Antonio Gamoneda

1931 – , España (León)

Escribe Clara Janés:
«Arroja Gamoneda los dados definitivos de su ciencia en este poema, y los números son palabras inapelables. Con el primero nos sitúa en la sabiduría más hispana, arrastra ante nuestros ojos la frase de Séneca: «la misericordia no considera la causa, sino el infortunio; la clemencia va unida a la razón». Rotundo concepto que enlaza con el siguiente dado, que cae sobre la palabra «serenidad». Ésta participa de la razón y le permite abarcar el dolor. Después, un «pero» hace saltar el número: «lucidez», bajo su aspecto socavante –para Cioran es precisamente la lucidez lo que desfonda al espíritu–, siendo, con todo, aquello a lo que no podemos renunciar.
Establecidas estas premisas, siguen los dados con el enigma y la paradoja de la muerte, la separación definitiva, pero ésta se ha anticipado ya. La vida es deseo que mueve hacia el otro –al que nunca llega– y la conciencia son ojos medidores de esa distancia. De ahí que el dado oscile ahora un momento ante la «sombra» y se detenga en la «luz».
Y queda la última tirada: tres palabras redondas: «ebriedad», «vértigo» y «olvido». «Sólo se embriaga el que está desesperado», dijo María Zambrano refiriéndose al poeta. La ebriedad de Gamoneda procede de la luz, que permite abarcar, a ser posible, la totalidad. De ahí el vértigo y también el olvido. Se trata de conocer. Y ya en Descripción de la mentira, se preguntaba: «Después del conocimiento y el olvido, ¿qué pasión me concierne?». El vértigo, dice en ese mismo libro, es «la exactitud», y en otro, Sublevación inmóvil, que es la perfección de la belleza, pero acaso es también ese ir «de lo visible a lo invisible» de Arden las pérdidas, ese error que es la vida. En Lápidas escribió: «No hay memoria ni olvido y el error es la única existencia». Pero sí, hay olvido, al fin, y es «la única sabiduría». Y quizá el vértigo consista en no alcanzar todo el necesario. (…)»

Viene El olvido

La luz hierve debajo de mis párpados.
De un ruiseñor absorto en la ceniza, de sus negras entrañas musicales,
surge una tempestad. Desciende el llanto a las antiguas celdas,
advierto látigos vivientes
y la mirada inmóvil de las bestias, su aguja fría en mi corazón.
Todo es presagio. La luz es médula de sombra: van a morir los insectos
en las bujías del amanecer. Así
arden en mí los significados.

He tirado al abismo el hueso de la misericordia; no es necesario
cuando el dolor es parte de la serenidad, pero la lucidez trabaja
en mí como un alcohol enloquecido.
Sé que las uñas crecen en la muerte. No
baja nadie al corazón. Nos despojamos de nosotros mismos al expulsar
la falsedad, nos desollamos y
no viene nadie. No
hay sombras ni agonía. Bien:
no haya más que luz. Así es
la última ebriedad: partes iguales
de vértigo y olvido.

Palomas. Atraviesan la inexistencia.
Hay huellas de pastor frente al abismo. Cóncavas.
Todo se explica en la imposibilidad.
 
Hay úlceras en la pureza, vamos
de lo visible a lo invisible.
 
En este error descansa nuestro corazón.
                                                                                             
 
He atravesado las creencias. Durante mucho tiempo
nevó sin esperanza.
Había madres que enloquecían al amanecer: oigo sus gritos amarillos.
                                                                                             
 
Aún nieva. Creo en la desaparición.
Creo en la ira.

de Arden las pérdidas

Fotogramas de La jetée de Chris Marker; fotografías de Robert Doisneau y Josef Sudek


Poetka i filozofka, Clara Janés, pisze :»Gamoneda rzuca ostatecznymi kośćmi swej wiedzy w tym wierszu, a liczby są słowami nie do podważenia. Za pomocą pierwszej z nich sytuuje nas wobec najstarszych źródeł hiszpańskiej mądrości, gdy przesuwa przed naszymi oczami zdanie Seneki: «miłosierdzie nie zważa na przyczynę, ale na nieszczęście; litość idzie w parze z rozumem». Jest to znacząca koncepcja, która łączy się z następnym rzutem kością, która wypada na słowo «spokój». Bierze się on z rozsądku i pozwala pojąć ból. Następnie «lecz» przeskakuje na liczbę: «jasność umysłu», w znaczeniu korodującym – dla Ciorana to właśnie jasność umysłu powoduje korozję ducha – jest jednak tym, czego nie możemy się wyrzec.
Po ustaleniu tych przesłanek, kości podążają za zagadką i paradoksem śmierci, ostatecznym rozdzieleniem, lecz ona została już zapowiedziana. Życie jest pragnieniem, które dąży do drugiego człowieka – do którego nigdy nie dociera – a świadomość jest oczami, które mierzą tę odległość. Dlatego kość oscyluje teraz przez chwilę przed słowem » cień » i zatrzymuje się na » świetle «.
Pozostaje ostatni rzut: trzy okrągłe słowa: «upojenie», «zawrót głowy» i «zapomnienie». «Tylko desperat się upija», powiedziała María Zambrano odnosząc się do poety. Upojenie Gamonedy pochodzi od światła, które pozwala nam objąć, jeśli to możliwe, całość. Stąd zawrót głowy i zapomnienie. Chodzi o poznanie. Już w «Opisie kłamstwa» zadał sobie pytanie: «Po wiedzy i zapomnieniu, jaka pasja mnie dotyka? Vertigo, jak mówi w tej samej książce, jest » dokładnością «, a w innej „Nieruchomy bunt”, jest nim doskonałość piękna, ale być może również przejście «od widzialnego do niewidzialnego” ze «Tlą się straty”, jest tym błędem, którym jest życiem. W „Płytach nagrobnych” pisał: «Nie ma ani pamięci, ani zapomnienia, a błąd jest jedynym istnieniem». Ale tak, w końcu istnieje zapomnienie i właśnie ono jest «jedyną mądrością». I być może vertigo bierze się z niemożności osiągnięcia wszystkiego, co konieczne (…)».

Tłum. Ada Trzeciakowska

Nadchodzi zapomnienie

Światło wrze pod powiekami.
Ze słowika pogrzebanego w popiołach, z jego czarnych muzykalnych trzewi,
rodzi się burza. Płacz spływa do pradawnych cel,
dostrzegam żyjące bicze
i nieruchomy wzrok zwierząt, ich zimna szpila w sercu.
Wszystko źle wieszczy. Światło to szpik cienia: owady zginą
w świecach brzasku. Tak samo
tlą się we mnie znaczenia.

Rzuciłem w przepaść kość miłosierdzia; nie potrzeba jej,
gdy ból jest częścią spokoju, lecz jasny umysł pracuje
we mnie jak oszalały alkohol.
Wiem, że w stanie śmierci rosną paznokcie. Nikt
nie zstępuje do serca. Wyzbywamy się siebie, wydalając
fałsz, obdzieramy się ze skóry i
nie nadchodzi nikt. Ani
cienie ani agonia. Dobrze:
niechaj będzie tylko światło. To
ostatnie pijaństwo: pół na pół
vertigo i zapomnienia.


Gołębie. Przecinają niebyt.
Przy przepaści ślady pasterza. Wklęsłe.
Wszystko można wyjaśnić w niemożności.
 
Nieskazitelność pokrywają wrzody, przejdźmy
od widzialnego do niewidzialnego.
 
W tym błędzie spoczywa nasze serce.
                                                                                             
Przebrnąłem przez wierzenia. Przez długi czas
prószył śnieg nie niosąc nadziei.
Niektóre matki o świcie popadały w obłęd: słyszę ich żółte wrzaski.
                                                                                             
 
Śnieg wciąż sypie. Wierzę w znikanie.
Wierzę w gniew.

Z Tlą się straty

Ryszard Krynicki

1943 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

***

auroras, albas, signos secretos,
un viaje como lectura de un libro en lengua extranjera
sobre lugares conocidos
en una página sin número del mundo despierto en un sueño sin sueños
leo este viaje desde el final en un idioma desconocido

de Acta de nacimiento (1969)

Video propio

***

zorze, świty, tajemne znaki,
podróż jak czytanie obcojęzycznej książki
o znanych miejscach,
na nieliczbowanej stronie świata zbudzony w bezsennym śnie
Czytam tę podróż od końca w nieznanym języku

z Akt urodzenia (1969)

Tomas Venclova

1937, Lituania

Recientemente galardonado con el Premio Literario «Zbigniew Herbert» 2023

Comentario

Lo primero, aunque cueste, es venerar la lengua;
humillada en los renglones de la prensa, en falsas necrológicas,
en sombrías alcobas asfixiantes, en delaciones, en el griterío del mercado,
en las trincheras, en esquinas malolientes, en infames teatruchos,
en interrogatorios y en paredes de urinarios.

En edificios grises donde alambradas de acero custodiaban
un sinfín de escaleras, donde ya no es el hombre, sino el tiempo,
quien determina cuándo debe llegar el momento de la muerte;

deshilachada, ronca y torpe por el bullicio
y la rabia. Venerar, pues, la lengua,
exiliada en la tierra con nosotros, de manera
que incluso en ella encuentra su reflejo,

el verbo originario, engendrado en otros universos.
Nos fue dado para distinguirnos de la arcilla,
la palma y el tordo, y tal vez, por qué no, de los ángeles,
para entender mejor las cosas al nombrarlas.

Aquellos que esperan recuperar el espacio perdido
purificando la lengua han de tener muy en cuenta
que el fracaso les acecha en cada esquina. Porque sabido es
que las puertas se van alejando cuanto más te aproximas a ellas;

el don compensa la pérdida; lo construido
pronto será un montón de ruinas. Y jamás llegarás a un paraíso extranjero
—porque muchos son los paraísos. Quien un día lo alcanza
borra sus propias huellas y no tarda en extraviar la llave.

