Hans Magnus Enzensberger

1929 – 24 de noviembre de 2022 (Alemania)

Trad. Heberto Padilla

Apocalipsis. Escuela umbría, hacia 1490

No es joven ya, suspira,
saca un gran lienzo, medita,
discute tenaz y largamente con el cliente,
un carmelita avaro llegado de los Abruzzos.
Prior o superior. Ya comienza el invierno.
Crujen las articulaciones de sus dedos, crujen las ramas
en la chimenea. Suspirando imprimará el lienzo,
lo dejará secar, y lo imprimará de nuevo,
bosqueja deprisa sus figuras
en cartoncitos, simples esbozos que destaca
con blanco de plomo.
Vacila, tritura los colores, los deja unas semanas.
Y un buen día, tal vez el miércoles de Ceniza
o el día de la Candelaria, al despuntar el alba,
moja el pincel en sombra calcinada:
hará un cuadro sombrío. ¿Por dónde comenzar
cuando se quiere pintar el fin del mundo?
Conflagraciones, islas a la deriva, relámpagos
y torres y almenas y pináculos cayendo con tanta lentitud.
Cuestiones técnicas, problemas de composición.
Destruir todo un mundo es difícil tarea.
Muy arduos de pintar son los sonidos, por ejemplo,
el de la cortina rasgada en el templo,
el mugir de las bestias, el trueno; pues todo
debe desgarrarse o ser desgarrado,
todo menos el lienzo. Y no puede haber dudas
sobre el plazo de entrega: a más tardar para Todos los Santos.
Es necesario que, al fondo, el mar impetuoso una y mil veces
sea matizado con verdes destellos espumosos,
atravesado por mástiles
y los barcos hundiéndose verticalmente, naufragios,
mientras afuera, en pleno mes de julio, ni un perro
cruzará la plaza polvorienta.
El pintor se ha quedado solo en la ciudad,
sin mujeres, sin discípulos ni sirvientes.
Parece fatigado, quién lo hubiera creído,
mortalmente fatigado. Todo es ocre, sin sombra,
todo petrificado, fijo en una suerte de
eternidad maligna; salvo el cuadro, que va
adquiriendo forma, que se va ensombreciendo poco a poco,
que se inunda de sombra, gris acero, gris lívido,
gris tierra, violeta pálido,
caput mortuum; que se llena de diablos, de jinetes,
de masacres, hasta que el fin del mundo quede culminado.
Y el pintor,
por un instante reanimado,
absurdamente alegre como un niño,
como si le hubiesen regalado la vida,
invita esa misma tarde
a mujeres y niños, amigos y enemigos,
a disfrutar de su vino, sus trufas frescas y sus becadas,
mientras desde fuera llega el rumor de la primera lluvia del otoño.

