Kōbō Abe

1924-1992, Japón

Este precioso cuento (Shijin no shôgai en japonés) nunca llegó a traducirse al español, tampoco al polaco. He traducido una cuarta parte de la versión inglesa.

Trad. Ada Trzeciakowska

La vida de un poeta

(…) La chaqueta se detuvo frente al joven y se ciñó alrededor de su cuerpo envejecido. El joven parpadeó. Luego movió la cabeza con cautela de un lado a otro y sacudió el cuerpo poco a poco. Miró a su alrededor, asombrado, y luego a su chaqueta roja. De repente se dio cuenta de que era un poeta, y asintió sonriendo.
Recogió la melodiosa nieve con las manos y la contempló. Ahora podía tocarla sin helarse. ¿Se había vuelto aún más frío que la nieve, entonces, ese brillo en sus ojos? Recogía nieve como arena en la orilla del mar y la vertía de mano en mano, sin lastimarse. ¿Se había vuelto más dura que el acero la piel de sus manos? Estaba confuso. Tenía que recordar. ¿Cómo se había producido esa transformación?
Frunciendo el ceño, se esforzó por centrar sus pensamientos. Sí, había algo que debía recordar. Algo que todo pobre sabía, si la memoria no estuviera suspendida, congelada. ¿De dónde había caído esta nieve?
Aunque no supiera la respuesta, tal vez pudiera sentirla. Mira estos cristales de nieve, se dijo, tan maravillosamente grandes, complejos y hermosos. ¿Qué son sino las palabras olvidadas de los pobres? Palabras de sus sueños… almas… deseos. Hexagonales, octogonales, duodecagonales, flores más encantadoras que las flores, la auténtica estructura de la materia… las configuraciones moleculares de las almas de los pobres.
Las palabras de la gente humilde no sólo son grandes, intrincadas y bellas, sino sucintas como minerales y racionales como la geometría. Es lógico que sólo las almas de los pobres puedan llegar a ser cristalinas.
El joven de la chaqueta roja escuchó con los ojos las palabras-nieve. Decidió escribirlas en el reverso de los volantes que llevaba bajo el brazo.
Cogió un puñado de nieve y lo lanzó al aire. Voló hacia arriba con un tintineo, pero cuando volvió a caer el sonido cambió a «chaqueta, chaqueta». El joven se echó a reír. Su alegría se escapó por sus labios apenas entreabiertos como una melodía tranquila y alegre, y desapareció en el cielo lejano. Como en respuesta, la nieve a su alrededor empezó a tararear «chaqueta, chaqueta».
Después comenzó una investigación precisa y detallada de cada cristal por separado. Anotó todo, empeñado en apuntarlo, recopiló y analizó estadísticas, hizo gráficos y volvió a escuchar, incluso con más atención. Podía oírlo -las palabras de la nieve, las voces de los sueños, las almas y los deseos de los pobres-. Con una energía inagotable y asombrosa, siguió trabajando.
Poco a poco, la nieve empezó a derretirse. Al terminar de hablarle, evidentemente ya no tenía razón de ser. En el momento en que terminaron de hablar, aquellos cristales de nieve tan fríos que habían congelado las llamas se derritieron sin dejar rastro, como las nieves del comienzo de la primavera que se desvanecen en cuanto se posan sobre la tierra negra y húmeda.
De hecho, casi era primavera. Con cada palabra que escribía en sus libretas, como si las páginas fueran hojas de un calendario, la primavera se acercaba cada vez más.
Un día, a través de una grieta en las nubes, el sol lanzó un rayo de luz como el brazo de una niña traviesa. Y entonces, como si buscara a tientas un anillo de oro caído por error en una jarra llena de viejo brebaje espumoso, sacudió y despertó lentamente a la ciudad de su letargo.
Se podía sentir el revuelo entre sus criaturas. Un hombre medio paralizado se acercó tambaleándose, vio al joven y estalló en risa tendiéndole la mano en señal de saludo. Tocó el brazo del muchacho, susurró «Chaqueta» y echó a correr. En poco tiempo, el joven se vio rodeado por un gran grupo de personas, a las que se unían constantemente otras nuevas; «Chaqueta», murmuraba cada uno, poniéndole una mano en el brazo, y luego se marchaba, sonriendo. Estas personas se dispersaron por toda la ciudad.
Por todas partes se abrían los almacenes desatendidos y se sacaban innumerables chaquetas. «¡Chaquetas!» El alegre y poderoso himno fue entonado con fuerza a todos los mensajeros de la primavera: a la pesada y húmeda tierra negra; al murmurante arroyo que caía y avanzaba velozmente como un niño de tres años que está aprendiendo a correr; y a las pálidas joyas verdes que asomaban entre los persistentes bancos de nieve. Aunque era primavera, todavía hacía frío, así que ¡qué hermoso, ¡qué maravilloso era ver a aquella pobre gente abrigarse con chaquetas!
Cuando desapareció el último copo de nieve, el trabajo del joven había terminado. Sonó el silbato de la fábrica y, a su alrededor, una multitud de personas enfundadas en sus chaquetas se puso a trabajar, sonriendo. Devolviendo los saludos, cerró la última página de su colección de poesía, ya completa.
Y se desvaneció en ella.