Dicen que no eres más que un instrumento. Te dicta
una fuerza que, si pudieras ver, te dejaría ciego.
No es así, exactamente. Subes en sueños la escalera de Jacob,
a tientas, gastando fuerzas que no tienes, sin red que te proteja,

esperando que alguien te acoja —o no— allá en lo alto. Tal vez
se ponga de tu lado, y él mismo ordene las palabras,
cambie una vocal, precise la sintaxis, el calificativo.
Pocas veces ocurre, pero puede ocurrir,

y entonces sientes que aquello que has creado está bien,
porque las letras fluyen por el folio como el légamo en el río,
y de pronto aparece el matorral, la ribera y la ciudad tras ella.
Y es mejor que no sepas quién lo leerá (si es que al final es leído).

Fotogramas de Sunflower de Tamino

Komentarz

Przede wszystkim, chociaż to takie trudne, kochać język,
poniżany na szpaltach gazet, w kłamliwych nekrologach,
w ciemności dusznych sypialni, w wystukiwanych na maszynie donosach,
w krzyku targowisk, w okopach, w woni szpitalnych sal, w trzeciorzędnych teatrach,
w pokojach przesłuchań, na ścianach ubikacji.

W szarych budynkach, gdzie dno klatki schodowej ochrania
stalowa siatka – tak, aby nie człowiek, ale stulecie
w wybranej przez siebie chwili mogło wydać pozwolenie na śmierć –

język bliski rozpadu, schrypły, zanieczyszczony wrzaskiem
i wściekłością. Właśnie tak: kochać język,
zesłany na ziemię wraz z nami, ponieważ
nawet w tym zesłaniu odbija się w nim blask

prasłowa, narodzonego jak gdyby w innym wszechświecie.
Było nam ono dane, abyśmy czymś się różnili
od gliny, palmy i drozda, może nawet i od aniołów,
i dając przedmiotom nazwy, pojmowali jasno, czym są.

Ci, którzy pragnąc wrócić w utraconą przestrzeń,
usiłują oczyszczać język, powinni zrozumieć,
że prawie na pewno przegrają. Drzwi bowiem, jak wiadomo,
oddalają się od nas szybciej niż my się do nich zbliżamy;

dar równa się utracie; to, co zbudowane
już wkrótce legnie w gruzach. Nie należy także
wkraczać w raj cudzy (gdyż rajów jest wiele). Kto do takiego dotarł,
zaciera swoje ślady i wyrzuca klucz.

Mówią, żeś tylko narzędziem. Że słowa dyktuje ci moc,
której w twarz nie ośmielisz się spojrzeć: wiesz, że natychmiast byś oślepł.
To nie całkiem tak. Będziesz się wspinać po Jakubowej drabinie
w snach, po omacku, wytężając siły, których ci brak, bez siatki

ratunkowej, aż wreszcie w górze ktoś cię spotka (a może nie spotka).
Czasami weźmie cię na bok, poprawi szyk paru zdań,
Zamieni głoskę, uściśli składnię, stopień przymiotnika.
Coś takiego zdarza się bardzo rzadko, lecz jednak się zdarza,

i wtedy czujesz: to, co stworzyłeś, jest dobre,
litery po stronicy płyną bowiem jak kry po rzece
i przez mgłę prześwitują zarośla, nadbrzeże, miasto.
A kto to przeczyta, czy ktokolwiek przeczyta – nie trzeba ci nawet wiedzieć.

Adam Górski

1976 – , Polonia (Cracovia)

Trad. Ada Trzeciakowska

IX

Todas las palabras que dan la talla
Al vestido que una ráfaga despega del cuerpo
Mueren felizmente.
Este retazo de lino marca
edificios que se sumergen en el olvido acuoso
(donde un viejo echa un gran barco de madera)
Tanto más que, junto al monasterio, alguien toca mal
 el violín
 Y dentro, en los micrófonos se oyen ásperos coros –
– alternativamente.
En la luz en la cual se refleja y se descama
Todo lo que no soy
Precipitándose al agua en saltos desiguales,
pierde la memoria el edificio de la escuela,
Perturbados pasillos, interrogantes y austeras puertas –
– una a una
El miedo se encierra y descolora en acuarios sombríos,
detrás de ellos el viejo profesor mueve los labios.

Collage propio

IX

Wszystkie wyrazy, które dają miarę
Odstającej w podmuchu od ciała sukience
Szczęśliwie giną.
Ten kawałek płótna znaczy
Kilka budynków schodzących w wodny niebyt
(gdzie stary mężczyzna puszcza duży drewniany statek)
Tym bardziej, że obok klasztoru ktoś źle gra na
 skrzypcach
 A w środku, w mikrofonach słychać chropowate chóry –
– na przemian.
W świetle, w którym odbija się i łuszczy
Wszystko, czym nie jestem,
wstępującym do wody w nierównych skokach,
Traci pamięć budynek szkoły,
Głuchnące korytarze, pytające i surowe drzwi –
– jedne po drugich
Strach zamyka się i blaknie w ciemnych akwariach,
Za którymi porusza wargami stary nauczyciel.

Z tomiku Stygnące litery (2014)

Adam Górski

1976 – , Polonia (Cracovia)

Trad. Ada Trzeciakowska

Escucha

Escucha esta frase
por primera vez siento
cómo late el corazón ajeno,
y se abren los nombres que nos han dado
(como el árbol el viento)
y a millones de kilómetros de aquí está el aire
que respiro.
Deja, pues, que florezca la flor
que se aferra con tanta fuerza a la tierra,
y luces multiplicadas,
vidrios del pasillo
voces infantiles en esfera del metro carteles
espejos sucios
deja que se desprendan
de tu mano.
En el fondo de los ojos apretados
en el patio del hospital,
junto al árbol del conocimiento
duerme un punto
de arena amarilla
(palabra congelada
sin canto de hierba
en tu pelo).
Escucha esta frase
por primera vez siento
cómo late el corazón ajeno.

De Anotaciones a miradas apartadas (2022)

Fotogramas de Una vida oculta (2019) de Terrence Malick

Posłuchaj

Posłuchaj tego zdania
pierwszy raz czuję
jak bije czyjeś serce,
i otwierają się nadane nam imiona
(takie jak drzewo wiatr),
a miliony kilometrów stąd jest powietrze
którym oddycham.
Niech więc kwitnie kwiat,
który przywiera tak silnie do ziemi,
a pomnożone światła,
szkła w korytarzu
głosy dzieci w kuli metra plakaty
brudne lustra
niech odrywają się
od twojej ręki.
Na dnie ściśniętych oczu,
na dziedzińcu szpitala,
obok drzewa wiadomości
śpi kropka
żółtego piasku
(zamarznięte słowo
bez śpiewu traw
w twoich włosach).
Posłuchaj tego zdania
pierwszy raz czuję
jak bije czyjeś serce.

Z tomiku Notatki do odwróconych spojrzeń (2022)

Antonio Gamoneda

1931 – , España (León)

nota a «Último poema de junio»*

Para saludar lo invisible hay que cerrar los ojos. En ti vive un animal de luz. No tiene nombre. Nada bajo tu piel y, a veces, baja a la pena arterial. Blanca, sé cauta: lo invisible está dentro de la luz, pero algo más arde dentro de lo invisible. Arde lo que no existe. Todo se perfecciona en la desaparición. De igual manera vive en tu corazón quien no ha nacido y, sin embargo, puede morir: la bestia que se repliega en el olvido y está despierta en ti cuando tú duermes. Contradicción, contradicción: metales entre tu pensamiento y tu deseo. Entramos indecisos en un bosque de espinas y yo siento rumor de uñas en la eternidad.

*»Último poema de junio» de Blanca Varela. Texto forma parte del epílogo a Donde todo termina abre las alas. Poesía reunida (1949-2000) de Blanca Varela

Fotograma de Godland de Hlynur Pálmason 

Tłum. Ada Trzeciakowska

Nota do «Ostatni wiersz czerwca»*

Aby poznać to, co niewidzialne, trzeba zamknąć oczy. W tobie żyje zwierzę ze światła. Nie ma ono imienia. Dryfuje pod twoją skórą i czasami spływa do głównej żyły żalu. Blanko, bądź ostrożna: niewidzialne kryje się wewnątrz światła, ale coś jeszcze płonie wewnątrz niewidzialnego. Płonie to, co nie istnieje. Wszystko doskonali się w znikaniu. W ten sam sposób żyje w twoim sercu ten, który się nie narodził, i mimo to, może umrzeć: bestia, która usuwa się w zapomnienie i czuwa w tobie, gdy śpisz. Sprzeczność, sprzeczność: metale między myślami a pragnieniami. Wchodzimy niepewni w ciernisty las, a ja czuję chrobot paznokci w wieczności.

*Ostatni wiersz czerwca» autorstwa Blanki Vareli. Tekst został zamieszczony w epilogu Gdzie wszystko się kończy, rozłóż skrzydła. Poezje zebrane (1949-2000) Blanki Vareli.

Ángel Bonomini

1929-1994, Argentina

Oficio y finalidad

Repetir una y otra vez
aquello de que se carece
a fin de que a fuerza de insistirlo
quede creado:
dibujar en el aire
hasta que el sonido del rasgo
se convierta en silencio.
Y así, cada piedra contenga su rostro:
y cada instante de sordera contenga su voz;
y cada partícula de obscuridad
revele el sol de su presencia,
y cada gota de muerte
devenga semilla.
Se trata de buscar la palabra
para callarla.

Fotogramas de Hand Held Day de Gary Beydler. «La imagen interna que está en el espejo funciona como contrapunto del poderoso ilusionismo del cine, recordándonos sobre todo que nos están mostrando un lugar en el que no podemos entrar del todo. Este espacio interno es cronológicamente sincrónico respecto a ese marco mayor, pero espacialmente está colocado en otro espacio» (PUNTO DE VISTA 2018 (1): CORRESPONDENCIAS, PELÍCULAS COMO CARTAS. GARY BEYDLER por Benjamin Lord)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Fach i zadanie

Powtarzać raz por raz
to, czego nam brak
by, siłą nalegań
zostało stworzone:
rysować w powietrzu
kreski i linie aż
przemienią się w ciszę.
I tak, każdy kamień zawrze swą twarz:
a każda chwila głuchoty zawrze swój głos;
a każda cząstka ciemności
objawi słońce swej obecności,
i każda kropla śmierci
stanie się zalążkiem.
To kwestia szukania słowa
po to, by zbyć je milczeniem.