de El hundimiento del Titanic

Collage propio con un cuadro de Zdzisław Beksiński

Tłum. Grzegorz Prokop

Apokalipsa. Szkoła umbryjska, około 1490

W końcu nie jest młodzikiem, wzdycha,
wyciąga duże płótno, rozmyśla, układa się długo
 i uparcie z człowiekiem zamawiającym obraz,
skąpym karmelitą z Abruzzów,
albo członkiem kapituły. Idzie zima,
palce trzeszczą w stawach, chrust
trzeszczy w kominie. On wzdycha, kładzie grunt,
czeka, aż podkład wyschnie, drugi raz gruntuje,
szkicuje, niecierpliwie, na małych kawałkach kartonu
swoje postacie, schematycznie, wydobywa je kryjącą bielą.
Zwleka, rozciera farby, guzdrze się
przez wiele, wiele tygodni. Potem, pewnego dnia,
nadeszła już tymczasem Środa Popielcowa
albo Matki Boskiej Gromnicznej, bladym świtem,
macza pędzel w umbrze naturalnej palonej, maluje:
To będzie ciemny obraz. Jak zacząć
malować zagładę, koniec świata? Morza ognia,
wyspy, które zniknęły i błyskawice; mury, blanki
i wieże, walące się zadziwiająco jednocześnie:
problemy techniczne, zagadnienia kompozycyjne.
Trzeba włożyć wiele pracy, żeby świat zniszczyć do końca.
Szczególnie trudno namalować dźwięki,
rozdzieranie się zasłon w świątyni,
ryk zwierząt, grzmot. Bo wszystko
musi się podrzeć, zostać rozdarte, wszystko
z wyjątkiem płótna. A termin już
ustalono: najpóźniej w Zaduszki.
Do tego czasu trzeba, w tle, polaserować
rozszalałe morze, po tysiąckroć, z zielonymi,
spienionymi światłami, przebite przez maszty
statków zapadających się prosto w głębinę.
wraków, tymczasem na dworze, jest już środek lipca,
nawet pies się nie rusza na zakurzonym placu.
Malarz sam został w mieście,
opuściły go kobiety, uczniowie, służba.
Chyba jest znużony, kto by pomyślał, śmiertelnie
znużony. Wszystko ma barwę ochry, nie ma cieni,
wszystko trwa w bezruchu, zatrzymane, martwe, w stylu
gniewnej wieczności; tylko nie obraz.
Obraz rośnie, powoli ciemnieje, wypełnia się
cieniami, stalowobłękitnymi, ziemiście szarymi, ponurym
fioletem, caput mortuum; wypełnia się diabłami, jeźdźcami,
rzeziami; aż wreszcie koniec świata
szczęśliwie jest ukończony, malarzowi
jest lżej, na króciutką chwilę;
bezgranicznie pogodny, jak dziecko,
jak gdyby darowano mu życie,
zaprasza, tego samego wieczora,
kobiety, dzieci, przyjaciół i wrogów
na wino, świeże trufle i bekasy,
a na dworze szumi tymczasem pierwszy jesienny deszcz.

Z Zagłady Titanica

Apokalypse. Umbrisch, etwa 1490

Er ist nicht mehr der Jüngste, er seufzt,
er holt eine große Leinwand hervor, er grübelt,
verhandelt lang und zäh mit dem Besteller,
einem geizigen Karmeliter aus den Abruzzen,
Prior oder Kapitular. Schon wird es Winter,
die Fingergelenke knacken, das Reisig
knackt im Kamin. Er seufzt, grundiert,
läßt trocknen, grundiert ein andermal,
kritzelt, ungeduldig, auf kleine Kartons
seine Figuren, schemenhaft, hebt sie mit Deckweiß.
Er zaudert, reibt Farben an, vertrödelt
mehrere Wochen. Dann, eines Tages, es ist
unterdessen Aschermittwoch geworden
oder Maria Lichtmeß, taucht er, in aller Frühe,
den Pinsel in die gebrannte Umbra und malt:
Das wird ein dunkles Bild. Wie fängt man es an,
den Weltuntergang zu malen? Die Feuersbrünste,
die entflohenen Inseln, die Blitze, die sonderbar
allmählich einstürzenden Mauern, Zinnen und Türme:
technische Fragen, Kompositionsprobleme.
Die ganze Welt zu zerstören macht viel Arbeit.
Besonders schwer sind die Geräusche zu malen,
das Zerreißen des Vorhangs im Tempel,
die brüllenden Tiere, der Donner. Alles
soll nämlich zerreißen, zerrissen werden,
nur nicht die Leinwand. Und der Termin
steht fest: Allerspätestens Allerseelen.
Bis dahin muß, im Hintergrund, das wütende Meer
lasiert werden, tausendfach, mit grünen,
schaumigen Lichtern, durchbohrt von Masten,
lotrecht in die Tiefe schießenden Schiffen,
Wracks, während draußen, mitten im Juli,
kein Hund sich regt auf dem staubigen Platz.
Der Maler ist ganz allein in der Stadt geblieben,
verlassen von Frauen, Schülern, Gesinde.
Müde scheint er, wer hätte das gedacht,
sterbensmüde. Alles ist ocker, schattenlos,
steht starr da, hält still in einer Art
böser Ewigkeit; nur das Bild nicht. Das Bild
nimmt zu, verdunkelt sich langsam, füllt sich
mit Schatten, stahlblau, erdgrau, trübviolett,
caput mortuum; füllt sich mit Teufeln, Reitern,
Gemetzeln; bis daß der Weltuntergang
glücklich vollendet ist, und der Maler
erleichtert, für einen kurzen Augenblick;
unsinnig heiter, wie ein Kind,
als war ihm das Leben geschenkt,
lädt er, noch für den selben Abend
Frauen, Kinder, Freunde und Feinde
zum Wein, zu frischen Trüffeln und Bekassinen,
während draussen der erste Herbstregen rauscht.

