tak zwane wiersze narracyjne są jedynie ironiczne, łańcuchy zdarzeń wskazują tylko na to, jak bardzo ubodzy się staliśmy, na to, że, jak pozbawieni nadziei utopiści, żyjemy by dotrwać do końca. Pokazują, że nasze życie jest unieważnione przez nasze potrzeby, zwłaszcza przez potrzebę trwania. Doszłam do przekonania, że narracja rodzi się z nienawiści do siebie samego».
On zaś powiedział: «To, co mnie niepokoi, to narracja, która nie zapewnia żadnych spójnych ram dla pomiaru przesunięcia w czasie bądź przestrzeni, narracja, w której bohater podróżuje, wierząc, że idzie do przodu, podczas gdy w rzeczywistości stoi w miejscu. Staje się on pojedynczym łącznikiem, ucieleśnieniem narracji, jej straszliwym złudzeniem, koszmarem własnej nierealności.»
Chciałem im przypomnieć, że wiersz narracyjny zajmuje miejsce nieobecnej narracji i zawsze wchłania nieobecność drugiego człowieka, po to by można było ją nazwać, a jednocześnie zrzeka się własnej obecności na rzecz okropnej samotności zapomnienia. Chciałem powiedzieć, że nieobecna narracja to ta, w której zapisany jest nasz los. Lecz odeszli, zanim zdążyłem się odezwać.
Kiedy wróciłem do domu, moja siostra siedziała w salonie i czekała na mnie. Powiedziałam do niej: «Wiesz, Sis, właśnie przyszło mi do głowy, że niektóre wiersze narracyjne poruszają się tak szybko, że nie można za nimi nadążyć, a ich progresja jest dziełem wyobraźni. One są najbardziej życiowe i najmniej realne».
«Tak», powiedziała moja siostra, «ale czy przyszło ci do głowy, że niektóre wiersze narracyjne poruszają się tak wolno, że ciągle wybiegamy przed nie, wyobrażając sobie, czym mogą być? I czy przyszło ci do głowy, że pisywane są najczęściej w młodości?».
Później przypomniałem sobie lato w Rzymie, kiedy nabrałem przekonania, że narracje, w których pamięć gra ważną rolę, są samoniszczące. Było gorąco, a ja zrozumiałem, że pamięć jest pomnikiem wydarzeń, które nie mogły utrwalić się w teraźniejszości, dlatego też pamięć jest zabarwiona żalem, a jej muzyka jest zawsze żałobnym śpiewem.
Wtedy zadzwonił telefon. Dzwoniła matka, by zapytać, co robię. Powiedziałem jej, że pracuję nad negatywną narracją, która odmawia rozpoczęcia, ponieważ początek w nieskończonym wszechświecie nie ma znaczenia, i odmawia zakończenia z tego samego powodu. Wszystko jest zawieszoną strefą środka, niewyrażalnym i niewyczerpywalnym łącznikiem. «I, mamo», powiedziałem, «to jest jak narracja, która odmawia tuszowania istotnego i uniwersalnego bezruchu, a więc ogranicza swoje komentarze do tego, co nigdy się nie wydarza».
Wtedy moja mama powiedziała: «Twój tata opowiadał mi kiedyś o poezji narracyjnej. Mówił, że jest to kobieta w długiej sukni, niosąca kwiaty. Miała rude włosy, które lekko opadały na ramiona. Mówił, że poezja narracyjna zdarza się zwykle na wiosnę i wiąże się z mężczyzną. Kobieta zbliżała się do swojego domu, machała do mężczyzny i rzucała mu kwiaty. To – kontynuowała mama – wydawało się objawem bezcelowości poezji narracyjnej. Gdziekolwiek ta kobieta się znalazła, rozsiewała nasiona obojętności».
«Mamo», wyraziłem przypuszczenie, «to, co nazywamy narracją, jest po prostu poddaniem się nieznośnym roszczeniom predykatu dotyczącym przyszłości; sprzyja ciągłości, rozkwita w następny predykat. Nie sądzisz, że koncepcje zakończenia wywodzą się z naszej tęsknoty za jałowym predykatem!».
«Masz całkowitą rację», powiedziała moja matka, «nie sposób myśleć o tym inaczej». I rozłączyła się.