Paul Celan/ H-G. Gadamer 

1920-1970, Rumanía/Alemania; 1900 – 2002, Alemania

para Adam Górski con gratitud

Trad. Adan Kovacsics / José Luis Reina Palazón

Cristal de aliento

1

PUEDES tranquilamente
agasajarme con nieve:
las veces que atravesé el verano
hombro con hombro con la morera blanca,
gritó su última
hoja.

1

PUEDES confiadamente
agasajarme con nieve:
siempre que hombro con hombro
anduve con el moral a través del verano
gritó su más joven
hoja.

Trad. Adan Kovacsics

¿Quién soy yo y quién eres tú?*

En consecuencia, volvemos a preguntar: ¿qué significa nieve en este caso? ¿Hay aquí una referencia a la experiencia de la poesía? ¿Será quizá incluso la propia palabra del poema que se afirma aquí en tanto que otorga, mediante su discreción, una quietud invernal, ofrecida como dádiva? ¿O se refiere a todos nosotros y es entonces ese mutismo que se produce tras demasiadas palabras, que todos conocemos y que a todos puede parecernos un verdadero alivio? No podemos contestar a la pregunta. La distinción entre yo y tú, entre el yo del poeta y todos nosotros, a quienes llega su poema, no se consigue. El poema dice tanto al poeta como a todos nosotros que la quietud es bienvenida. Es el mismo silencio que se oye en el cambio de aliento, en ese suavísimo reinicio en el momento de tomar aliento. Pues esto es sobre todo el “cambio de aliento”: la experiencia sensible del instante silencioso e inmóvil que transcurre entre la aspiración y la espiración. No quiero negar que Celan no sólo relaciona este momento en que cambia la respiración, el instante en que el aliento se invierte, con una autocontención inmóvil, sino que hace sonar también el matiz de la leve esperanza ligada a toda transformación. En El meridiano dice, por ejemplo: “La poesía: puede significar un cambio de aliento.” Sin embargo, difícilmente podemos atenuar por eso el significado del aliento “suave”, dominante en todo este ciclo. El presente poema es un verdadero proemio que, como en una composición musical, marca con la primera nota el tono del conjunto. En efecto, los poemas de esta serie son suaves y casi imperceptibles como el cambio de aliento. Dan testimonio de una última angustia vital y al mismo tiempo representan también una y otra vez su solución o mejor dicho: no su solución, sino su elevación a una forma sólida en el lenguaje. Se los oye como se oye la profunda quietud invernal que todo lo envuelve. Algo suavísimo cristaliza, algo pequeñísimo, ligerísimo y al mismo tiempo absolutamente preciso: la palabra verdadera.

*Comentario a Cristal de aliento de Paul Celan de Hans-Georg Gadamer

Fotografías de Wiktor Wołkow de Podlaquia

Tłum. Ryszard Mierzejewski

Kryształ oddechu

1

MOŻESZ mnie bez obaw
ugościć śniegiem:
ilekroć ramię w ramię
z drzewem morwy szedłem przez lato,
krzyczał jego najmłodszy
liść. 

Tłum. Małgorzata Łukasiewicz

Kim jestem ja i kim jesteś Ty?*

Spytajmy więc ponownie, co oznacza tu „śnieg”. Czy to aluzja do doświadczenia twórczości poetyckiej? Czy słowo samego wiersza, wypowiedź, która swą dyskrecją stwarza zimową ciszę, ofiarowywaną jak dar? Czy też odnosi się do nas wszystkich i wówczas jest umilknięciem po zbyt wielu słowach, takim umilknięciem, które wszyscy znamy i które może się wy dawać prawdziwymi dobrodziejstwem. Niepodobna na to pytanie odpowiedzieć. Nie udaje się tu przeprowadzić rozróżnienia między ja i Ty, między Ja poety i nami wszystkimi, do których wiersz dociera. Poecie, tak jak nam wszystkim, wiersz mówi. ze cisza jestczymś upragnionym. To ta sama cisza, którą słychać w chwili zaczerpnięcia tchu, kiedy tchnienie zaledwie w nas wzbiera Tym bowiem przede wszystkim jest Atemwende — zmysłowym doświadczeniem bezgłośnej, znieruchomiałej chwili między wdechem a wydechem. Otóż bezsprzecznie Celan ten moment przełamywania się oddechu, chwilę, gdy oddech nawraca, nie tylko łączy z nieruchomym trwaniem w sobie, ale pozwala, by zabrzmiała w niej cicha nadzieja związana z każdym zwrotem. Wszak w Południku Celan mówi: „Poezja: to może oznaczać zwrot w oddychaniu”. Ale wzgląd na to nie powinien osłaniać dominującego w całym cyklu znaczenia „lekkiego’ oddechu”. Ten wiersz jest prawdziwym prooemium, które niby w kompozycji muzycznej pierwszym tonem nadaje tonację całości. Wiersze z tego cyklu istotnie są tak lekkie i niemal niepostrzegalne jak zwrot w oddychaniu. Dają świadectwo skrajnej trwogi życia i zarazem wciąż na nowo ją rozpraszają — albo raczej me rozpraszają, lecz nadają jej trwały kształt językowy. Słyszy się je tak jak słychać otulającą wszystko głęboka ciszę zimowa To. co najcichsze, obraca się w kryształ to. co najmniejsze, najlżejsze i zarazem najbardziej precyzyjne: prawdziwe słowo.

* Z Czy poeci umilkną? Hansa-Georga Gadamera

Atemwende

1

DU DARFST mich getrost
mit Schnee bewirten:
sooft ich Schulter an Schulter
mit dem Maulbeerbaum schritt durch den Sommer,
schrie sein jüngstes
Blatt.

Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

Recuerdo de la belleza humana

No la rosa, que existe en el olor,
ni el verso que ha entregado, en su milagro,
una invisible luz, y se hace el mundo,
ni el mar, que es un sólido espacio.

Dime si te destruye mi mirada,
tan suave como el aire,
posada como el tiempo.
¿Qué añade tu belleza a la belleza?
Si tú no hubieras sido, nada sería tú,
como el posible Dios es solo uno,
y mi mirada (el tiempo) te destruye.
Tu belleza es aún más:
puede darse a quien mira,
y hacerse humilde, y torpe, porque existo.
No se puede expresar desde esta vida,
pues no hay comparación, nada
que signifique lo que es.
Si acaso confesarte mi deseo
de ser yo tú,
y así ofrecerte al fin lo que mereces
cuando acercas tus manos a las mías:
saber que me mirabas con mis ojos.

Fotograma de Hiroshima Mon Amour de Alain Resnais

Tłum. Ada Trzeciakowska

wspomnienie ludzkiego piękna

Nie róża, która istnieje w zapachu,
ani wiersz, który przyniósł, jak cud,
niewidzialne światło, i staje się światem,
ani morze, które jest litą przestrzenią.

Powiedz mi, czy moje spojrzenie cię niszczy,
tak łagodne jak powietrze,
opadające jak czas.
Co dodaje twoje piękno do piękna?
Gdybyś nie istniała, nic nie byłoby tobą,
gdyż Bóg możliwy jest tylko jeden,
a moje spojrzenie (czas) cię niszczy.
Twoje piękno jest czymś więcej:
oddaje się temu, kto patrzy,
i staje się pokorne, i nieporadne, bo ja istnieję.
Nie można go wyrazić w tym życiu,
bo nie ma porównania, nic
co mogłoby oznaczać to, czym jest.
Jeśli już, to wyznałbym moje pragnienie:
chciałbym być tobą
i ofiarować ci wreszcie to, co tobie należne
gdy przysuwasz swoje ręce do moich:
świadomość, że patrzyłaś na mnie moimi oczami.

Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

EL PORQUÉ DE LAS PALABRAS

A Fernando Delgado

No tuve amor a las palabras;
si las usé con desnudez, si sufrí en esa busca,
fue por necesidad de no perder la vida,
y envejecer con algo de memoria
y alguna claridad.

Así uní las palabras para quemar la noche,
hacer un falso día hermoso,
y pude conocer que era la soledad el centro de este mundo.
Y solo atesoré miseria,
suspendido el placer para experimentar una desdicha nueva,
besé en todos los labios posada la ceniza,
y así pude aceptar la cobardía porque era fiel y era digna del hombre.

Hay en mi tosca taza un divino licor
que apuro y que renuevo;
desasosiega, y es
                            remordimiento;
tengo por concubina a la virtud.
No tuve amor a las palabras,
¿cómo tener amor a vagos signos
cuyo desvelamiento era tan solo
despertar la piedad del hombre para consigo mismo?
En el aprendizaje del oficio se logran resultados:
llegué a saber que era idéntico el peso del acto que resulta de lenta reflexión y el gratuito,
y es fácil desprenderse de la vida, o no estimarla,
pues es en la desdicha tan valiosa como en la misma dicha.

Debí amar las palabras;
por ellas comparé, con cualquier dimensión del mundo externo:
el mar, el firmamento,
un goce o un dolor que al instante morían;
y en ellas alcancé la raíz tenebrosa de la vida.
Cree el hombre que nada es superior al hombre mismo:
ni la mayor miseria, ni la mayor grandeza de los mundos,
pues todo lo contiene su deseo.

Las palabras separan de las cosas
la luz que cae en ellas y la cáscara extinta,
y recogen los velos de la sombra
en la noche y los huecos;
mas no supieron separar la lágrima y la risa,
pues eran una sola verdad,
y valieron igual sonrisa, indiferencia.
Todo son gestos, muertes, son residuos.

Mirad el sigiloso ladrón de las palabras,
repta en la noche fosca,
abre su boca seca, y está mudo.