Robert Krajewski

1970 – 1991, Polonia

Después de ocho meses he vuelto a Polonia, a casa de mi madre y a la ciudad donde crecí. Lo celebro hoy con la vodka de frambuesa de mi madre y este poema de Robert.

Robert fue un poeta que creció en la misma ciudad que yo, una mediana y postindustrial ciudad de provincia en Polonia central. También estudiábamos en el mismo instituto. Las clases de Lengua y Literatura nos marcaron a ambos. Nos enseñaba el profesor Włodzimierz Rutkowski, que convertía estas horas en obras de arte, en unas clases magistrales de nivel académico. Participábamos en los mismos concursos literarios solo que yo lo hice siete años más tarde. Robert murió a los 21 años a causa de un hematoma intracraneal cuya existencia ignoraba. Dejó 77 poemas, que los críticos incluyen dentro de la corriente de la imaginación envalentonada (junto con Roman Honet). Le obsesionaba la muerte, la búsqueda de la ternura en un mundo donde el amor es imposible. Su fuerza radica en la absoluta sinceridad que implica nihilismo y una postura crítica. Su último poemario (1991) se titula Algo de una tortura latente.

Trad. Ada Trzeciakowska

EN LA ORILLA DE NADIE

Del dolor justo mejor
No te protejas, ni pienses
que la pena justa te ofenderá.
(C.K. Norwid)

Vinisteis  de un país
donde todos los ojos se apagaron una noche

Amasteis esta orilla no invadida por el dolor

alimentasteis a los cisnes
que, con su blancura, os separaban de las cenizas

a veces salían a la orilla
visteis
cómo se arrancaban las plumas
cómo se contoneaban por la orilla
de nadie

poco a poco acortaron la distancia
pensasteis en lo hermoso que sería
cuando sus grandes alas los elevasen con estrépito al cielo

se adormecieron vuestras almas encanecidas

pensasteis que sería hermoso
pero ellos no alzaron el vuelo
cayeron envenenados por vuestro pan

La consagración de la primavera de Pina Busch (collage propoo)

Po ośmiu miesiącach jestem z powrotem w Polsce, w domu mamy, w mieście, w kórym dorastałam. Świętuję malinówką mamy i tym oto wierszem Roberta.

Robert był poetą, który dorastał w tym samym mieście co ja – średniej wielkości, postindustrialnym, prowincjonalnym mieście w centralnej Polsce. Uczyliśmy się również w tym samym liceum. Zajęcia z języka i literatury odcisnęły piętno na nas wszystkich. Uczył nas profesor Włodzimierz Rutkowski, który potrafił zamienić te godziny w dzieła sztuki, w mistrzowskie wykady na poziomie akademickim. Braliśmy udział w tych samych konkursach literackich, tylko, że ja siedem lat później. Robert zmarł w wieku 21 lat z powodu krwiaka śródczaszkowego, o istnieniu którego nie wiedział. Pozostawił 77 wierszy, które krytycy zaliczają do nurtu wyobraźni ośmielonej (obok Romana Honeta). Jego obsesją była śmierć, poszukiwanie czułości w świecie, w którym miłość jest niemożliwa. Jego siła tkwi w absolutnej szczerości, która implikuje nihilizm i postawę krytyczną. Jego ostatni zbiór wierszy (1991) nosi tytuł Coś z utajonej kaźni.

NA BRZEGU NICZYIM

Oto lepiej smutku sprawiedliwego
Nie chroń się, ani myśl, że boleść
Sprawiedliwa obrazi cię.
(C.K. Norwid)

przyszliście z kraju
gdzie jednej nocy wszystkie oczy pogasły

pokochaliście ten brzeg nie porośnięty boleścią

karmiliście łabędzie
które bielą swoją oddzielały was od popiołów

czasami wychodziły na ląd
widzieliście
jak łuskają swoje pióra
jak stąpają po brzegu
niczyim

stopniowo zmniejszały dystans
myśleliście jak będzie pięknie
gdy wielkie skrzydła wzniosą je z łoskotem do nieba

ukołysały się wasze dusze siwiejące

myśleliście że będzie pięknie
lecz one nie wzleciały
padły zatrute waszym chlebem

Ryszard Krynicki

1943 – , Polonia

A este poema ha aludido hoy Adam Michnik al recoger el Premio Princesa de Asturias de Comunicación y Humanidades 2022.