Narrative Poetry 

Yesterday at the supermarket I overheard a man and a woman discussing narrative poetry. She said: «Perhaps all so-called narrative poems are merely ironic, their events only pointing out how impoverished we are, how, like hopeless utopians, we live for the end. They show that our lives are invalidated by our needs, especially the need to continue. I’ve come to believe that narrative is born out of self-hatred.»
He said: «What concerns me is the narrative that provides no coherent framework for measuring temporal or spatial passage, the narrative in which the hero travels, believing he goes forward when in fact he stands still. He becomes the single connective, the embodiment of narrative, its terrible delusion, the nightmare of its own unreality.»
I wanted to remind them that the narrative poem takes the place of an absent narrative and is always absorbing the other’s absence so it can be named, and, at the same time, relinquishing its own presence to the awful solitudes of forgetfulness. The absent narrative is the one, I wanted to say, in which our fate is written. But they had gone before I could speak.
When I got home my sister was sitting in the living room, waiting for me. I said to her: «You know, Sis, it just occurred to me that some narrative poems move so quickly they cannot be kept up with, and their progress must be imagined. They are the most lifelike and least real.»
«Yes,» said my sister, «but has it occurred to you that some narrative poems move so slowly we are constantly leaping ahead of them, imagining what they might be? And has it occurred to you that these are written most often in youth?»
Later I remembered the summer in Rome when I became convinced that narratives in which memory plays a part are self-defeating. It was hot, and I realized that memory is a memorial to events that could not sustain themselves into the present, which is why memory is tinged with pity and its music is always a dirge.
Then the phone rang. It was my mother calling to ask what I was doing. I told her I was working on a negative narrative, one that refuses to begin because beginning is meaningless in an infinite universe, and refuses to end for the same reason. It is all a suppressed middle, an unutterable and inexhaustible conjunction. «And, Mom,» I said, «it is like the narrative that refuses to mask the essential and universal stillness, and so confines its remarks to what never happens.»
Then my mother said: «Your Dad used to talk to me about narrative poetry. He said it was a woman in a long gown who carried flowers. Her hair was red and fell lightly over her shoulders. He said narrative poetry happened usually in spring and involved a man. The woman would approach her house, wave to the man, and drop her flowers. This,» Mom continued, «seemed a sign of narrative poetry’s pointlessness. Wherever the woman was, she sowed seeds of disinterest.»
«Mom,» I ventured, «what we call narrative is simply submission to the predicate’s insufferable claims on the future; it furthers continuance, blooms into another predicate. Don’t you think that notions of closure rest on our longing for a barren predicate!»
«You’re absolutely right,» said my mother, «there’s no other way to think of it.» And she hung up.

from Ploughshares


Linda Gregg

1942-2019, EE.UU.

Trad. Jonio  González

Los cantantes cambian, la música continúa

En realidad en los mitos no muere nadie.
No se pierde mundo alguno en las historias.
Todo se pierde en el relato,
en el momento en que se pregunta. Crecemos
 y envejecemos en nuestra tierra de hierba
y lunas de sangre, nacimiento y debilidad.
Vivimos nuestro mito en la repetición,
fingiendo que otro día regresaremos.
Igual que cada mañana llega la mañana.
La verdad es que volvemos como un coro.
De otro modo Eurídice estaría para siempre
en la oscuridad. Nuestro canto la hace
regresar. Nuestra muerte la mantiene viva.

Escena de Léolo de Jean-Claude Lauzon

Tłum. Ada Trzeciakowska

WYKONAWCY SIĘ ZMIENIAJĄ, MUZYKA gra DALEJ

W mitach nikt naprawdę nie umiera.
W opowieściach nie ginie żaden świat.
Wszystko przepada w opowiadaniu,
gdy pada pytanie. Dorastamy
i starzejemy się w naszej krainie traw
i krwawych księżyców, narodzin i przemijania.
To miejsce absolutów. Powracania.
Żyjemy we własym micie – w powtarzalności,
udając, że powrócimy następnego dnia.
Jak ranek nadchodzący każdego ranka.
Prawda jest taka, że wracamy jako chór.
Inaczej Eurydyka zostałaby na zawsze
w ciemności. Nasz śpiew sprowadza ją
z powrotem. Nasze umieranie utrzymuje ją przy życiu.