Jerry Uelsmann (1934-2022, Estados Unidos)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Dlatego Słowa

Dla Fernando Delgado

Nie żywiłem miłości do słów;
jeśli używałem ich otwarcie, jeśli cierpiałem w tym poszukiwaniu,
to tylko po to, by nie stracić życia,
i zestarzeć się z okruchem pamięci
i odrobiną jasności.

Tak złączyłem słowa, by noc spłonęła
a dzień nastał piękny i fałszywy
i tak dowiedziałem się, że to samotność była ośrodkiem świata.
A ja zaś gromadziłem tylko nędzę,
zawiesiwszy przyjemność, by doświadczyć nowego nieszczęścia,
scałowaływałem ze wszystkich warg osiadły popiół,
i tak oto uznałem bojaźń, bo była wierna i godna człowieka.

Chropowaty kubek kryje boski trunek,
wychylam go i napełniam ponownie;
budzi niepokój i jest
                                       wyrzutem sumienia;
za konkubinę mam cnotę.
Nie żywiłem miłości do słów,
jak kochać mgliste znaki
których odsłanianie było jedynie
budzeniem litości nad samym sobą?
Terminując w zawodzie osiąga się rezultaty:
zrozumiałem, że taka sama jest waga czynu wynikającego z powolnej
refleksji i tego próżnego,
i łatwo żyć w oderwaniu od życia, albo go nie szanować,
bo w nieszczęściu jest ono równie cenne jak w czasie szczęśliwym.

Powinienem był kochać słowa;
przez nie porównywałem, z dowolnym wymiarem świata zewnętrznego:
morze, niebieski firmament,
rozkosz lub ból, które momentalnie obumierały;
i dzięki nim dosięgnąłem tenebrowego korzenia życia.
Człowiekowi wydaje się, że nic nie przewyższa samego człowieka:
ani największa nędza, ani największa świetność światów,
bowiem wszystko to zawiera się w jego pragnieniu.

Słowa oddzielają od rzeczy
światło, które na nie pada, i wygasłą skorupę,
i zbierają zasłony cienia
w nocy i rozpadlinach;
lecz nie zdołały oddzielić łez od śmiechu,
jedną prawdą będąc,
zasługując na ten sam uśmiech, zobojętnienie.
Wszystko to puste gesty, śmierci, marne resztki.

Spójrzcie, jak skrada się złodziej słów,
jak pełza w mroku nocy,
otwiera swe suche usta, jest niemy.

Paul Celan

1920-1970, Rumanía/Alemania

Trad. José Luis Reina Palazón

Discurso con motivo de la concesión del Premio de Literatura de la ciudad de Bremen

Accesible, próxima y no perdida permaneció, en medio de todas las pérdidas, sólo una cosa: la lengua.
Sí, la lengua no se perdió a pesar de todo. Pero tuvo que pasar entonces a través de la propia falta de respuesta, a través de un terrible enmudecimiento, pasar a través de las múltiples tinieblas del discurso mortífero. Pasó a través y no tuvo palabras para lo que sucedió; pero pasó a través de lo sucedido. Pasó a través y pudo volver a la luz del día, «enriquecida» por todo ello.
En esa lengua he intentado yo escribir poemas en aquellos años y en los posteriores: para hablar, para orientarme, para averiguar dónde me encontraba y a dónde ir, para proyectarme una realidad.
Era, como ven, acontecimiento, movimiento, estar de camino, era el intento de encontrar una dirección. Y cuando pregunto por su sentido tengo que reconocer que en esta cuestión también tiene algo que decir la cuestión del sentido de las agujas del reloj.
Pues el poema no es intemporal. Por supuesto encierra una pretensión de infinitud, intenta pasar a través del tiempo: a través de él, no por encima de él.
Puesto que es una manifestación del lenguaje y por tanto esencialmente dialógico, el poema puede ser una botella de mensaje lanzada con la confianza -ciertamente no siempre muy esperanzadora- de que pueda ser arrojada a tierra en algún lugar y en algún momento, tal vez a la tierra del corazón. De igual forma, los poemas están de camino: rumbo hacia algo.
¿Hacia qué? Hacia algo abierto, ocupable, tal vez hacia un tú asequible, hacia una realidad asequible a la palabra.
Tales realidades son las que tienen relevancia para el poema.
Y creo que reflexiones como ésta no sólo acompañan mis propios esfuerzos, sino también los de otros poetas de las nuevas generaciones. Son los esfuerzos de aquel a quien sobrevuelan estrellas, obra del hombre, y que: sin amparo, en un sentido inimaginable hasta ahora, terriblemente al descubierto, va con su existencia al lenguaje, herido de realidad y buscando realidad.

Imágenes de películas de Stan Brakhage (A Child’s Garden and the Serious Sea y The Mammals of Victoria)

Tłum. Ada Trzeciakowska

przemowa w podziękowaniu za nagrodę literacką miasta bremen (1958)

Dostępna, bliska i nie utracona, pośród wszystkich strat przetrwała tylko jedna rzecz: język.
Tak, mimo wszystko język nie zaginął. Musiał przejść jednak przez własny brak odpowiedzi, przez straszliwą utratę głosu, przejść przez rozmaite ciemności i mrok śmiercionośnej mowy. Przeszedł i zabrakło mu słów by wyrazić, co się stało, lecz, mimo wszystko przeszedł. Przeszedł przez to i mógł powrócić do jasności dnia «bogatszy» o to co przeżył.
W tym języku próbowałem pisać wiersze w tamtych i następnych latach: aby mówić, aby rozeznać się, aby ustalić, gdzie jestem i dokąd mam zmierzać, aby nakreślić sobie rzeczywistość.
Było to, jak widać, działanie, ruch, bycie w drodze, była to próba znalezienia kierunku. A kiedy pytam o to jaki przybrała kurs, muszę przyznać, że kwestia kierunku ruchu wskazówek zegara również ma coś do powiedzenia w tej sprawie.
Wiersz nie pozostaje bowiem poza czasem. Oczywiście kryje w sobie dążenie do nieskończoności, próbuje przejść poprzez czas: przez niego, a nie ponad nim.
Ponieważ wiersz jest zjawiskiem językowym, a więc zasadniczo dialogowym, może stać się butelką z listem, rzuconą z ufnością – nie zawsze zresztą dającą nadzieję – że gdzieś i kiedyś zostanie wyrzucona na brzeg, być może docierając któregoś dnia do krainy serca. W ten sam sposób wiersze są w drodze: zmierzają ku czemuś.
Ku czemu? W stronę czegoś otwartego, możliwego do zajęcia, być może w stronę osiągalnego «ty», w stronę rzeczywistości osiągalnej dla słowa.
To właśnie takie wymiary rzeczywistości są istotne dla wiersza.
I sądzę, że refleksje tego rodzaju towarzyszą nie tylko moim własnym wysiłkom, ale także innym poetom nowych pokoleń. To wysiłek człowieka, nad którym krążą gwiazdy, dzieło tego, kto, pozbawiony schronienia, w sensie dotąd niewyobrażalnym, straszliwie obnażony, zmierza swoim istnieniem do języka, raniony rzeczywistością i jej poszukujący.

Transl. Pierre Joris

Bremen Prize acceptance speech (1958)

Only one thing remained reachable, close and secure amid all losses: language. Yes, language. In spite of everything, it remained secure against loss. But it had to go through its own lack of an swers, through terrifying silence, through the thousand darknesses of murderous speech. It went through. It gave me no words for what was happening, but went through it. Went through and could resurface, ‘enriched’ by it all.
In this language I tried, during those years and the years after, to write poems: in order to speak, to orient myself, to find out where I was, where I was going, to chart my reality.
It meant movement, you see, something happening, being on the way, an attempt to find a direction. Whenever I ask about the sense of it, I remind myself that this implies the question as to which sense is clockwise.
For the poem does not stand outside time. True, it claims the infinite and tries to reach across time-but across, not above.
A poem, being an instance of language, hence essentially dialogue, may be a letter in a bottle thrown out to sea with the-surely not always strong-hope that it may somehow wash up somewhere, perhaps on a shoreline of the heart. In this way, too, poems are on the way: they are headed toward.
Toward what? Toward something open, inhabitable, an approachable you, perhaps, an approachable reality.
Such realities are, I think, at stake in the poem. I also believe that this kind of thinking accompanies not only my own efforts, but those of other, younger poets. Efforts of those who, with man-made stars flying overhead, unsheltered even by the traditional tent of the sky, exposed in an unsuspected, terrifying way, carry their existence into language, racked by reality and in search of it.

Inger Christensen

1935-2009, Dinamarca

Trad. Francisco J. Uriz

ESO

EL ESCENARIO                                                         conexidades

… si l’Être est caché,  
cela même est un trait de l’Être  
M. MERLEAU-PONTY

1
Según se va describiendo el escenario  
se hace cada vez más evidente que  
no se describe sino que se oculta  
Por ejemplo, la palabra desierto es  
en sí misma un desmentido de sí misma  
(de sí misma un desmentido en sí misma)
Y cuando se dice que las palabras vuelan  
(como pájaros que llenan un espacio  
que desaparece interminablemente)  
seguro que es para ocultar el hecho
de que las palabras no forman una unidad  
con el mundo que describen.
Las palabras no tienen alas.
Y no tienen flores ni las tendrán  
pero cogen las eventuales flores  
y las colocan en un jardín
que a su vez ellas vuelven a colocar  
en una imagen de un jardín  
que a su vez vuelven a colocar  
en una imagen, etc.
Las palabras se quedan donde están
mientras el mundo desaparece
Esto es una crítica del idioma que usamos
Porque es una crítica de las circunstancias objetivas.  
 

Avec comme pour langage  
rien qu’un battement aux cieux  
STÉPHANE MALLARMÉ

2
Lo que se escribe es siempre otra cosa
Y lo que se describe es de nuevo otra cosa  
Entre ambos está lo indescrito
que tan pronto como es descrito  
abre nuevos territorios indescritos  
Es indescriptible
Aunque la oscuridad esté definida por luz  
y la luz por oscuridad  
siempre queda un resto fuera.
Y aunque este resto «sea definido”  
como jardines arrasados
detrás de las verjas de hierro que crecen
siempre queda la lógica
Pero aunque la lógica no esté definida
sino oculta bajo capas de jardines
pintada de jardín a jardín
queda siempre una inquietud
una desesperación
un pulso sin cuerpo
Esto es una crítica del cuerpo
porque es una crítica de la vida.
  