(….) Desde las páginas del diario que fundó, Gazeta Wyborcza, en la actualidad uno de los periódicos de mayor difusión de Europa central, Michnik siempre ha defendido el diálogo por encima de toda clase de divisiones entre las más diversas culturas, razas, ideologías, sociedades y etnias. También es un firme defensor del ingreso de su país en la Unión Europea. El reportero pasó seis años en las prisiones del régimen comunista polaco y fue uno de los impulsores de la reconciliación nacional, tomando como ejemplo el modelo español de los Pactos de la Moncloa a los que se ha referido expresamente como “camino hacia la democracia a través del diálogo y el consenso”. (fuente y el discurso completo)

Trad. Ada Trzeciakowska

Los fascistas cambian de camisa

Los fascistas vuelven a cambiar de camisa.
Cambian sus camisas negras por las horas blancas
por manchas blancas en los periódicos póstumos de una ciudad vaciada,
de cuyas páginas se han quitado las últimas huellas de sangre
sin que se convirtiera en bandera.

El cerebro reventado de un animal aplastado por las orugas de un tanque,
el cerebro reventado de la costa,
el cerebro reventado del océano,
el cerebro reventado del mundo provisional,
los fascistas vuelven a cambiar de camisa
de la suya y de la de sus víctimas.

En las camisas blancas se aprecian menos las huellas del cerebro,
En las camisas negras se aprecian menos las huellas de sangre.

Los fascistas vuelven a cambiar de camisa póstuma del mundo provisional
y recogen de la consigna sus banderas protectoras,
en blanco y negro,
que incluso como obituarios suelen resultar falsas.

de Organismo colectivo (1975)

Caricatura de Artur Szyk (1894-1951)

Faszyści zmieniają koszule

Faszyści znowu zmieniają koszule.
Czarne koszule zmieniają na białe godziny
na białe plamy w pośmiertnych gazetach opustoszałego miasta,
z którego stronic wywabiono ostatnie ślady krwi
nie przemienionej na sztandar.

Rozpryśnięty mózg zmiażdżonego gąsienicami czołgu zwierzęcia,
rozpryśnięty mózg wybrzeża,
rozpryśnięty mózg oceanu,
rozpryśnięty mózg tymczasowego świata,
faszyści znowu zmieniają koszule
swoje i swoich ofiar.

Na białych koszulach mniej widoczne są ślady mózgu,
na czarnych koszulach mniej widoczne są ślady krwi.

Faszyści znowu zmieniają pośmiertne koszule tymczasowego świata
i odbierają z przechowalni swoje ochronne, czarno-białe
sztandary,
które nawet jako nekrologi bywają fałszywe.

z Organizm zbiorowy (1975)