Bellísima y única adaptación (cuenta con subtítulos en español) de este cuento realizada por el maestro de animación Kihachirō Kawamoto (1974). El efecto visual de la chaqueta roja fue copiado por Steven Spielberg en La lista de Schindler.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Życie poety

(…) Płaszcz zatrzymał się przed młodzieńcem i owinął się wokół jego postarzałego ciała. Młodzieniec zamrugał. Następnie ostrożnie poruszył głową z boku na bok i lekko potrząsnął ciałem. Rozejrzał się ze zdziwieniem, a potem spojrzał w dół na swój czerwony płaszcz. W jednej chwili dotarło do niego, że jest poetą i kiwnął głową, uśmiechając się.
   Nabrał w dłonie melodyjnego śniegu i wpatrywał się w niego. Teraz mógł go dotknąć nie marznąc. Czyżby stał się jeszcze zimniejszy niż śnieg, ten błysk w jego oku? Zgarniał śnieg jak piasek na brzegu morza i przesypywał go z ręki do ręki, bez żadnego uszczerbku. Czyżby skóra na rękach stała się twardsza od stali? Był zdezorientowany. Musiał sobie przypomnieć. Jak doszło do tej przemiany?
   Marszcząc brwi, starał się skupić myśli. Tak, było coś, co musiał sobie przypomnieć. Coś, co wiedział każdy biedak, jeśli pamięć nie była uśpiona, zamrożona. Skąd brał się ten śnieg?
   Nawet jeśli nie znał odpowiedzi, być może mógł ją wyczuć. Spójrz na te kryształki śniegu, powiedział sobie, tak cudownie duże, złożone i piękne. Czym one są, jeśli nie zapomnianymi słowami biedaków? Słowami ich marzeń… dusz… pragnień. Sześciokątne, ośmiokątne, dwunastokątne, kwiaty cudowniejsze niż kwiaty, czysta struktura materii… molekularne konfiguracje dusz nędzarzy.
   Słowa ubogich są nie tylko duże, misterne i piękne, ale także zwięzłe jak minerał i racjonalne jak geometria. Rozumie się samo przez się, że tylko dusze ubogich mogą stać się krystaliczne.
   Młodzieniec w czerwonym płaszczu słuchał śnieżnych słów oczami. Postanowił zapisać je na odwrocie ulotki, którą trzymał pod pachą.
   Chwycił garść śniegu i rozsypał go w powietrzu. Śnieg wzniósł się radośnie podzwaniając, ale kiedy zaczął opadać, dźwięk zmienił się na «płaszcz, płaszcz». Młodzieniec roześmiał się. Jego radość wymknęła się przez ledwo rozchylone usta jako cicha, wesoła melodia i rozpłynęła się daleko na niebie. Jakby w odpowiedzi, śnieg wokół niego zaczął nucić «płaszcz, płaszcz».
   Następnie rozpoczął precyzyjne, szczegółowe badanie każdego kryształu z osobna. Zapisywał wszystko, pochłonięty zapiskami, kompilował i analizował statystyki, tworzył wykresy i słuchał ponownie, jeszcze uważniej. Słyszał je – słowa śniegu, głosy marzeń, dusz i pragnień biedaków. Z niespożytą, zadziwiającą energią pracował dalej.
Stopniowo śnieg zaczął topnieć. Najwyraźniej po tym, jak przestał do niego mówić, nie miał już po co istnieć. W momencie, w którym przestały mówić, kryształki śniegu, tak zimne, że zamrażały płomienie, rozpłynęły się bez śladu, jak śnieg wczesną wiosną, który znika w chwili, gdy dotyka czarnej, wilgotnej ziemi.
   W rzeczywistości była już prawie wiosna. Z każdym słowem zapisanym w notatkach, jakby strony były kartkami kalendarza, wiosna podchodziła coraz bliżej.
   Pewnego dnia, przez szczelinę w chmurach, słońce wyrzuciło promień światła niczym ramię psotnej dziewczynki. A potem, jakby szukając po omacku złotego pierścionka, który przez pomyłkę wpadł do dzbanka wypełnionego starym, spienionym piwem powoli wyrwało miasto ze snu.
   Dało się wyczuć ruch. Na wpół sparaliżowany mężczyzna chwiejnie wyszedł naprzód, zobaczył młodzieńca i roześmiał się, wyciągając rękę na powitanie. Dotknął ramienia chłopaka, mruknął «Płaszcz» i uciekł. Wkrótce młody człowiek został otoczony przez dużą grupę ludzi, do której ciągle dołączali nowi; «Płaszcz», szeptał każdy, kładąc rękę na jego ramieniu, po czym odchodził, uśmiechając się. Ludzie ci rozeszli się po całym mieście.
   Wszędzie dookoła otwierano pozostawione bez opieki magazyny i wynoszono niezliczone ilości płaszczy. «Płaszcz!» Radosny, potężny hymn był śpiewany głośno do wszystkich posłańców wiosny: do ciężkiej, wilgotnej, czarnej ziemi; do szemrzącego strumienia, szumiącego i pędzącego jak trzylatek, który dopiero uczy się biegać; na cześć bladozielonych klejnotów wystających spomiędzy zalegającego śniegu. Choć była wiosna, w powietrzu wciąż czuć było ziąb, więc jak pięknie, jak cudownie było widzieć tych biednych ludzi odzianych w płaszcze!
   Ostatni płatek śniegu zniknął, praca młodzieńca została wykonana. Rozległ się gwizdek z fabryki, a wokół niego tłumy ludzi w płaszczach ruszyły do pracy, uśmiechając się. Odwzajemniając ich pozdrowienia, zamknął ostatnią stronę swojego zbioru poezji.
   Po czym rozpłynął się w niej.