THE SINGERS CHANGE, THE MUSIC GOES ON

No one really dies in the myths.
No world is lost in the stories.
Everything is lost in the retelling,
in being wondered at. We grow up
and grow old in our land of grass
and blood moons, birth and goneness.
A place of absolutes. Of returning.
We live our myth in the recurrence,
pretending we will return another day.
Like the morning coming every morning.
The truth is we come back as a choir.
Otherwise Eurydice would be forever
in the dark. Our singing brings her
back. Our dying keeps her alive.



Andréi Tarkovski

1932-1986, Rusia

Trad. Enrique Banús Irusta

Esculpir en el tiempo

Sobre el tiempo, el ritmo y el montaje

El ritmo, en el cine, se transmite a través de la vida del objeto, visible, fijada en el plano. Así, del movimiento de los juncos se puede reconocer el carácter de la corriente del río, la presión del agua. Del mismo modo, el proceso vital que la toma reproduce en su movimiento informa del movimiento del tiempo.
El director demuestra su individualidad sobre todo por su sensibilidad de cara al tiempo, por medio del ritmo. El ritmo adorna su obra con características de estilo. El ritmo no se construye pensando arbitrariamente ni de forma meramente especulativa. En el cine, el ritmo surge orgánicamente, en correspondencia al sentimiento de la vida que tiene el propio director, en correspondencia a su «búsqueda del tiempo». Yo tengo la impresión de que, en una toma, el tiempo tiene que discurrir de forma independiente y con su propia dignidad. Únicamente entonces las ideas encuentran un sitio en él, sin presurosa intranquilidad. La sensibilidad del ritmo es lo mismo que —por ejemplo— la sensibilidad de la palabra exacta en la literatura. Una palabra inexacta en determinada obra literaria destroza el carácter verídico de ésta, de la misma manera que un ritmo impreciso lo hace en la obra cinematográfica.
Pero aquí se llega a uña dificultad natural. Supongamos que quiero que en una toma el tiempo discurra con su propio valor y de forma independiente, para que no se dé al espectador la impresión de ser forzado a algo, para que voluntariamente se entregue a ser «prisionero» del artista, percibiendo el material de la película como su propio material, adoptándolo como una experiencia nueva, absolutamente suya. Sin embargo aquí hay una aparente contradicción. Porque el sentimiento del tiempo del director en cualquier caso supone forzar al espectador. Del mismo modo se le impone el mundo interior del director. O bien el espectador «cae» en tu propio ritmo (en tu mundo) y se convierte en tu aliado o bien no lo hace, lo que significa que no se llega a comunicación alguna. Por eso hay espectadores afines y otros absolutamente extraños, lo que para mí no sólo es absolutamente natural, sino también —desgraciadamente— inevitable.
Por ello considero que forma parte de mi trabajo, como profesional, el crear un flujo de tiempo propio, individual, reproducir en las tomas mi propio sentimiento del tiempo, que puede ir desde un ritmo de movimientos perezosos y de ensueño, hasta otro en rebeldía, desaforadamente rápido. El modo de estructurar el montaje perturba el flujo del tiempo, lo interrumpe y le concede una nueva cualidad. La transformación del tiempo es una forma de su expresión rítmica.  

Fotogramas de bellísma La mano de Dios de Paolo Sorrentino (2021)