Adam Zagajewski

1945 – 2021 , Polonia

Trad. Jerzy Sławomirski y Anna Rubió

Dos ciudades

En el año 1945, casi toda la familia hizo las maletas y llenó los baúles preparándose para abandonar Lvov o sus aledaños. Al mismo tiempo liaban los bártulos innumerables familias alemanas obligadas a dejar sus casas y sus pisos de Silesia, Gdańsk, Szczecin, Olsztyn y Królewiec. Millones de personas comprimieron con las rodillas las tapas rebeldes de maletas que no cerraban bien. Ocurría así por orden de tres caballeros de edad provecta que se habían dado cita en Yalta.
En octubre del mismo año ya estábamos en la ciudad peor, en Gliwice. Aún estacionaba allí el Ejército Rojo y, al caer la noche, en los callejones oscuros resonaban a menudo ráfagas de metralleta (eso me contaron después).
Mis tías y mis tíos, sus conocidos y los primos de sus conocidos, aquellas familias, clanes y tribus, abandonaron Lvov para reencontrarse —no todos, aunque sí la mayoría— en las calles de Gliwice.
¿Qué clase de ciudad era aquélla? Peor. Más pequeña. Insignificante. Industrial. Ajena. Mi madre lloraba al caminar por sus calles.
Pero teníamos que vivir allí. Y, válgame Dios, allí también había amaneceres y ocasos, y las mismas estaciones recorrían el calendario y los parques municipales. Dominaba sobre la ciudad una réplica de madera de la torre Eiffel, la antena de una emisora de radio de antes de la guerra.
(…)
Los nuevos habitantes de Gliwice se asemejaban a los europeos normales y corrientes sólo en apariencia. La mayoría eran deportados del este, inmigrantes de fecha reciente, inmigrantes que, no obstante, nunca habían abandonado su país. Su país se había desplazado hacia el oeste, y ellos con él. Además, casi todos podían anteponer al nombre de su profesión, vocación u oficio la palabreja «ex». Eran ex jueces, ex oficiales, ex profesores (por no decir nada de ex niños) despojados de su existencia anterior por el nuevo régimen que examinaba con lupa el pasado de cada ciudadano, siempre que el ciudadano tuviera algún pasado. Pero hasta los más pobres entre los pobres tenían alguno.
(…)
La gente del mercado de hortalizas de la calle Bytomska sólo era real y contemporánea en parte, mientras que por lo demás recordaban sombras, unas sombras vivientes. Inmigrantes en su propio país, ex profesores de una universidad que ya no existía, ex oficiales de un ejército que había sido disuelto, ex consejeros y ex letrados con el deje oriental de un Oriente desaparecido, rangos pertenecientes a otra era, abrigos que habían sido vueltos del revés por enésima vez, zapatos de cuero de los de antes, sombreros desteñidos con etiquetas de tiendas ya inexistentes.
Sólo los huevos, los tomates y las cerezas eran los de siempre, reales, triviales y palpables.
Mis padres formaban parte de la generación joven, de modo que no se vieron en la necesidad cambiar de vestimenta o lo hicieron poquísimo, justo lo imprescindible. Sin embargo, los desterrados que habían llegado a Gliwice con una edad avanzada, ya no se sentían con ánimos para cambiar nada en su manera de vestir, hablar o pensar. Lo anticuado se les había pegado como el olor a naftalina. Ternos pasados de moda, americanas de verano con las mangas cortadas, perneras de filderretor con la raya marcada por los siglos de los siglos, zapatos de hacía veinte años. Caminaban con cuidado para no dañar la suela ni rasguñar el cuero. Profesores, abogados, zapateros, ujieres, oficinistas y tranviarios se paseaban por los senderuelos del parque y descansaban a la sombra de castaños y hayas plantados todavía por los alemanes. Se aburrían, tenían que subsistir con unas pensiones miserables, o sea que daban vueltas por la ciudad, pisando con dignidad los antiguos adoquines germánicos.
Nunca pensé que aquellos paseos fueran una lenta agonía. Callejeaban, contemplando con aire de sorpresa los ladrillos prusianos de los edificios. Estaban ensimismados en su morir y asombrados por el lugar donde les había tocado hacerlo. Morían desconfiados, porque no conocían bien aquel pueblo, aquel aire ni aquella tierra. Algunos tenían prisa; otros, al contrario, intentaban dejar la muerte para más adelante y así poder echar una ojeada al paisaje, conocer los árboles locales y familiarizarse con la tierra.
Perdían la memoria. La mayoría por razones biológicas, a causa de la vejez, pero algunos parecían desear que llegaran la esclerosis y el olvido, y elegían de buen grado la vida en una niebla donde se confundían las épocas, las personas y las fechas. En mi familia también había ancianos que perdieron la memoria: mis dos abuelas y mi abuelo. Yo los acompañaba en sus paseos, los llevaba cogidos del brazo y les explicaba dónde estábamos y a dónde íbamos. ¡Yo, que aún no sabía nada, les serví con mi memoria! Y ellos, que tanto hubieran podido contarme de su larga vida, no fueron capaces de ordenar sus pensamientos.
Al perder la memoria, regresaban a la ciudad perdida. Paradójicamente, para ellos perder la memoria significaba recuperarla, porque, como es sabido, la amnesia parcial que acompaña a la vejez consiste en la pérdida de control sobre las capas más recientes de recuerdos y en el retorno a las antiguas reminiscencias que nada ni nadie es capaz de borrar. Regresaban a Lvov.
Así pues, recorría las calles de Gliwice con mi abuelo —porque era suyo el paso que yo trataba de igualar más a menudo—, pero, de hecho, cada uno paseaba por una ciudad distinta. Yo era un rapazuelo juicioso que tenía una memoria pequeña como una avellana y estaba convencido de que, caminando por las calles de Gliwice entre edificios modernistas prusianos adornados con pesadas cariátides de granito, me hallaba donde me hallaba. Sin embargo, mi abuelo, a pesar de andar a mi lado, en aquellos momentos transitaba por Lvov. Yo recorría las calles de Gliwice y él las de Lvov.

de Dos ciudades (ensayo; 1991)

Leópolis antes de la II Guerra.