(…)  

vous êtes déjà mortes au monde
SADE

4
«Yo” no tengo ganas de más decorados  
«Yo” no tengo ganas de más anécdotas
                                    sobre montañas pintadas  
«Yo” no quiero ver surgir más universos
                                    dentro de los límites de lo sensato  
«Yo” no quiero oír más alarmas de incendios  
                                    cada vez que sale el sol  
 
«Yo” no quiero desaparecer  
«Yo” soy la que ha escrito lo anterior
                                    y la que escribe lo siguiente  
«Yo” no quiero hacer como si estuviese muerta  
Tengo miedo
Esto es una crítica de toda «poética”
porque es una crítica del miedo ante la impotencia fáctica

 les causes sont peut-être  
inutiles aux effets
SADE

5
He tratado de relatar un mundo que no existe  
para que existiese. El aire que está inmóvil en el aire  
sobre los campos de los alrededores de la ciudad a los que ya no voy.  
La alegría de una distancia a la que te has acostumbrado. El sosiego  
         de una
desazón a la que te has acostumbrado. Como durante fiebre alta  
el júbilo de que no significas nada.
 
He tratado de mantener el mundo a distancia. Ha sido fácil.
Estoy acostumbrada a mantener el mundo a distancia. Soy foras-
tera. Como mejor me encuentro es siendo forastera. De esa manera  
me olvido del mundo. De esa manera ya no lloro ni me encolerizo  
más. De esa manera el mundo se vuelve blanco e indiferente.
 
Y yo camino por cualquier parte. Y permanezco completamente inmóvil.
De esa manera me acostumbro a estar muerta.
 
Esto es una crítica del poder del hombre sobre el idioma  
porque es una crítica del poder del idioma sobre el hombre.  
 
(…)

… la pleine réalité : J’imagine  
le début d’un livre…
PHILIPPE SOLLERS 

8
La felicidad es el cambio que me ocurre  
cuando describo el mundo  
Le ocurre al mundo
La felicidad es el cambio que me ocurre  
cuando tengo miedo  
Le ocurre al mundo
Yo puedo, p. ej., tener miedo del mundo
miedo porque el mundo se compone entre otras cosas
de mí que perezco rápidamente
La felicidad es este cambio
la felicidad es que me ocurre a mí
esta desintegración lenta pena
esta seguridad
en ella estoy totalmente inquieto  
en ella estoy inconmensurablemente mudo  
en ella estoy sordo y ciego y tonto sin sentimientos  
En ella empiezo yo a desbarrar sobre el mundo

Tłum. Ada Trzeciakowska

to

SCENA                                                         spójności

… si l’Être est caché,  
cela même est un trait de l’Être  
M. MERLEAU-PONTY

1
W miarę opisywania sceny
staje się coraz bardziej jasnym, że  
nie opisuje się, lecz ukrywa   
Na przykład, słowo opustoszały
samo w sobie jest zaprzeczeniem samego siebie  
(samo z siebie jest zaprzeczeniem w samym sobie)
A kiedy mówi się, że słowa ulatują  
(jak ptaki, które wypełniają przestrzeń  
która znika bez końca)  
jest to z pewnością ukrywanie faktu
że słowa nie stanowią jedności  
ze światem, który opisują.
Słowa nie mają skrzydeł.
I nie mają kwiatów, ani nigdy ich nie będą miały  
ale zrywają potencjalne kwiaty  
i umieszczają je w ogrodzie
który z kolei umieszczają z powrotem  
w obrazie ogrodu  
który z kolei umieszczają z powrotem  
w obrazie itp.
Słowa pozostają tam, gdzie są
podczas gdy świat znika
To jest krytyka zastosowania języka
Ponieważ jest to krytyka faktycznego stanu rzeczy.

Avec comme pour langage  
rien qu’un battement aux cieux  
STÉPHANE MALLARMÉ

2
To, co zapisane, jest zawsze czymś innym
A to, co jest opisane, to znów coś innego  
Pomiędzy nimi znajduje się to, co nieopisane
co jak tylko jest opisywane  
odkrywa nowe, nieopisane terytoria  
Jest nieopisywalne
Choć ciemność jest definiowana poprzez światło  
a światło poprzez ciemność  
zawsze zostaje poza jakaś resztka.
A nawet jeśli ta resztka jest «definiowana»  
jak zrównane z ziemią ogrody
rosnącące za żelaznym ogrodzeniem
zawsze pozostaje logika
Ale nawet gdyby logika nie została zdefiniowana
ale ukryta pod warstewami ogrodów
namalowana od ogrodu do ogrodu
zawsze pozostaje niepokój
rozpacz
puls bez ciała
To jest krytyka ciała
ponieważ jest to krytyka życia.
 
(…)

vous êtes déjà mortes au monde
SADE

4
«Ja» nie życzę sobie więcej dekoracji.  
«Ja» nie życzę więcej anegdot
                                    o namalowanych górach  
«Ja» nie chcę patrzeć jak powstają kolejne wszechświaty
                                    w granicach rozsądku  
«Nie chcę słyszeć więcej alarmów przeciwpożarowych.  
                                    za każdym razem, gdy wschodzi słońce  
 
«Ja» nie chcę zniknąć  
«Ja» jestem tą osobą, która napisała to, co powyżej
                                    i tą, która pisze to, co następuje
«Ja» nie chcę udawać martwej 
Boję się
Jest to krytyka wszelkiej «poetyki».
ponieważ jest to krytyka lęku przed faktyczną bezsilnością

 les causes sont peut-être  
inutiles aux effets
SADE

5
Starałam się opowiedzieć historię o świecie, który nie istnieje  
po to, by istniał. Powietrze, które wisi nieruchome w powietrzu  
nad polami wokół miasta, do którego już nie przychodzę.  
Radość z odległości, do której nawykłam. Spokój  
niepokoju, do którego nawykłam. Jak podczas wysokiej gorączki  
radość, że nic nie znaczysz.
 
Starałam się trzymać świat na dystans. Było łatwo.
Nawykłam do trzymania świata na dystans. Jestem cudzo-
ziemką. Najlepiej czuję się jako cudzoziemka. Tym sposobem  
zapominam o świecie. Tym sposobem już nie płaczę i nie złoszczę się
więcej. Tym sposobem świat staje się biały i obojętny.
 
A ja chodzę wszędzie. I pozostaję w całkowitym bezruchu.
Tym sposobem oswajam się z byciem martwą.
 
To jest krytyka władzy człowieka nad językiem  
ponieważ jest to krytyka władzy języka nad człowiekiem.
   
(…)

… la pleine réalité : J’imagine  
le début d’un livre…
PHILIPPE SOLLERS 

8
Szczęście to przemiana, która przydarza się mnie  
kiedy opisuję świat  
Przydarza się światu
Szczęście to przemiana, która przydarza się mnie  
kiedy się boję  
Przydarza się światu
Ja mogę, na przykład, bać się świata
odczuwać strach, ponieważ świat składa się między innymi  
ze mnie, która szybko obumiera
Szczęściem jest ta przemiana
szczęściem jest to, że przydarza się to mnie
ten powolny rozpad żałość
ta pewność
w niej jestem zupełnie niespokojny  
w niej jestem niezmiernie niemy
w niej jestem ślepy, głuchy i tępy pozbawiony uczuć  
w niej zaczynam opowiadać bajki o świecie

Transl. Susanna Nied

IT

STAGES connectivities




Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Probablemente, el poeta es empleado por el inconsciente colectivo, como almacenista lírico en una corporación humana llamada «Memoria».

Tommy Olofsson

Trad. F. J. Uriz

Noche de diciembre, 72

Aquí llego yo, el hombre invisible, tal vez empleado
en una gran Memoria para vivir justo ahora. Y paso en coche
 
ante la blanca iglesia cerrada — dentro hay un santo de madera
sonriente, desamparado, como si le hubiesen quitado las gafas
 
Está solo. Todo lo demás es ahora, ahora, ahora. La ley de la gravedad
                                                                          que nos empuja
a ir al trabajo por el día y a la cama por la noche. La guerra.

Instalaciones de Do-Ho Suh

Poeta jest przypuszczalnie zatrudniony przez zbiorową nieświadomość jako liryczny pracownik magazynu w zwykłej ludzkiej korporacji «Pamięć«.

Tommy Olofsson

Tłum. Leonard Neuger

Wieczór grudniowy 1972

A oto ja, niewidzialny człowiek, zatrudniony może
przez jakąś wielką Pamięć by żyć właśnie teraz. No i mijam

zamknięty na cztery spusty biały kościół, w którym stoi świątek
uśmiechnięty, bezradny jakby mu odebrano okulary.

Samotny. Wszystko inne jest teraz teraz teraz. Prawo ciążenia
                                                                          które wtłacza nas
w pracę za dnia i w łóżko nocą. Wojna.


The poet is probably employed by the collective unconscious, as a lyrical warehouse worker in the general human corporation «Memory»

Tommy Olofsson

Transl. Robin Fulton

Here I come, the invisible man, perhaps employed
by a Great Memory to live right now. And I am driving past

The locked-up white church—a wooden saint stands
smiling, helpless, as if they had taken away his glasses.

He is alone. Everything else is now, now, now. The law of gravity
                                                                           presses us
against our work by day and against our beds by night. The war.


Poeten är antagligen anställd av det kollektivt omedvetna, som lyrisk lagerarbetare på det allmänmänskliga aktiebolaget »Minne«.

Tommy Olofsson

Decemberkväll -72

Här kommer jag den osynlige mannen, kanske anställd
av ett stort Minne för att leva just nu. Och jag kör förbi

den igenbommade vita kyrkan – därinne står ett helgon av trä
leende, hjälplös, som om man tagit ifrån honom glasögonen.

Han är ensam. Allt det andra är nu, nu, nu. Tyngdlagen som
                                                                            pressar oss
mot arbetet om dagen och mot sängen om natten. Kriget.