Wersja w języku angielskim

Transl. Juliet Winters Carpenter

(…) The jacket stopped in front of the youth and wrapped itself around his aged body. He blinked. Then he moved his head gingerly from side to side, and shook his body little by little. He looked around in wonder, then down at his red jacket. All at once it came to him that he was a poet, and he nodded, smiling.
   He gathered the melodious snow in his hands and gazed at it. Now he could touch it without freezing. Had it become even colder than the snow, then, that gleam in his eye? He scooped up snow like sand at the seashore and poured it from palm to palm, without injury. Had it become harder than steel, then, the skin of his hands? He was confused. He had to remember. How had this transformation come about?
   Frowning, he tried hard to focus his thoughts. Yes, there was something that he must remember. Something that every pauper knew, if memory were not suspended, frozen. Where had this snow fallen from?
   Even if he didn’t know the answer, perhaps he could feel it. Look at these crystals of snow, he told himself, so marvelously large, complex, and beautiful. What are they if not the forgotten words of the poor? Words of their dreams… souls… desires. Hexagonal, octagonal, duodecadonal, flowers lovelier than flowers, the very structure of matter… the molecular arrangements of souls of the poor.
   The words of the poor are not only large, intricate, and beautiful, but succinct as mineral, and rational as geometry. It stands to reason that none but souls of the poor can become crystalline.
The youth in the red jacket listened to the snow-words with his eyes. He decided to write them down on the backs of the handbills under his arm.
   He grabbed a handful of snow and threw it in the air. It flew up with a jingle jingle, but when it fell back down the sound changed to «jacket, jacket.» The youth laughed. His happiness escaped through his barely parted lips as a quiet, cheerful melody, and disappeared into the distant sky. As if in answer, the snow all around him began to hum «jacket, jacket.»
   After that he began a precise, detailed investigation of each separate crystal. He wrote everything down, decided on his notation, compiled and analyzed statistics, made graphs, and listened again, even more carefully. He could hear it -the words of the snow, the voices of the dreams, souls, and desires of the poor. With tireless, amazing energy, he went on working.
Gradually, the snow started to melt. Having finished speaking to him, evidently it had no further reason to exist. In the order that they finished speaking, those crystals of snow so cold they had frozen flames now melted away without a trace, like the snows of early spring that vanish the moment they light on the black, moist earth.
   In fact, it was almost spring. With every word that he wrote in his notebooks, as if the pages were calendar leaves, spring crept ever closer.
One day, through a crack in the clouds, the sun thrust out a ray of light like the arm of a mischievous little girl. And then, as if groping for a golden ring let fall by mistake into the bottom of a water pitcher filled with old, foaming brew, slowly it shook the town from its slumber.
   One could sense creatures stirring. A man came reeling forward, half-paralyzed, saw the young man and laughed, holding out a hand in greeting. Touching the arm of the youth, he muttered «Jacket,» and ran away. Before long the youth was sur- rounded by a large group of people, new ones joining all the time; «Jacket,» each one would whisper, laying a hand on his arm, and then go off, smiling. These people spread throughout the town.
   All around, the unattended storehouses were opened, and countless jackets were carted off. «Jacket!» The joyful, powerful paean was sung out ringingly to all the messengers of spring: to the heavy, moist black earth; to the babbling stream, tumbling and racing along like a three-year-old just learning to run; and to the pale green jewels poking out from between the lingering islands of snow. Though it was spring, there was still a chill in the air, so how beautiful, how wonderful it was to see those poor people clothing themselves in jackets!
   The last flake of snow gone, the youth’s work was done. The factory whistle sounded, and all around him, crowds of people wearing jackets set off to work, smiling. Returning their greetings, he closed the last page of his poetry collection, now complete.
   And vanished into that page.