Tłum. Seweryn Kuśrnierczyk

Czas utrwalony

O RYTMIE, CZASIE i MONTAŻU

Rytm filmu ujawnia się przez życie przedmiotu widoczne w ujęciu. Tak jak po kołysaniu się wodorostów można określić siłę nurtu rzeki, tak o przepływie czasu informuje proces życiowy i odtworzona w ujęciu jego płynność.
Reżyser filmowy przejawia swoją indywidualność przede wszystkim przez odczucie czasu i przez rytm, który decyduje o stylistyce dzieła. Rytmu nie można stworzyć w sposób teoretyczny. Powstaje w filmie organicznie, zgodnie z immanentnym, właściwym reżyserowi odczuwaniem życia i jego osobistym «poszukiwaniem czasu». Wydaje mi się, że czas powinien płynąć w ujęciu niezależnie i majestatycznie – idee mogą wówczas rozmieścić się w nim łagodnie, bez łoskotu i pośpiechu. Odczucie rytmiczności ujęcia bliskie jest… wyczuciu właściwego słowa w Iiteraturze. Niewłaściwe słowo w literaturze i niewłaściwy rytm w filmie jednakowo naruszają istotę dzieła. (Pojęcie rytmu ma zastosowanie także w odniesieniu do prozy, jednak w zupełnie innym sensie).
W tym momencie ujawnia się w pełni naturalna zależność. Załóżmy, że chciałbym, aby czas płynął w ujęciu dostojnie i niezależnie, tak by widzowie nie odczuwali presji wywieranej na swój odbiór, aby dobrowolnie oddawali się w niewolę artyście i zaczynali odczuwać tworzywo filmu jako własne, przyswajali je sobie w charakterze nowego, swojego doświadczenia. Rodzi się tu pozorna sprzeczność. Odczucie czasu przez reżysera jest bowiem zawsze formą nacisku na widza – podobnie jak jest nią narzucanie widzowi swojego świata wewnętrznego. Widz albo wpada w mój rytm (mój świat) – i wówczas jest moim widzem, albo nie – wtedy kontakt między nami się nie nawiązuje. W ten sposób dokonuje się podział na moich widzów i widzów, którzy są mi obojętni. Wydaje mi się, że jest to proces nie tylko naturalny, lecz także – niestety – nieunikniony.
Swoje zadanie zawodowe widzę w stworzeniu indywidualnego potoku czasu przekazywanego w ujęciu przez moje odczucie ruchu – od leniwego i sennego do narastającego i gwałtownego. I niech go każdy jak chce rozumie, widzi, słyszy… Montaż narusza i przerywa przepływ czasu, tworząc równocześnie jego nową jakość. Zniekształcenia czasu – to sposób jego rytmicznego wyrażania.



Antonio Rodríguez Jiménez

1978 – , España (Albacete)

de la mera existencia

Tras la violencia de la cacería,
se reagrupa en un claro la manada.
Ya viene el aire limpio del olor del peligro
y amamantan las madres a sus crías.
Pacen tranquilamente los adultos y nadie
podría imaginar que hace muy poco
eran solo pavor, galope ciego.
 Atrás quedó la sangre de los miembros
menos afortunados, naturaleza muerta
alimentando el ciclo de la vida.
No hay espacio en la paz de los rumiantes
para albergar tristeza
ni para la memoria.
Esto es su tiempo: instantes sucesivos
de placidez y alarma. Es el decurso
de seres sin relato,
de la mera existencia.

del Los signos del derrumbe (2014)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Najczystsze istnienie

Po brutalnej przemocy polowania,
stado przegrupowuje się na polanie.
Powietrze wolne od zapachu zagrożenia
a matki karmią piersią swoje młode.
Dorosłe pasą się spokojnie, trudno
wyobrazić sobie, że tuż przed chwilą
były tylko trwogą, ślepym galopem.
Została za nimi krew osobników
mających mniej szczęścia, martwa natura
bezwiednie podtrzymująca cykl życia.
W spokoju przeżuwaczy nie ma miejsca
na gromadzenie smutku
ani na kult pamięci.
To jest ich czas: sukcesywne momenty
beztroski i strachu. Upływ czasu
u stworzeń bez historii,
najczystszego istnienia.

Henry Miller

1891-1980, EE. UU.

Trad. Ramón Gil Novales

El coloso de Marusi (frag.)