Mark Strand

1934- 2014, Canadá/Estados Unidos

Trad. Ada Trzeciakowska

El sueño (el dormir)

Existe el sueño de mi lengua
que habla un idioma irrecordable
-palabras que concilian el sueño de las palabras
una vez pronunciadas-.

También existe el sueño de un instante
oculto en el interior del siguiente que alarga la noche,
y el sueño con el que duerme la ventana
que convierte en cristal el alto sueño de los árboles.

El sueño de las novelas cuando son leídas es insonoro
como el sueño de los vestidos en el cálido cuerpo de las mujeres.
Y el sueño de los truenos que acumulan polvo en días de sol
y el sueño de las cenizas una vez apagado el fuego.

El viento si se queda dormido llena el cielo.
El largo sueño del aire queda encerrado en los pulmones de los muertos.
Existe el sueño de una habitación con alguien dentro.
Incluso es posible que la luna concilie el sueño de madera.

Y existe el sueño que exige que me acueste
y deslice dentro de la oscuridad que se acerca
como otra piel en la que nunca me encontrarán
fuera de la cual jamás resurgiré.

Fotografías de René Groebli (1927, Suiza)

Tłum. Agnieszka Kołakowska

SEN

Jednym ze snów jest sen, w który zapada mój język
mówiący nieznaną mową –
słowami, które zaraz
zasypiają snem słów.

Jest też sen śpiącej chwili
ukrytej w chwili następnej, przeciągającej noc.
I sen, jakim śpi okno, przemieniający w szkło
wysoki sen śpiących drzew.

Jest sen, w który zapada powieść, gdy się ją czyta,
bezgłośny jak sen sukienki na ciepłym ciele kobiety.
Sen grzmotów pokrytych kurzem podczas słonecznych dni.
I sen, jakim śpi popiół po czymś, co dawno wygasło.

Sen, w jaki wiatr zapada, wypełnia czasem niebo.
Jest długi sen powietrza śpiącego w płucach zmarłych.
I sen, jakim śpi pokój, kiedy ktoś w nim oddycha.
Jest nawet sen księżyca śpiącego snem drewnianym.

Lecz jest jeszcze inny sen – który mi rozkazuje,
bym się położył i wślizgnął w ogarniającą mnie ciemność
jak gdyby w drugą skórę, z której nigdy nie wyjdę
i w której nikt mnie nie znajdzie.

The sleep

There is the sleep of my tongue
speaking a language I can never remember—
words that enter the sleep of words
once they are spoken.

There is the sleep of one moment
inside the next, lengthening the night,
and the sleep of the window
turning the tall sleep of trees into glass.

The sleep of novels as they are read is soundless
like the sleep of dresses on the warm bodies of women.
And the sleep of thunder gathering dust on the sunny days
and the sleep of ashes long after.

The sleep of wind has been known to fill the sky.
The long sleep of air locked in the lungs of the dead.
The sleep of a room with someone inside it.
Even the wooden sleep of the moon is possible

And there is the sleep that demands I lie down
and be fitted to the dark that comes upon me
like another skin in which I shall never be found,
out of which I shall never appear.

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. F. J. Uriz

Bálticos V

30 de julio. La ensenada ha devenido excéntrica –por primera vez en años hoy las medusas bullen en el mar, avanzan hinchándose lenta y considerablemente, pertenecen a la misma compañía naviera: AURELIA, andan sin rumbo como flores después de un entierro en el mar, si se las saca del agua pierden completamente su forma, como cuando se arranca del silencio una verdad indescriptible y se formula convirtiéndola en gelatina muerta, sí, son intraducibles, tienen que permanecer en su elemento.

2 de agosto. Algo quiere ser dicho pero las palabras se niegan.
Algo que no puede decirse,
afasia,
no hay palabras, pero tal vez sí un estilo…
 
A veces uno se despierta por la noche
y garabatea rápido unas palabras
en el papel que más a mano tiene, en el margen de un periódico
(¡las palabras irradian significado!)
pero por la mañana: esas mismas palabras ya no dicen nada, garabatos, lapsus                     linguae.
¿O fragmentos del gran estilo nocturno que pasó de largo?
 
La música le llega a un hombre, es compositor, se interpretan sus obras, hace carrera,        llega a ser director del conservatorio.
Cambia la situación, las autoridades lo condenan.
Nombran como fiscal a su alumno K***.
Es amenazado, degradado, relegado.
Pasan algunos años y su desgracia va cediendo, es rehabilitado.
Llega entonces el derrame cerebral: parálisis en el lado derecho con afasia, solo              entiende frases cortas, dice palabras equivocadas.
Por consiguiente no le afectan ni honores ni condenas.
Pero la música sigue en él, continúa componiendo en su propio estilo,
se convierte en una sensación médica el tiempo que le queda por vivir.
 
Puso música a textos que ya no entendía–
de la misma manera
expresamos algo con nuestras vidas
en el coro que tararea los lapsus linguae.
Las conferencias sobre la muerte duraron varios trimestres. Yo asistía junto con              compañeros que no conocía
(¿quiénes sois?)
–después cada uno se iba a lo suyo, perfiles.
 
Miré hacia el cielo y hacia la tierra y de frente
y desde entonces estoy escribiendo una larga carta a los muertos
en una máquina de escribir que no tiene cinta sino una estría en el horizonte,
así que las palabras repiquetean en vano y no queda nada grabado.
 
Estoy con la mano en el picaporte de la puerta, le tomo el pulso a la casa.
Las paredes están tan llenas de vida
(los niños no se atreven a dormir solos en el cuartito de arriba –lo que a mí me da              tranquilidad a ellos los intranquiliza).
 
3 de agosto. Allí fuera en la hierba húmeda
se arrastra un saludo de la Edad Media: el caracol de Borgoña,
un caracol que resplandece sutilmente, en su gris amarillento, con su casa a cuestas,
trasplantado por monjes que gustaban de escargots– sí, aquí hubo franciscanos,
abrieron canteras y quemaron piedra caliza, la isla fue suya en 1288, donación del rey              Magnus
(«Esas limosnas y otras parecidas / lo esperarán en el reino de los cielos»),
cayeron los bosques, ardían los hornos, la cal navegaba rumbo a los conventos en              construcción…
El hermano caracol
está casi inmóvil en la hierba, sus tentáculos se retraen
y se desarrollan, perturbaciones y dudas…
¡Cómo se parece a mí en mi búsqueda!
 
El viento que ha soplado con tanta meticulosidad todo el día
–en los arrecifes más lejanos están contadas todas las briznas de hierba–
ha amainado en el interior de la isla. La llama de la cerilla se yergue vertical.
La pintura marina y la pintura del bosque oscurecen juntas.
También el follaje de los árboles de cinco pisos se vuelve negro.
«Cada verano es el último». Palabras vacías, sin sentido
para los seres que viven en la media noche de finales de verano
cuando los grillos cosen a máquina como desesperados
y el Báltico está cerca
y el solitario grifo de agua se levanta entre el rosal silvestre
como una estatua ecuestre. El agua sabe a hierro.

Fotogramas de Como en un espejo/ Jak w zwierciadle / Såsom i en spegel (1961) de Ingmar Bergman

Tłum. Leonard Neuger

morza bałtyckie v

30 lipca. Zatoka zrobiła się ekscentryczna — dzisiaj zaroiło się od meduz po raz pierwszy od lat. Pompują się w przód spokojnie i litościwie, należą do tego samego armatora: AURELIA, dryfują jak kwiaty po pogrzebie morza; gdy je wyjąć z wody znika cały ich kształt jak nieopisana prawda wyciągnięta z ciszy i przeformułowana w martwą galaretkę. No tak, są nieprzekładalne. Muszą pozostać w swoim żywiole.

2 sierpnia. Coś chce się wypowiedzieć lecz słowa nie zgadzają się na to.
Coś czego nie da się powiedzieć
afasia
nie ma słów ale być może styl…
 
Bywa że człowiek budzi się nocą
i rzuca szybko kilka słów
na pierwszą lepszą kartkę, na margines gazety
(słowa tryskają sensem!)
lecz rankiem: te same słowa nie mówią już nic. Gryzmoły. Przejęzyczenia.
A może fragmenty wielkiego nocnego stylu który obok przeciągał?
 
Muzyka przychodzi do człowieka. Jest kompozytorem, grają go, robi karierę, zostaje              szefem konserwatorium.
Koniunktura się zmienia. Zostaje wyklęty przez władze.
Na głównego oskarżyciela powołuje się jego ucznia Ch***.
Grożą mu, degradują, zsyłają.
Po kilku latach mija niełaska łagodnieje. Zostaje przywrócony.
 
I wtedy przychodzi wylew: paraliż prawostronny z afazją. Pojmuje tylko krótkie frazy. Przekręca słowa.
Jest więc nieosiągalny dla awansów i potępień.
Lecz muzyka pozostała. Wciąż komponuje we własnym stylu,
staje się sensacją medyczną w tym czasie, który mu jeszcze pozostał do życia.
 
Pisał muzykę do tekstów, których już nie rozumiał —
w identyczny sposób
wyrażamy coś naszym życiem
w nucącym chórze przejęzyczeń.
Wykłady śmierci trwały wiele semestrów. Byłem obecny wraz z kolegami, których nie             znałem
(cóż z was za jedni?)
— potem każdy powrócił do swego. Profile.
 
Spoglądałem w niebo i w ziemię i na wprost
i od tamtej pory piszę długi list do umarłych
na maszynie nie posiadającej barwnej taśmy tylko pasek horyzontu
więc słowa na próżno łomoczą i nic nie pozostaje.
 
Stoję z ręką na klamce. Mierzę domowi puls.
Ściany mają w sobie tyle życia
(dzieci boją się same spać w izbie na piętrze — to co mnie daje poczucie             bezpieczeństwa, wzbudza w nich niepokój).
 