Dariusz Suska

1968 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

invierno

Recuerda el invierno: carboneros caían como carámbanos
sus cuerpos se rompían en mil piezas
se quebraban sus plumas de cristal sentíamos que el sol
era una casualidad tal vez graznábamos muerta 
está la materia clara y la oscura al contrario
queríamos que se apiadara de los pájaros carpinteros
muertos que se apretaron contra el espino prunifolio:
 
¿vas a decir algo sobre el tiempo una palabra al menos?
 
o recuerda la muerte en invierno: la primera vez en enero
cuando nos perdimos en la nieve negra y purísima
muertos navegábamos en témpanos en trineos
de dos en dos de tres en tres de una orilla sin orilla
pienso en ello todos los días porque tal vez sea Dios
la materia oscura y tal vez sea bueno lo que supondría
una cosa más preciosa en el mundo: ¿brincos de elefantillos?  
 
dime algo sobre el tiempo di una palabra al menos
 
o recuerda la noche en verano: lo escasa que parecía
junto a hogueras que acerezadas se estaban extinguiendo
alrededor del alba que amanecía blanquecina
cuando espoleaba el látigo de los días vividos contigo 
no entiendo nada de ellos -ni la vida ni la muerte
con más exactitud: la vidamuerte la inmateria de las horas-
si tú las entiendes conocerás la impotencia de los poemas:
 
¿vas a decir algo sobre el tiempo una palabra buena al menos?

de «100 poemas de Ucrania y Polonia» (Instituto de Literatura de Polonia y Editorial Austeria, 2022)

Fotografías de Arno Rafael Minkkinen

Dzień po świętach

Przypomnij zimę: sikorki spadały jak sople
na tysiąc kawałków tłukły się ich ciałka
szklane pióra pękały czuliśmy że słońce
może być przypadkiem krakaliśmy martwa
jest jasna materia ta ciemna na odwrót
chcieliśmy żeby współczuła zamarłym dzięciołom
które się wtuliły w śliwolistny głóg –
 
powiesz coś o czasie zdradzisz chociaż słowo?
 
lub przypomnij śmierć w zimie: pierwszy w styczniu raz
gdy się zgubiliśmy w czystym czarnym śniegu
zmarli płynęliśmy na sankach na krach
we dwójkę we trójkę do brzegu bez brzegów
myślę o tym codziennie bo może jest Bogiem
ciemna materia i dobrym to by oznaczało
coś ładnego w świecie – błotne harce słoniąt?
 
zdradź mi coś o czasie powiedz jedno słowo
 
lub przypomnij noc latem: jak było jej mało
przy ogniskach które gasły na wiśniowo
naokoło świtu wschodzącego biało
gdy szło w ruch wędzisko dni przeżytych z tobą
nic z nich nie rozumiem – życia ani śmierci
ściślej: życiaśmierci niematerii godzin
jeśli ty rozumiesz znasz bezradność wierszy –
 
powiesz coś o czasie jedno dobre słowo?

Vladimír Holan

1905-1980, República Checa

Trad. Clara Janés

Pasaste por allí

Es una mísera pista de patinaje de suburbio,
regada con cucharones de Nochebuena
y helada el día de Reyes…
En su rincón un viejecito hace sonar el gramófono.
Como tiene un solo disco, lo repite una y otra vez.
Con gran ternura, soplando, le quita la nieve de encima
y, cuidadosamente, pone en marcha la música,
que tiembla como una yegua al ser montada
o como láminas de oro de la infinita falsedad
que hubiera hecho oír sucesivamente
algo oxidado hacía tiempo…

Toda la apariencia del viejo es asotanada,
pero a la vez protuberante,
como si tuviera el traje en la buhardilla,
sin cesar hace dar vueltas al mismo disco,
pero años ha dejó de cambiar la aguja
poniendo cara casi de conspirador,
ya que captó con nitidez
que también la vida lo repinchaba
siempre con aquella misma y única púa
desde que, antaño, había decidido ahorrar en ella
y no quemarse por algo que ya no daba de sí…

Fotografías de André Kertész, fotograma del Pianista de R. Polański

Tłum. Ada Trzeciakowska

Szedłem koło

To nędzne, podmiejskie lodowisko,
polewane wigilijną łyżką
które mróz ściął w dniu Trzech Króli…
W kącie siedzi staruszek z gramofonem.
Ma tylko jedną płytę, obraca ją stale
czule zdmuchując z niej śnieg
i ostrożnie puszcza muzykę,
która trzęsie się jak klacz nim pozwoli się dosiąść
lub złote płatki niezliczonych fałszów,
które byłyby przesłuchiwane jeden po drugim
przez coś, co dawno już zardzewiało.