Pero en cualquier figura humana hay algo colosal, cuando el individuo se hace verdadera y totalmente humano. Nunca he conocido a un individuo más humano que Katsimbalis. Paseando con él por las calles de Amaroussion, tenía la sensación de caminar por la Tierra de una manera absolutamente nueva. La Tierra se hacía más íntima, más viva, más prometedora. Es verdad que Katsimbalis hablaba frecuentemente del pasado, pero no como algo muerto y olvidado, sino más bien como algo que llevamos con nosotros, que fecunda el presente y hace atractivo el futuro. Hablaba con la misma veneración de las cosas pequeñas que de las grandes. Siempre tenía tiempo, por ocupado que estuviese, para detenerse largamente en lo que le había emocionado. ¿Cómo he de olvidar esa última impresión que me llevé de él, cuando nos despedimos en la estación de autobuses, en el corazón de Atenas? Hay hombres de una riqueza y una plenitud tales, que siempre se entregan tan por entero, que cada vez que se despide uno de ellos se tiene la sensación de que poco importa que la despedida sea por un día o para siempre. Se os acercan rebosando, y os llenan hasta desbordar. Sólo os piden que participéis en su superabundante alegría vital. Nunca os preguntan a qué lado de la valla estáis, porque en su mundo no existen vallas. Se hacen invulnerables a fuerza de exponerse a todo peligro. Acrecientan su heroísmo a medida que revelan su debilidad. (…)
Había en su notable don, otro interesante aspecto que guarda analogía con el talento del músico. Durante el tiempo que le traté, la vida de Katsimbalis era relativamente tranquila y sin aventuras. Pero cualquier incidente que le ocurriera, por trivial que fuese, lo con¬vertía en un gran acontecimiento. Tal vez sólo se trataba de que, volviendo a su casa, había cogido una flor en la cuneta de la carretera. Pero cuando terminaba de contar el hecho, la flor, por humilde que fuera, se convertía en la más maravillosa que un hombre hubiera cogido jamás. Se grababa en la memoria del oyente como la flor que había cogido Katsimbalis. Se convertía en algo único en su género, no porque fuera excepcional, sino porque Katsimbalis la había inmortalizado al advertirla, porque había depositado en esa flor todo lo que pensaba y sentía sobre las flores; es decir, un completo universo.
Elijo esta imagen al azar, pero, ¡qué apropiada y exacta es! Cuando pienso en Katsimbalis, inclinándose para coger una flor en el desnudo suelo de Ática, todo el mundo griego con su pasado, presente y porvenir, se levanta ante mis ojos. Veo de nuevo los suaves y bajos montículos en los que fueron enterrados los muertos ilustres; veo la luz violeta bajo la que se avispa la maleza; veo las rocas desgastadas y los enormes guijarros de los lechos por donde corren los ríos secos, brillantes como la mica; veo las diminutas islas flotando en la superficie del mar, aureoladas de deslumbrantes franjas blancas; veo las águilas lanzarse desde los vertiginosos riscos de inaccesibles montañas, empañando la brillante alfombra de la tierra con la mancha lenta y sombría que proyecta su vuelo; veo las siluetas de hombres solitarios que marchan tras las huellas de sus rebaños sobre el desnudo espinazo de las colinas, y veo desprenderse del vellón de los corderos una dorada pelusilla como en los tiempos de la leyenda; veo las mujeres reunidas junto a los manantiales, entre los olivos, con sus vestidos, sus ademanes y su charla semejantes a cómo eran en los tiempos bíblicos; veo la gran figura patriarcal del sacerdote, mezcla perfecta de hombre y mujer, y la serenidad, franqueza, paz y dignidad de su rostro; veo los diseños geométricos de la naturaleza, explicados por ella misma con un silencio ensordecedor. La tierra griega se abre ante mí como el Libro de la Revelación. No sabía que esa tierra encerrase tantas cosas. Había caminado con los ojos vendados, con pasos inseguros y vacilantes; era orgulloso y arrogante, y estaba satisfecho de vivir la falsa y limitada vida del hombre ciudadano. La luz de Grecia abrió mis ojos, penetró en mis poros, dilató todo mi ser. He vuelto a mi hogar que es el mundo, después de haber encontrado el verdadero centro y el significado real de la palabra revolución. Ningún conflicto bélico entre las naciones puede turbar este equilibrio. Tal vez la misma Grecia se vea envuelta en este lío, como nosotros estamos a punto de estarlo, pero me niego categóricamente a convertirme en algo que sea inferior a esa condición de ciudadano del mundo que, de pie ante la tumba de Agamenón, me otorgué. Desde ese día mi vida está dedicada al restablecimiento de la divinidad del hombre. ¡Paz a todos los hombres, digo, y vida mejor!

Ruinas griegas en Sicilia

Tłum. Cecylia Wojewoda

Kolos z Maroussi (fragm.)