3 sierpnia. Na dworze w wilgotnej trawie
pełza pozdrowienie ze średniowiecza: winniczek
delikatny błyszczący żółtoszaro ślimak z dachem na kotwicy
wyhodowany przez mnichów, którzy lubili escatgots — tak, franciszkanie tu byli
wydobywali kamień i palili wapno, wyspa weszła w ich posiadanie w 1288 roku z             nadania króla Magnusa
(„Tito jełmożny jako też ine togo rodzayu / tenraz ji potykayą w niebyeskim rayu”)
las padał, piece płonęły, wapno spławiano do zabudowań klasztornych…
Brat ślimak
stoi prawie nieruchomo w trawie, wystawia i chowa
rożki. Zakłócenia i wahanie…
Jakże on przypomina mnie w moim poszukiwaniu!
 
Wiatr który tak starannie wiał cały dzień
— na najdalszych szkierach wszyściutkie źdźbła są policzone —
spoczął spokojnie gdzieś na wyspie. Płomień zapałki prosto świeci.
Obraz marynistyczny i obraz sylwiczny razem ciemnieją.
Czernieje też zieleń pięciopiętrowych drzew.
„Każde lato jest ostatnim”. To puste określenia
tych stworzeń nocy letniej,
gdy świerszcze szyją na maszynie jak najęte
i Morze Bałtyckie jest blisko
i samotna studnia wznosi się pośród krzewów dzikiej róży
jak posąg jeźdźca. Woda ma smak żelaza.
 

Transl. Robin Fulton

Baltics V

July 30th. The strait has become eccentric – swarming with jellyfish today for the first time in years, they pump themselves forward calmly and patiently, they belong to the same lint: Aurelia, they drift like flowers after a sea-burial, if you take them out of the water all their form vanishes, as when an indescribable truth is lifted out of silence and formulated to an inert mass, but they are untranslatable, they must stay in their own element.  
 
August 2nd. Something wants to be said but the words don’t agree.
Something which can’t be said,
aphasia,  
there are no words but perhaps a style…
 
You can wake up in the small hours
jot down a few words   
on the nearest paper, a newsprint margin
(the words radiate meaning!)
but in the morning: the same words now say nothing, scrawls, slips-of-the-tongue.
Or fragments of the high nocturnal style that drew past?
 
Music comes to a man, he’s a composer, he’s played, makes a career, becomes                         Conservatory Director.
The climate changes, he’s condemned by the authorities.
His pupil K. is set up as prosecutor.
He’s threatened, degraded, removed.
After a few years the disgrace lessens, he’s rehabilitated.
Then, cerebral haemorrhage: paralysis on the right side with aphasia, can grasp only             short phrases, says the wrong words.
Beyond the reach of eulogy or execration.
But the music’s left, he goes on composing in his own style,
for the rest of his days he becomes a medical sensation.
 
He wrote music to texts he no longer understood –
in the same way
we express something through our lives
in the humming chorus full of mistaken words.
 
The death-lectures went on for several terms. I attended
together with people I didn’t know
(who are you?)
– then each went his own way, profiles.
 
I looked at the sky and at the earth and straight ahead
and since then I’ve been writing a long letter to the dead
on a typewriter with no ribbon just a horizon line
so the words knock in vain and nothing sticks.
 
I pause with my hand on the door-handle, take the pulse of the house.
The walls are so full of life
(the children don’t dare to sleep alone in the little room upstairs – what makes me             safe makes them uneasy).
 
August 3rd. Out there in the damp grass
a greeting shuffles from the Middle Ages, the Edible Snail,
subtle gleaming grey-and-yellow, with his house aslant,
introduced by monks who liked their escargots – the Franciscans were here,  
broke stone and burned lime, the island became theirs in 1288, a gift of King Magnus
(‘Almes fordoth all wykkednes / And quenchyth synne and makyth hyt les’)  
the forest fell, the ovens burned, the lime was shipped in for the building of the                         monastery…  
                            Sister snail
almost motionless in the grass, the antennae are sucked in
and rolled out, disturbances and hesitation…
How like myself in my searching!  
 
The wind that’s been blowing carefully all day
– the blades of grass on the outer skerries are all counted –
has lain down peacefully at the heart of the island. The match-flame stands straight.  
The sea-painting and the forest-painting darken together.
The foliage on the five-storey trees turns black.
‘Each summer is the last.’ Empty words
for the creatures in the late summer midnight
where the crickets whirr their sewing-machines frantically
and the Baltic is close
and the lonely water-tap rises among the wild roses
like the statue of a horseman. The water tastes of iron.

Mirka Szychowiak

1956 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Bajísimo

Por favor, lléveme a través de un puente. Que alguien
lo encuentre y pregunte si en la otra orilla tratan a la gente
con ternura. Me enteré por los hombres más sabios que
habían leído sobre tal lugar y les creo. Soñé con zorritos
abandonados por su madre, pequeños zorros flacos. Podría
criarlos y dejarme domesticar. Cuando las palabras se hunden
en la boca, alguien tiene que enseñarme un lenguaje nuevo.
Si fuera menos humano, me sentiría más segura. En alguna parte
hay un puente y unos niños salvajes abandonados, ciegos como yo.
Y torpes. Podríamos gemirnos el uno al otro por nuestros nombres,
crecer juntos.

Fotografía de Katerina Plotnikova

Najniżej

Proszę mnie przeprowadzić przez jakiś most. Niech ktoś
go znajdzie i zapyta czy po drugiej stronie traktuje się ludzi
z czułością. Słyszałam od mądrzejszych, że czytali o takim
miejscu i ja im wierzę. Śniły mi się porzucone przez matkę
małe, chude lisy. Mogłabym je wychować i dać się oswoić.
Kiedy słowa toną w ustach, ktoś musi mnie nauczyć nowego
języka. Gdyby był mniej ludzki, czułabym się pewniej.
Jest gdzieś taki most i porzucone dzikie dzieci, jak ja ślepe
I niezdarne. Moglibyśmy na siebie piszczeć po imieniu,
razem dorastać.



Antonio Gamoneda

1931 – , España (León)

Lápidas (1977-1986) frg.

En la quietud de madres inclinadas sobre el abismo.  
En ciertas flores que se cerraron antes de ser abrasadas por el infortunio,
antes de que los caballos aprendieran a llorar.
En la humedad de los ancianos.
En la sustancia amarilla del corazón.

* * *
I

Gritos sobre la hierba y el huracán de púrpura.
Giráis envueltos en banderas y exhaláis con dulzura.
Obedecéis a ancianos invisibles cuyas canciones pasan por vuestra lengua.
Ah, jóvenes elegidos por mis lágrimas.

  * * *

Tras asistir a la ejecución de las alondras has descendido aún hasta encontrar tu rostro dividido entre el agua y la profundidad.
Te has inclinado sobre tu propia belleza y con tus dedos ágiles acaricias la piel de la mentira:
ah tempestad de oro en tus oídos; mástiles en tu alma, profecías…
Mas las hormigas se dirigen hacia tus llagas y allí procrean sin descanso
y hay azufre en las tazas donde debiera hervir la misericordia.
Es esbelta la sombra, es hermoso el abismo:
ten cuidado, hijo mío, con ciertas alas que rozan tu corazón.

* * *

Asediados por ángeles y ceniza cárdena enmudecéis hasta advertir la inexistencia
y el viento entra en vuestro espíritu.
Respiráis el desprecio, la ebriedad del hinojo bajo la lluvia: blancos en la demencia como los ojos de los asnos en el instante de la muerte,
ah desconocidos semejantes a mi corazón.

(…)

* * *

Vi la sombra perseguida por látigos amarillos,
ácidos hasta los bordes del recuerdo,
lienzos ante las puertas de la indignación.
Vi los estigmas del relámpago sobre aguas inmóviles, en extensiones visitadas por presagios;
vi las materias fértiles y otras que viven en tus ojos;
vi los residuos del acero y las grandes ventanas para la contemplación de la injusticia (aquellos óvalos donde se esconde la fosforescencia):
era la geometría, era el dolor.
Vi cabezas absortas en las cenizas industriales;
yo vi el cansancio y la ebriedad azul
y tu bondad como una gran mano avanzando hacia mi corazón
Vi los espejos ante los rostros que se negaron a existir:
era el tiempo, era el mar, la luz, la ira.

* * *

A la inmovilidad del gris convocado por un pájaro silencioso,
bajas llorando.
Hay un mar incesante que desconoce la división del resplandor y la sombra,
y resplandor y sombra existen en la misma sustancia,
en tu niñez habitada por relámpagos.

* * *

Oigo hervir el acero. La exactitud es el vértigo. Ah libertad inmóvil, ejecución del día en la materia nocturna.
Es tu madre el clamor, pero tus manos abren los párpados del abismo.
De resistencias invisibles surge un rumor de límites:
ah exactitud de mar, exactitud sin nombre.

* * *

Puedes gemir en la lucidez,
ah solitario, pero entonces líbrate
de ser veraz en el dolor. La lengua
se agota en la verdad. A veces llega
el incesante, el que enloquece: habla
y se oye su voz, mas no en tus labios:
habla la desnudez, habla el olvido.

* * *

Hierves en la erección, dama amarilla,
y estas son aguas preteridas, líquidos invernales.
Dama en mi corazón cuya luz me envejece:
eres la obscenidad y la esperanza.

* * *

En la oquedad de Dios, ah paloma viviente, te obligué a la lectura del silencio. Y fulgías.
Tú eres corporal en dos abismos,
azul entre dos muertes, entre dos lenguas físicas.
Ah paloma final, va a ser noviembre.

* * *

Todos los animales se reúnen en un gran gemido y su dolor es verde.
Tú acaso piensas en desapariciones; veo humedad sobre tu alma.
Háblame para que conozca la pureza de las palabras inútiles,
oiga silbar a la vejez, comprenda
la voz sin esperanza.

Lucian Freud, Mathieu Laca  y dos obras de Francis Bacon

Tłum. Ada Trzeciakowska

Płyty nagrobne (1977-1986) frg.

W bezruchu matek pochylonych nad otchłanią.
W niektórych kwiatach, które zamknęły się nim spopieliło je nieszczęście,
zanim konie nauczyły się płakać.
W wilgoci starców.
W żółtej substancji serca.