Wszystko na staruszku jest jakby zapadnięte,
ale jednocześnie sterczące,
jakby jego ubrania leżały na strychu,
ciągle puszcza tę samą płytę,
choć już dawno przestał zmieniać igłę,
z miną nieco spiskową,
bo czuje wyraźnie,
że nawet życie kłuje go
ciągle tym samym kolcem,
choć już dawno postanowił na nim zaoszczędzić
i nie kłopotać się tym, z czego już nic nie będzie.

ŠEL JSI KOLEM 

Je to bědné , předměstské kluziště ,
polévané štědrovečerní lžicí
a zmrzlé na Tři krále …
V jeho koutku vyhrává stařík na gramofon .
 Že má jen jednu desku , obrací ji stále ,
přeněžně sfoukává s jejího povrchu sníh
a opatrně spouští její hudbu ,
která se třese jako kobyla před připouštěním
nebo jako lístkové zlato nesčíslné falše ,
která by byla vyslýchána každá zvlášť
něčím už dávno zrezivělým .

Celý zjev staříka je podsklepní ,
ale současně vystouplý ,
jako by měl šaty na půdě ,
stále obrací touž desku ,
ale už dávno přestal vyměňovat jehlu ,
tváře se při tom trochu spiklenecky ,
neboť on dobře cítí ,
že i život ho zprobodává
stále týmž a jedním ostnem ,
když se už dávno rozhod na něm šetřit
a nepeklit se s něčím , co už nevykřeje .




Basilio Sánchez

1958 – , España

***

Paisaje de invierno

Donde el agua se espesa, una palabra
que se queda en los labios es un hilo de nieve.

Donde la voz se pierde está el secreto
de las manos del frío,
de todas las pequeñas hojas cristalizadas.

Una estrella oscilante se detiene
para la intimidad de la vigilia.
La calle está mojada, el paseante
va pisando la luna bajo la indiferencia de los árboles,
bajo la indiferencia de una noche
que ahora mismo se ordena
sobre las previsiones de sus lámparas.

Como un faro en lo alto,
la luz en la ventana de una mujer que duerme
ilumina los ojos
de otra mujer que, al borde de la cama,
permanece despierta mientras crece
la sombra de sus manos,
su invisible soledad de otro mundo.

La herida del invierno te ha llevado a creer.

Fotografías de Katia Chausheva

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pejzaż zimowy

Tam, gdzie woda gęstnieje, słowo
osadzone na wargach staje się nitką śniegu.

Tam, gdzie głos przepada, kryje się tajemnica
rąk chłodu,
wszystkich maleńkich listków z kryształu.

Oscylująca gwiazda zastyga
w imię intymności czuwania.
Mokre ulice, przechodzień
depcze księżyc pod osłoną obojętności drzew,
pod osłoną obojętności nocy
która właśnie wyrusza
wedle przewidywań swoich lamp.

Jak latarnia morska na wysokości,
światło w oknie śpiącej kobiety
rozświetla oczy
innej kobiety, która, na skraju łóżka,
czuwa, podczas gdy rośnie
cień u jej rąk,
niewidoczna samotność z innego świata.

Zimowa szrama kazała ci uwierzyć.

Aby wejść w biel, potrzebujesz serca.

Aurora Luque

1962 – , España

LA ESCARCHA

Madrugada de invierno. Insomnio. Oscuridad.
Sé que afuera está helando.
Hiela en el huerto, hiela en las montañas.
Traza abrazos la escarcha.
El frío atroz obliga a las moléculas
del agua a renunciar a su ser-danza.
La fluidez se torna abrazo rígido,
lazo de hielo blanco.
La gota sola aferra a la otra gota
y entretienen así el amargo clima.

Así, en el interior, ocurre a los recuerdos.
Una desolación helada los abraza.

Es tanto el frío adentro.
Un amago de vida recordada
extiende un brazo rígido y polar
hacia un recuerdo aún más entumecido.
Una red que construye sus destellos
en las desolaciones de los climas
con cristales tristísimos y rotos.
La memoria funciona como escarcha.

Collage propio (yo en 1983)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Szron

Zimowy poranek. Bezsenność. Mrok.
Wiem, że jest zimno na zewnątrz.
Sady ścina mróz, mróz ścina góry.
Szron bierze je w objęcia.
Potworne zimno zmusza cząsteczki
wody do wyrzeczenia się swej tanecznej natury.
Płynność staje się sztywnym uściskiem,
białą wstęgą z lodu.
Samotna kropla lgnie do drugiej kropli
i tak oto zabawia ten cierpki klimat.

To samo spotyka wewnątrz nasze wspomnienia.
Ogarnia je lodowe spustoszenie.