Lecz jest coś kolosalnego w człowieku, który staje się prawdziwie i na wskroś ludzki. Nie spotkałem człowieka bardziej ludzkiego niż Katsimbalis. Idąc u jego boku ulicami Amarousion czułem, że chodzę po ziemi jak nigdy dotąd. Ziemia stała się znacznie dostępniejsza, żywsza, bardziej obiecująca. Prawda, on często mówił o przeszłości, ale nie jako o czymś martwym i zapomnianym, lecz jak o czymś, co nosimy w sobie, co użyźnia teraźniejszość i dodaje powabu przyszłości. Mówił o sprawach małych i wielkich z jednakim szacunkiem, zawsze znajdował czas, by zastanowić się nad tym, co zajmowało jego myśli, miał nieskończenie dużo czasu, co już samo w sobie jest oznaką wielkiej duszy. Nie zapomnę nigdy uczuć, jakie obudził we mnie żegnając się ze mną na stacji autobusowej w sercu Aten. Istnieją ludzie tak wielostronni, tak bogaci, tak hojnie dający z siebie wszystko, że rozstając się z nimi wiemy, jak absolutnie bez znaczenia jest fakt, czy rozstajemy się z nimi na dzień czy na wieki. Przychodzą do nas posiadając nadmiar wszystkiego i wypełniają nas darami po brzegi. Nie żądają od nas niczego prócz tego, abyśmy dzielili z nimi ich przeogromną radość życia. Nigdy nie »pytają, po której stronie bariery jesteśmy, gdyż świat, w jakim przebywają, nie ma barier. Są nienaruszalni przez to, że bezustannie narażają się na każde niebezpieczeństwo. Im bardziej przejawiają swoje słabości, tym bardziej stają się heroiczni. (…)
Jego niezwykły dar jeszcze pod jednym względem przypominał talent muzyczny. W okresie, kiedy go znałem, życie Katsimbalisa było stosunkowo spokojne i nieciekawe. Lecz najpospolitszy incydent w jego życiu rozkwitał w wielkie wydarzenie. Mogło to być zerwanie kwiatka przy drodze, kiedy wracał do domu. Jednakże, kiedy opowiadał o tym wydarzeniu, najskromniejsza roślinka stawała się najcudowniejszym kwiatem kiedykolwiek zerwanym przez człowieka. Słuchacz zapamiętywał ten kwiat jako zerwany przez Katsimbalisa, a przez to unikalny nie dlatego, że w jakimkolwiek sensie był niezwykły, lecz dlatego, że Katsimbalis unieśmiertelnił go, kiedy go zauważył i włożył w niego wszystko, co myślał i czuł w stosunku do kwiatów – czyli cały wszechświat.
Wybrałem ten pierwszy lepszy przykład, ale jakże jest właściwy i wierny. Kiedy myślę o Katsimbalisie, pochylającym się, by zerwać kwiat wyrosły na jałowej glebie Attyki, wyłania się przede mną miniony, obecny i przyszły świat Grecji. Widzę znów łagodne niskie wzgórza, w których ukryto znakomitych zmarłych; widzę fioletowe światło, w którym sztywne krzaki, poszarpane skały, olbrzymie głazy w korytach wyschłych rzek połyskują jak mika; widzę maleńkie wysepki unoszące się na tafli morza, obramowane oślepiająco białymi brzegami; widzę orły zlatujące z zawrotnych turni niedostępnych szczytów górskich, ich ciemne cienie powoli plamią jaskrawy dywan na ziemi; widzę postaci samotnych ludzi, pędzących stada przez nagie grzbiety pagórków i runo owiec, złote i puszyste jak w dniach legend; widzę kobiety przy źródłach w gajach oliwnych, ich ubranie, ruchy i mowa są identyczne jak w czasach biblijnych; widzę wspaniałą patriarchalną postać kapłana, idealne zespolenie mężczyzny i kobiety, o twarzy pogodnej, otwartej pełnej spokoju i godności; widzę geometryczny układ pól, dokonany przez samą glebą w ogłuszającej ciszy. Ziemia grecka otwiera się przede mną jak Księga Objawienia. Nie miałem pojęcia, że ziemia może być tak bogata; chodziłem z zawiązanymi oczami, krokiem niepewnym i wahającym się; byłem pyszny i arogancki, zadowolony, że mogę prowadzić fałszywe, ograniczone życie człowieka miejskiego. Światło Grecji otworzyło mi oczy, przeniknęło w moje pory, nadało większe wymiary całej mojej istocie. Świat stał się moim domem, bowiem pojąłem sedno i prawdziwe znaczenie rewolucji. Może i Grecja zostanie wciągnięta do wojny, jak jesteśmy wciągani my, lecz ja niewzruszenie pozostanę obywatelem całego świata, zgodnie z tym, co czułem stojąc w milczeniu u grobu Agamemnona. Od tamtego dnia celem mego życia jest odzyskanie boskości przez człowieka. Pokój wszystkim ludziom i życie pełniejsze.