* * *
I

Krzyki na trawach i huragan z purpury.
Wirujecie zawinięci w sztandary i słodko wzdychacie.
Posłuszni jesteście niewidzialnym starcom, których pieśni krążą po waszym języku.
Ach, młodzi wybrani przez me łzy.

* * *

Po egzekucji skowronków zszedłeś niżej, aż znalazłeś swą twarz rozdzieloną między wodę i głębokość.
Pochyliłeś się nad własnym pięknem i zręcznymi palcami pieścisz skórę kłamstwa:
ach sztorm ze złota w twoich uszach; maszty w twojej duszy, przepowiednie…
Lecz mrówki kierują się ku twoim wrzodom i tam rozmnażają się niestrudzenie
a w filiżankach, gdzie powinno wrzeć współczucie, jest siarka.
Cień jest wysmukły, otchłań piękna:
Uważaj, dziecko moje, na skrzydła, które muskają twe serce.

* * *

Osaczeni przez aniołów i fiolet popiołu milkniecie, aż dostrzeżecie nieistnienie, a wiatr hula po waszej duszy.
Oddychacie pogardą, upojeniem fenkułu podczas ulewy: biali w demencji jak oczy osłów w chwili śmierci,
ach, nieznajomi na podobieństwo mego serca.

* * *

Widziałem cień ścigany przez żółte bicze,
kwasy aż po brzegi pamięci,
płótna przed bramami oburzenia.
Widziałem stygmaty błyskawic na stojących wodach, w rozszerzeniach nawiedzanych przez przepowiednie;
widziałem płodne materie i te inne, które żyją w twoich oczach;
widziałem pozostałości stali i wielkie okna do kontemplacji niesprawiedliwości (te owale, w których kryje się fosforescencja):
to była geometria, to był ból.
Widziałem głowy pogrążone w industrialnych prochach;
widziałem zmęczenie i niebieskie upojenie
i twą dobroć jako wielką dłoń zbliżającą się do serca.
Widziałem lustra przed twarzami, które wyrzekły się istnienia:
to był czas, to było morze, światło, wściekłość.

(…)

* * *

Przywołany przez cichego ptaka, opadasz z płaczem
w bezruch szarości.
Jest nieprzerwane, ciągłe morze, nieznające podziału na blask i cień,
a blask i cień istnieją w tej samej substancji,
w twoim dzieciństwie zamieszkałym przez pioruny.

* * *

Słyszę jak wrze stal. Wierność jest zawrotem głowy. Ach, niewzruszona wolności, egzekucjo dnia w materii nocy.
To krzyk twojej matki, lecz twe ręce otwierają powieki otchłani.
Z niewidzialnego oporu wydobywa się krańcowy pomruk:
ach wierność morza, bezimienna precyzja.

* * *

Możesz jęczeć na jawie,
ach samotny, lecz wtedy uwolnij się
od szczerości w bólu. Język
wyczerpuje się w prawdzie. Czasami pojawia się
ten nieprzerwany, ciągły, ten, który popadł w obłęd: mówi
i słychać jego głos, ale nie z twoich ust:
przemawia nagość, przemawia zapomnienie.

* * *

Wrzesz w erekcji, żółta pani,
a to są wody wzgardzone, zimowe ciecze.
Pani w moim sercu, której światło postarza mnie:
obsceniczność i nadzieja to ty.
* * *

W dziupli Boga, o żywa gołębico, zmusiłem cię do lektury ciszy. A ty promieniałaś.
Jesteś cieleśnie w dwóch otchłaniach,
niebieska pośród dwóch śmierci, między dwoma fizycznymi językami.
Ach ostatnia gołębica, listopad już blisko.

* * *

Wszystkie zwierzęta zbierają się w wielkim jęku a ból ich zielony.
Myślisz może o znikaniu, dostrzegam wilgoć na twojej duszy.
Mów do mnie, abym mógł poznać dziewiczość próżnych słów, usłyszeć świst starości, zrozumieć głos pozbawiony nadziei. 

Denise Levertov

1923-1997, Inglaterra/Estados Unidos

Trad. Lisa Rose Bradford

Los mudos

Esos gruñidos que los hombres usan 
al cruzarse con una mujer en la calle 
o en la escalera del subte

para decirle que es hembra
y que su carne lo reconoce,

¿son una especie de melodía,
un canto algo feo, cantado
por un pájaro de lengua partida

pero lanzados en pos de música?

¿O son rugidos asfixiados
de un sordomudo atrapado en un edificio
que lentamente se llena de humo?

Ambos, tal vez.

Esos hombres por lo general
no parecen ser capaces de hacer más que gemir,
sin embargo, una mujer, a pesar de sí misma,

sabe que le rinden homenaje:
si careciera de toda gracia
pasarían en silencio:
entonces no es sólo para decirle que ella es
un cálido agujero. Es una palabra

en lengua-pena, nada que ver con lo
primitivo o una lengua-prima;
una lengua magullada, contagiada, precipitada

hacia la decrepitud. Ella quisiera
deshacerse del homenaje, dis-
gustada, y no puede,

sigue zumbando en sus oídos,
cambia el ritmo de su andar, 
los afiches rotos en un pasillo vacío

le hacen eco,
rechinan con el estertor del tren que arriba.
Su pulso reticente

se acelera,
pero bajan de velocidad los vagones
y se sacuden al detenerse mientras su comprensión

sigue traduciendo:
«vida tras vida tras otra vida pasa

sin poesía,
sin decoro,
sin amor.»

Tłum. Czesław Miłosz

Głuchoniemi

Te chrząknięcia mężczyzn
kiedy mijają kobietę
na ulicy albo przy wejściu do metra.

mające jej powiedzieć, że pleć jej żeńska,
i że ich ciało wic o tym,

czy są rodzajem melodii,
brzydką pieśnią śpiewaną
przez ptaka z rozciętym językiem,

choć miała być muzyką?

Albo stłumionym rykiem
głuchoniemych zamkniętych w budynku,
ktory wypełnia się dymem?

Pewnie i jedno i drugie.

Zdaje się, że tak chrząkać
to wszystko, co mogą zrobić,
ale kobieta, wbrew sobie

wie, że to wyraz hołdu,
gdyby nie to, że ma wdzięk
minęliby ją milcząc.

Bo jednak nie tylko jej mówią,
że jest ciepłą dziurką. To pomruk
żalu, nic prymitywna
mowa jaskini. Język pokorny,
pobity, niezdarny,

w rozkładzie. Ona chciałaby
odrzucić ten hołd, który ją brzydzi
i nie może.

Idzie, a to brzęczy jej w uchu,
zmienia rytm jej kroków. Podarte plakaty
w dudniących korytarzach

powtarzają to, i to zgrzyta, dygoce
kiedy nadjeżdża pociąg.
Nagle jej puls

przyśpiesza, ale wagony
zwalniają i już przystanek,
kiedy jej zrozumienie

tłumaczy ten dźwięk na słowa:
życie, jedno po drugim, mija

bez poezji,
bez urody,
bez miłości.


Robert Doisneau, Le Muguet du Métro, 1953.

The mutes

Those groans men use
passing a woman on the street
or on the steps of the subway

to tell her she is a female
and their flesh knows it,

are they a sort of tune,
an ugly enough song, sung
by a bird with a slit tongue

but meant for music?

Or are they the muffled roaring
of deafmutes trapped in a building that is
slowly filling with smoke?

Perhaps both.

Such men most often 
look as if groan were all they could do,
yet a woman, in spite of herself,

knows it’s a tribute:
if she were lacking all grace
they’d pass her in silence:

so it’s not only to say she’s
a warm hole. It’s a word

in grief-language, nothing to do with
primitive, not an ur-language;
language stricken, sickened, cast down

in decrepitude. She wants to
throw the tribute away, dis-
gusted, and can’t,

it goes on buzzing in her ear,
it changes the pace of her walk,
the torn posters in echoing corridors

spell it out, it
quakes and gnashes as the train comes in.
Her pulse sullenly

had picked up speed,
but the cars slow down and
jar to a stop while her understanding

keeps on translating:
‘Life after life after life goes by

without poetry,
without seemliness,
without love.’

Ryszard Krynicki

1943 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Lengua es la carne salvaje

A Zbigniew Herbert y a don Cogito

Lengua es la carne salvaje
que crece en la herida,
en la herida abierta de los labios alimentados de la verdad mentida,
lengua, es un corazón destapado, el filo desnudo,
que queda desprotegido, aquella mordaza que reprime
levantamientos de las palabras, es un animal domesticado
con los dientes humanos, lo inhumano que crece dentro de nosotros
y nos sobrepasa, una bandera roja que escupimos
junto a la sangre, lo desdoblado que rodea,
una mentira verdadera que embauca
un niño que aprendiendo la verdad, miente verídicamente.

El piano (1993) de Jane Campion

Język, to dzikie mięso

Panu Zbigniewowi Herbertowi i Panu Cogito

Język, to dzikie mięso, które rośnie w ranie,
w otwartej ranie ust, żywiących się skłamaną prawdą,
język, to obnażone serce, nagie ostrze,
które jest bezbronne, ten knebel, który dławi
powstania słów, to zwierzę oswajane
z ludzkimi zębami, to nieludzkie, co rośnie w nas
i nas przerasta, ta czerwona flaga, którą wypluwamy
razem z krwią, to rozdwojone, co otacza, to
prawdziwe kłamstwo, które mami,
to dziecko, które ucząc się prawdy, prawdziwie kłamie.

Trans. Clare Cavanagh

The Tongue Is Wild Meat

to Mr. Zbigniew Herbert and Mr. Cogito

The tongue is wild meat that grows in wounds,
in the open wounds of lips, feeding on truth helied,
the tongue is a bared heart, a naked blade,
it is defenseless, the gag that stifles
uprisings of words, it is a tamed beast
with human teeth, it is the inhuman that grows in us
and outgrows us, the red flag we spit out
with the blood, the split that engulfs us, the
true lie that seduces,
the child, who, learning truth, truly lies.

Marian Bogusz Treno (1968)