Tak strasznie zimno jest od wewnątrz.
Podszept zapamiętanego życia
wysuwa swe polarne zesztywniałe ramię
ku jeszcze bardziej odrętwiałemu wspomnieniu.
Sieć, która wznosi swoje błyski
w spustoszonych strefach klimatycznych
z przesmutych i potłuczonych kryształków.
Pamięć zachowuje (się) jak szron.

Robert Walser

1987-1956, Suiza

Más poemas en La nube habitada

Trad. Carlos Ortega

Serenidad

Desde que decidí
abandonarme al tiempo, siento en mí
un cálido sosiego.

Desde que decidí
burlarme de las horas y los días,
terminaron mis quejas.

Me he quitado la carga
de las culpas que tanto daño me hacen
con una frase clara:
quiera extinguirse o no,
el tiempo es el tiempo,
siempre encuentra a un valiente como yo
en el sitio de siempre.

Fotogramas y fotos del rodaje de El regreso de Andrey Zvyagintsev

Tłum. Ada Trzeciakowska

spokój

Odkąd zdałem się na czas
czuję, że rośnie we mnie,
ciepły, cudowny spokój.

Odkąd wyśmiewam otwarcie
dni i godziny
ustały moje żale.

I uwolniłem się od ciężaru
win, które przysporzyły mi bólu,
wypowiadając te słowa:
Czas to czas, choćby dobiegł końca,
zawsze znajdzie tak kogoś odważnego jak ja
w tym samym miejscu co zawsze.

Gelassenheit

Seit ich mich der Zeit ergeben,
fühl’ ich etwas in mir leben,
warme, wundervolle Ruh’.

Seit ich scherze unumwunden
mit den Tagen, mit den Stunden,
schließen meine Klagen zu.

Und ich bin der Bürd’ entladen,
meiner Schulden, die mir schaden,
durch ein unverblümtes Wort:
Zeit ist Zeit, sie mag entschlafen,
immer findet sie als braven
Menschen mich am alten Ort.

Zbigniew Herbert

1924-1998, Polonia

¡Felices fiestas, paz e ilusión

(por muy modesta que sea)!

Trad. Ada Trzeciakowska

JARDÍN DE INVIERNO

Como hojas se caían los párpados se corroían tiernas miradas
bajo la tierra temblaban las gargantas sofocadas de las aguas
al final calló la voz del ave la última hendidura entre la piedra
y entre las plantas más diminutas la inquietud murió como un lagarto

verticales líneas de árboles en báscula del horizonte
un rayo oblicuo cayó sobre la tierra que se quedó inmóvil
La ventana ya está cerrada Se detuvo el jardín de invierno
Los ojos están húmedos y una nube junto a los labios

– quién fue el pastor que rescató los árboles Quién tocó
para reconciliarlo todo mano rama y cielo
su forminge real como brazos de la muerta
lleva el boreal Orfeo

pataleo de angelicales pies sobre la cabeza
como escamas de alas cae la nieve
la calma es una línea perfecta que
iguala la tierra con la constelación de Libra

para huerto blanco brotes de miradas – que no vuelva a herirnos jamás el amor
para hados crueles un puñado de pelos – que en el aire purísimo se consuman

Fotos propias. Vaciamadrid.

¡wesołych Świąt, pełnych spokoju i nadziei

(choćby najskromniejszej)!

zimowy ogród

Jak liście opadały powieki kruszyła się czułość spojrzeń
drżały pod ziemią jeszcze zduszone gardła źródeł
na koniec zamilkł głos ptaka ostatnia szczelina w kamieniu
i wśród najniższych roślin niepokój zmarł jak jaszczurka
 
pionowe linie drzew na horyzontów wadze
ukośny promień padł na zatrzymaną ziemię
Okno zamknięte jest Stanął zimowy ogród
Oczy wilgotne są i mały przy ustach obłok
 
– jaki to pasterz wyprowadził drzewa Kto grał
tak aby wszystko pogodzić rękę gałąź i niebo
formirtgę pewną jak ramiona zmarłej
północny niesie Orfeusz
 
tupot anielskich ponad głową stóp
jak łuska skrzydeł leci śnieg
cisza jest linią doskonałą która
porówna ziemię z gwiazdozbiorem Waga
 
zimowym sadom pąki spojrzeń – niech miłość nas już nie kaleczy
okrutnym losom włosów garść – niech spala się w powietrzu czystym 

Transl. Alissa Valles

Winter Garden

Eyelids fell like leaves the tenderness of glances crumbled
the stifled throats of springs still trembled under the earth
finally the bird’s voice fell silent the last crevice in a rock
and down amid the lowest plants unrest froze like a lizard

plumb lines of trees on the horizon’s scales
a slanting ray fell on an earth come to a halt
The window is shut The winter garden froze
Eyes are teary little clouds form at the mouth

—what shepherd led the trees off Who played
to reconcile everything hand branch and skies
a phorminx sure as a dead woman’s shoulders
carried by a northern Orpheus

a patter of angelic feet over our heads
snow falls like wings shedding scales
quietness is a perfect line which brings
earth level with the constellation Libra

buds of glances for winter orchards—may love not wound us
a clutch of hair for cruel destiny—may it burn in the pure air

Robert Walser

1987-1956, Suiza

Más poemas en La nube habitada

Trad. Carlos Ortega

ved

¿Me veis yendo por los prados
de niebla ajados y yertos?
Siento nostalgia de casa,
adonde nunca he llegado,
y no tengo la esperanza
de alcanzarla alguna vez.
Hacia esa intocada casa
llevo la nostalgia siempre
viva, no como este prado
yerto y marchito de niebla.
¿Me veis yendo con mi miedo?