Dwa miasta

W roku 1945 prawie cała rodzina pakowała walizki i skrzynie i przygotowywała się do opuszczenia Lwowa i okolic. W tym samym czasie pakowały się też niezliczone niemieckie rodziny, którym kazano porzucić ich domy i mieszkania na Śląsku, w Gdańsku, Szczecinie, Olsztynie i Królewcu. Miliony ludzi przyciskały kolanami oporne walizy; działo się tak na życzenie trzech starszych panów, którzy spotkali się w Jałcie.
W październiku tego roku znaleźliśmy się w gorszym mieście, w Gliwicach. Stacjonowała w nim jeszcze wtedy Armia Czerwona i wieczorami w ciemnych ulicach nieraz rozlegały się strzały z pepeszy (tak mi opowiadano o tym później).
Moje ciotki i moi wujowie, ich znajomi i kuzyni ich znajomych, rodziny, klany i szczepy, wszyscy, wyjechali ze Lwowa i spotkali się – nie wszyscy, ale spora ich część – na ulicach Gliwic.
Jakie to było miasto? Gorsze. Mniejsze. Niepozorne. Przemysłowe. Obce. Moja mama płakała chodząc jego ulicami.
Ale trzeba było w nim żyć. O dziwo, także i tutaj zdarzały się wschody i zachody słońca i te same pory roku przechodziły przez kalendarz i przez miejskie parki. Nad miastem wznosiła się replika wieży Eiffla, drewniana konstrukcja, nadajnik przedwojennej radiostacji
(…)
Nowi mieszkańcy Gliwic tylko pozornie przypominali zwyczajnych Europejczyków. Byli w większości deportowani ze wschodu; byli świeżymi emigrantami, lecz emigrantami, którzy wcale nie opuścili swego kraju. Kraj przesunął się na zachód, tylko tyle. I oni razem z krajem. Po drugie, prawie wszyscy mogli postawić przed nazwą swego zawodu, powołania czy egzystencji słówko „eks”. Byli to eks-sędziowie, eks-oficerowie, eks-profesorowie (nie wspominając już o eks-dzieciach), wyzuci ze swoich dotychczasowych karier przez nowy ustrój, który surowo egzaminował przeszłość każdego obywatela (jeśli tylko obywatel posiadał przeszłość; ale nawet najbiedniejsi jakąś przeszłość mieli).
(…)
Ci ludzie na targu warzywnym przy ulicy Bytomskiej tylko w części byli realni i współcześni, poza tym podobni byli raczej do cieni. Żywe cienie, emigranci we własnym kraju, eks-profesorowie nie istniejącego już uniwersytetu, eks-oficerowie nie istniejącej już armii, wschodni akcent nie istniejącego już Wschodu, eks-radcy i eks-mecenasi, rangi przynależne do innej ery, przenicowane po raz drugi płaszcze, buty z przedwojennej skóry, kapelusze spłowiałe i ozdobione znaczkami nieistniejących już firm.
Tylko jajka, pomidory i czereśnie były zwyczajne i realne, trywialne i dotykalne.