Inquietante, hiriente y poética película experimental de Jean Daniel Pollet con texto de Philippe Sollers. Subtitulada al español.

The Colossus of Maroussi

(…) But there is something colossal about any human figure when that individual becomes truly and thoroughly human. A more human individual than Katsimbalis I have never met. Walking with him through the streets of Amaroussion I had the feeling that I was walking the earth in a totally new way. The earth became more intimate, more alive, more promising. He spoke frequently of the past, it is true, not as something dead and forgotten however, but rather as something which we carry within us, something which fructifies the present and makes the future inviting. He spoke of little things and of great with equal reverence; he was never too busy to pause and dwell on the things which moved him; he had endless time on his hands, which in itself is the mark of a great soul. How can I ever forget that last impression he made upon me when we said farewell at the bus station in the heart of Athens? There are men who are so full, so rich, who give themselves so completely that each time you take leave of them you feel that it is absolutely of no consequence whether the parting is for a day or forever. They come to you brimming over and they fill you to overflowing. They ask nothing of you except that you participate in their superabundant joy of living. They never inquire which side of the fence you are on because the world they inhabit has no fences. They make themselves in-vulnerable by habitually exposing themselves to every danger. They grow more heroic in the measure that they reveal their weaknesses. (…)

There was another interesting aspect of his remarkable gift, one which again bears analogy to the musician’s talent. During the time I knew him Katsimbalis’ life was relatively quiet and unadventurous. But the most trivial incident, if it happened to Katsimbalis, had a way of blossoming into a great event. It might be nothing more than that he had picked a flower by the roadside on his way home. But when he had done with the story that flower, humble though it might be, would become the most wonderful flower that ever a man had picked. That flower would remain in the memory of the listener as the flower which Katsimbalis had picked; it would become unique, not because there was anything in the least extraordinary about it, but because Katsimbalis had immortalized it by noticing it, because he had put into that flower all that he thought and felt about flowers, which is like saying—a universe.

I choose this image at random but how appropriate and accurate it is! When I think of Katsimbalis bending over to pick a flower from the bare soil of Attica the whole Greek world, past, present and future, rises before me. I see again the soft, low mounds in which the illustrious dead were hidden away; I see the violet light in which the stiff scrub, the worn rocks, the huge boulders of the dry river beds gleam like mica; I see the miniature islands floating above the surface of the sea, ringed with dazzling white bands I see the eagles swooping out from the dizzy crags of inaccessible mountaintops, their somber shadows slowly staining the bright carpet of earth below; I see the figures of solitary men trailing their flocks over the naked spine of the hills and the fleece of their beasts all golden fuzz as in the days of legend; I see the women gathered at the wells amidst the olive groves, their dress, their manners, their talk no different now than in Biblical times; I see the grand patriarchal figure of the priest, the perfect blend of male and female, his countenance serene, frank, full of peace and dignity; I see the geometrical pattern of nature expounded by the earth itself in a silence which is deafening. The Greek earth opens before me like the Book of Revelation. I never knew that the earth contains so much; I had walked blindfolded, with faltering, hesitant steps; I was proud and arrogant, content to live the false, restricted life of the city man. The light of Greece opened my eyes, penetrated my pores, expanded my whole being. I came home to the world, having found the true center and the real meaning of revolution. No warring conflicts between the nations of the earth can disturb this equilibrium. Greece herself may become embroiled, as we ourselves are now becoming embroiled, but I refuse categorically to become anything less than the citizen of the world which I silently declared myself to be when I stood in Agamemnon’s tomb. From that day forth my life was dedicated to the recovery of the divinity of man. Peace to all men, I say, and life more abundant