Fotograma de El caballo de Turin de Béla Tarr; Nostalghia de Andréi Tarkovsky; grabado de Karl Walser

Tłum. Ada Trzeciakowska

Zobaczcie

Czy widzicie jak błąkam się po łąkach,
martwych i skostniałych od mgły?
Noszę w sobie tęsknotę za domem,
za domem, do którego nigdy nie dotarłem,
i nie mam nadziei że kiedykolwiek
uda mi się go dosięgnąć.
Do takiego domu, jeszcze nigdy nie tkniętego,
noszę w sobie tęsknotę, co nigdy nie
umiera, tak jak umiera ta łąka,
skostniała i martwa od mgły.
Czy widzicie, jak z lękiem po niej błądzę?

Transl. Daniele Pantano

See you

You do see me crossing the meadow
stiff and dead from the mist?
I long for that home,
that home I’ve never had,
and without any hope
that I’ll ever be able to reach it.
For such a home, never touched,
I carry that longing that will
never die, like that meadow dies
stiff and dead from the mist.
You do see me crossing it, full of dread?

SEHT IHR

Seht ihr mich über Wiesen ziehn,
die steif und tot vom Nebel sind?
Ich habe Sehnsucht nach dem Heim,
dem Heim, noch nie von mir erreicht,
und auch von einer Hoffnung nicht
berührt, daß ich es jemals kann.
Nach solchem Heim, noch nie berührt,
trag’ ich die Sehnsucht, nimmermehr
stirbt sie, wie jene Wiese stirbt,
die steif und tot vom Nebel ist.
Seht ihr mich angstvoll drüber ziehn?

Robert Walser

1987-1956, Suiza

Más poemas en La nube habitada

Trad. Carlos Ortega

CRUDO INVIERNO

En la ventana se hunden esas flores
delicadas, inmensamente tiernas;
la luna amarillenta como una enorme lágrima
cuelga desde el jardín de espesa bruma.

Un jardín es el mundo, en el que ahora
todo placer ha muerto,
y cielo y voz se pudren. Son las flores
su sentido pasmado en la ventana.

Por los blancos tejados,
por los campos que siempre están tan blancos,
la luna va llorando, por las estancias donde
los hombres o son locos o son sabios.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Głęboka ZIMA

W okienne szyby wtopione są
te tkliwe, nieskończenie delikatne
kwiaty, jak wielka łza
zwisa z zamglonego ogrodu żółty księżyc.

Jest to ogród, świat, w którym
wszelka żądza już obumarła,
a głos i niebo zgniły.
Szklane kwiaty to zmrożone zmysły i sens.

Nad morzem białych dachów
nad polami, które tak samo białe są,
płacze księżyc, nawet w mroku pokojów
gdzie ludzie szaleńcami lub mędrcami są.

Tiefer Winter

In die Fensterscheiben sind jene
unendlich zärtlichen, zarten
Blumen gegraben, als große Träne
hängt der gelbe Mond aus dem Nebelgarten.

Das ist ein Garten, die Welt, worin
jetzt alle Wollust gestorben
und Laut und Himmel verdorben.
Die Fensterblumen sind der erstarrte Sinn.

Auf die vielen weißen Dächer
auf die Felder, die ebenso weiß sind,
weint der Mond, auch in Gemächer,
wo Menschen toll oder weis’ sind

Miłosz Biedrzycki

1967 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Qué puedo decirles a ustedes

Qué puedo decirles a ustedes.
Esta no es una situación natural.
En la calle la gente conversa de esta forma.
Por la luna del autobús se ven unos rótulos en la parada,
por el parabrisas del coche otros. El flaco no comprenderá al gordo,
su disnea ni dificultades a la hora de comprar la ropa.
Y antes de que el grande se encoja,
del pequeño no quedará ni rastro.
Viajar en medio de una ventisca, en medio de la niebla como por un túnel,
buscar el mundo con la vista por un trozo de cristal libre de vaho.
Viajar en medio de una tormenta de arena que se arrastra
a través del paralelo.
La gente no se habla de esta forma. Si llega el caso,
antes aprietan los dientes sobre ellos, los brazos, la ropa, el dinero que deben.
Viajar entre ondulantes lonas de lluvia
con el signo de interrogación en lugar de la cabeza.
Con el signo de interrogación invertido, como en español,
que abre la oración, el camino en el túnel de escarcha.
Con el punto final en el lugar donde convergen las líneas paralelas –