Moi rodzice należeli wtedy do młodszego pokolenia, nie musieli się więc przebierać, albo tylko w minimalnym, nieuniknionym stopniu. Ci jednak spośród wygnańców, którzy przywędrowali do Gliwic w podeszłym wieku, nie mieli już siły, by zmienić cokolwiek we własnym stroju, sposobie mówienia czy myślenia. Nieśli ze sobą dawność jak naftalinę. Staromodne garnitury, letnie marynarki o uciętych, krótkich rękawach, zaprasowane na wieczność nogawki spodni z filafilu, buty sprzed dwudziestu lat; stąpali w nich ostrożnie, by nie uszkodzić podeszwy, nie zadrapać powierzchni skóry. Chodzili po alejach parku, odpoczywali w cieniu poniemieckich kasztanów i buków, profesorowie i mecenasi, szewcy i woźni, urzędnicy i motorniczy tramwajów. Nudzili się, żyli z biednych emerytur, krążyli więc po mieście, kroczyli statecznie po poniemieckim bruku.
Nie wiedziałem, że to krążenie jest powolnym umieraniem. Chodzili ulicami, przyglądając się ze zdziwieniem pruskim cegłom kamienic. Pochłonięci byli umieraniem i zaskoczeni miejscem, w którym przyszło im umierać. Umierali nieufnie, ponieważ nie znali dobrze tej miejscowości, tego powietrza, tej ziemi. Jedni spieszyli się, drudzy, przeciwnie, starali się odłożyć śmierć na później, tak, żeby naprzód przyjrzeć się okolicom, poznać tutejsze drzewa, zioła, polubić ziemię.
Tracili pamięć. Na ogół z powodów biologicznych, ze starości, niektórzy jednak zdawali się pragnąć sklerozy i niepamięci i ochoczo wybierali mgłę, w której zlewały się z sobą epoki, osoby i daty. Także i w mojej rodzinie byli starcy, którzy tracili pamięć – moje obie babcie, mój dziadek. Towarzyszyłem im podczas spacerów, prowadziłem pod rękę, objaśniałem, gdzie jesteśmy i dokąd idziemy. Ja, który nic jeszcze nie wiedziałem, służyłem im moją pamięcią! Oni, którzy tyle mogliby mi opowiedzieć o swoim długim życiu, nie byli w stanie zebrać myśli.
Tracąc pamięć wracali do utraconego miasta. Paradoksalnie, tracąc pamięć odzyskiwali ją, ponieważ, jak wiadomo, osłabienie pamięci w starości oznacza utratę kontroli nad najświeższymi warstwami wspomnień i powrót do wspomnień dawnych, których nic nie potrafi wymazać. Wracali do Lwowa.
Chodziłem więc tymi ulicami Gliwic z moim dziadkiem – bo jemu najczęściej dotrzymywałem kroku – ale w istocie spacerowaliśmy po dwu różnych miastach. Ja byłem trzeźwym chłopcem o pamięci małej jak orzech leszczynowy i byłem absolutnie pewny, że idąc ulicami Gliwic, pośród pruskich, secesyjnych kamienic, ozdobionych ciężkimi kariatydami z granitu, znajduję się naprawdę tam, gdzie się znajduję. Mój dziadek jednak, mimo że szedł tuż przy mnie, przenosił się w tym samym momencie do Lwowa. Ja szedłem ulicami Gliwic, on Lwowa.