Fotografías de Saul Leiter

Co ja mogę do państwa powiedzieć

Co ja mogę do państwa powiedzieć.
To nie jest naturalna sytuacja.
Ludzie w ten sposób nie rozmawiają ze sobą na ulicy.
Z okna autobusu widać inne napisy na przystanku,
z okna samochodu inne. Chudy grubego nie zrozumie,
jego zadyszki i kłopotów z kupowaniem ubrań.
A zanim wielki się obkurczy,
po małym nie zostanie śladu.
Jechać przez zadymkę, przez mgłę jak przez tunel,
wypatrywać świata w odchuchanym skrawku szyby.
Jechać przez burzę piaskową przewalającą się
w poprzek równoleżnika.
Ludzie tak do siebie nie mówią. Kiedy mają okazję,
raczej zaciskają na sobie zęby, ramiona, ubrania, należności.
Jechać przez faliste płachty deszczu
z pytajnikiem zamiast głowy.
Z hiszpańskim odwróconym pytajnikiem
otwierającym zdanie, drogę w tunelu z szadzi.
Z kropką w punkcie zbiegu równoległych linii –

Miłosz Biedrzycki

1967 – , Polonia

Trad. Manel Bellmunt Serrano

*** El frío

 El frío era tal que los árboles gritaban
las estrellas se apagaban en acompasados
intervalos de tiempo y se precipitaban
con el delicado tintineo
de un vaso golpeado con un cuchillo
también busco el silencio
pero el mero callar
seguramente no bastará

Fotografías de Masao Yamamoto

*** Mróz

Mróz był taki, że drzewa krzyczały
gwiazdy w miarowych odstępach
czasu gasły i osuwały się w dół
z delikatnym brzękiem
trącanej nożem szklanki
też szukam ciszy
ale samo milczenie
pewnie nie wystarczy?

María Ángeles Pérez López

1967 – , España

***

Febrero ha empezado del modo más cruel.
De las praderas frías de Polonia
bajan juntos los lobos y la angustia
para morder los sueños de los hombres.
El color que le falta a la mañana
late en el corazón del azor negro,
y las urracas temen por su vida
como lo harán las corzas, las mujeres,
las pequeñas calandrias de Mongolia.
También se esconde el miedo y solo queda
una extensa pradera torturada
que laminó la escarcha y su cuchillo
En ella sobrevuela la ventisca
su hermosura que todo lo devora
y florecen amargas las palabras
que el viento no ha podido devastar
(hambre, beso, ferocidad, indígnitas). 
Sobre el suelo aterido, una poeta
sonríe y se acurruca, se adormila
en la paciencia del reloj de sol.
Ella entiende lo que el amor no entiende 
y su peso es ligero y convencido.
Abraza contra sí todos sus días
y sus objetos llegan a llamarla,
pero ya no hacen falta ni las llaves 
ni el peine ni el abrigo que enfermó
mordido por los lobos de la noche.
Nada le falta al día empobrecido.
Solo una mujer sabia y vieja y libre
que duerme junto al viento y lo estremece.

(a Charo Ruano, por Wisława)

* Wisława Szymborska falleció el día 1 de febrero de 2012

Tłum. Ada Trzeciakowska

***

Luty rozpoczął się okrutnie.
Z zimnych nizin w Polsce
nadciągają naraz wilki i trwoga
by pogryźć ludziom sny.
Kolor uszedłszy z brzasku
bije w sercu czarnego jastrzębia,
a sroki drżą o swoje życie
jak zadrżą sarny, kobiety,
małe skowronki z Mongolii.
Strach też skrył się i pozostała tylko
rozległa udręczona nizina 
ścięta szronem i jego nożem
Nad nią przesypuje się śnieżyca
piękno jej wszystko pochłania
i kwitną gorzkie słowa,
których wiatr nie mógł ukruszyć
(głód, pocałunek, dzikość, nikczemność).
Na skostniałej ziemi, poetka
uśmiecha się i kuli, zasypia
w cierpliwości słonecznego zegara.
Rozumie to czego miłość nie rozumie
a jej waga jest lekka i doniosła.
Przytula do siebie wszystkie swoje dni
a jej rzeczom udaje się ją przywołać,
lecz nie potrzeba już kluczy
ani grzebienia, ani płaszcza, który rozchorował się
pogryziony przez wilki nocy.
Niczego już nie brak zubożałemu dniowi
Tylko tej mądrej kobiety, starej i wolnej
co śpi na wietrze i przejmuje go dreszczem. 

(dla Charo Ruano, przez Wisławę)

Wisława Szymborska zmarła 1 luego 2012 roku.