z Dwa miasta (1991)

Transl. Lillian Vallee

Two cities

In 1945 almost my entire family was packing suitcases and trunks, getting ready to leave Lvov and vicinity. At the same time countless German families, who were told to leave their homes and apartments in Silesia, Danzig, Stettin, Allenstein, and Konigsberg, were also packing. Millions of people were forcing resistant suitcases shut with their knees; all this was happening at the behest of three old men who had met at Yalta.
In October of that year we found ourselves in the worse city, Gliwice. The Red Army was still garrisoned there, and in the evenings one often heard shots fired from a pepesha into the dark streets (or so I was told later).
My aunts and uncles, their friends and friends’ cousins, families, clans and tribes, all of them, left Lvov and met— not all but most of them—on the streets of Gliwice.
What sort of city was it? The worse one of the two. Smaller. Unpretentious. Industrial. Alien.
But one had to live there. And oh, wonder of wonders, here too there were sunrises and sunsets, and the same seasons of the year passed through calendars and municipal parks. A wooden replica of the Eiffel Tower, the transmitter of a prewar radio station loomed over the city.
(…)
The new inhabitants of Gliwice reminded one of Europeans only superficially. The majority of them were deported from the east. They were fresh emigrants; but it was not the emi­grants who had left their country, it was the country that had simply shifted to the west, that’s all. And they along with it. Also, almost all of them could put the prefix ex before the names of their professions, vocations, and existences. They were ex-judges, ex-officers, ex-professors—not to mention ex­children—deprived of their former careers by a new system that subjected the past of each citizen to severe scrutiny (if the citizen had a past; but even the poorest folks had some sort of past).
(…)
These people at the farmers’ market on Bytomska Street were only partially real and of the moment; beyond that they seemed more like shadows. Living shadows, emigrants in their own country: ex-professors of a university that no longer ex­isted; ex-officers of an army that no longer existed, with eastern accents of a no longer extant East; ex-city council members and ex-lawyers or civil service ranks that belonged to a different era, with twice-darned coats, shoes of prewar leather, and faded hats bearing the labels of companies that were now defunct.
Only eggs, tomatoes, and cherries were ordinary and real, trivial and palpable.
My parents belonged to the younger generation at that time; they did not have to change outfits, or perhaps did so only to a minimal, unavoidable degree. Those exiles, however, who ended up in Gliwice in middle age had not the strength to change anything in their clothing, manner of speaking, or thinking. They carried their past around like mothballs. Old- fashioned suits, summer jackets with short sleeves, creases pressed for all eternity into fine wool trousers, shoes from twenty years ago. They walked in them gingerly, so as not to damage the soles or nick the leather. They walked in the tree- lined lanes of the park, rested in the shade of post-German chestnuts and beeches, professors and attorneys, cobblers and janitors, officials and tram operators. They grew bored, lived on skimpy pensions, roamed the streets of the city, treading the post-German sidewalks with dignity.
I did not realize that this roaming of the streets was a slow dying. They walked the streets, looking with amazement at the Prussian bricks of the tenements. They were absorbed with dying and taken aback by the place in which they were to die. They died distrustfully because they did not know this place, this air, this land very well. Some hurried; others tried to put death off for later, so they could have a good look at their surroundings, so they could get to know the local trees and herbs, so they could like this land.
They lost their memories—usually for biological reasons, because of old age, although some appeared to crave sclerosis and oblivion and voluntarily chose to live in a fog, merging epochs, people, dates.
In my family, too, there were old people who were losing their memories—both of my grandmothers and my grand­father. I accompanied them on walks. They would lean on me, and I explained where we were and where we were going. I, who knew nothing yet, put my memory at their disposal! They, who could have told me so much about their long lives, weren’t capable of gathering their wits about them.
In losing their memories they returned to their lost city. Paradoxically, by losing their memories they recovered them, because it is clear that loss of memory in old age means loss of control over the most recent layers of memories and a return to old memories, which nothing is capable of eradicating. They returned to Lvov.
Thus I walked the streets of Gliwice with my grandfather —because it was he I accompanied most often—but in fact we were strolling two separate cities. I was a sober boy with a memory as small as a hazelnut, and I was absolutely certain that in walking the streets of Gliwice, among Prussian seces­sionist tenements decorated with heavy granite caryatids, I was where I really was. My grandfather, however, despite his walk­ing right next to me, was in Lvov. I walked the streets of Gliwice, he the streets of Lvov.

from Two cities

Ewa Świąc

1976 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Roja

El cielo rojo traerá la guerra,
cubrirán el suelo montones de piedras, patatas podridas, perros muertos.
Caminaremos hundidos en su pelaje,
y cuando llegue la noche remojaremos los pies en agua caliente. 
Pocas veces se da tal cielo. Hoy ha traído vientos, ha cortado las caras.
Y luego la calma. El retorno de los objetos a sus debidos compartimentos.
El dolor es dolor, la nieve es nieve.

Collage propio

CzerwonA

Czerwone niebo przyniesie wojnę,
ziemię przysypią stosy kamieni, zgniłe kartofle, martwe psy.
Będziemy brodzić w ich sierści,
a wieczorem długo moczyć stopy w gorącej wodzie.
Takie niebo zdarza się rzadko. Dziś przyniosło wiatr, pocięło twarze.
A potem spokój. Powroty przedmiotów do właściwych przegródek.
Ból to ból, śnieg to śnieg.

Polly Jean Harvey (PJ Harvey)

1969 – , Inglaterra

Trad. Ada Trzeciakowska

Inglaterra

Vivo y muero por Inglaterra
por Inglaterra
lo que me provoca cierta tristeza
y los remedios nunca estaban a mi alcance.
No puedo seguir como soy,
una vid marchita que se extiende desde el país
que amo -Inglaterra-
dejas un sabor
amargo en la boca.
He buscado tus manantiales
pero la gente, se estanca con el tiempo
como el agua, como el aire.
A ti, Inglaterra, me aferro
impávida, el amor por ti nunca se va a agotar,
Inglaterra.

Tłum. Ada Trzeciakowska

anglio

Żyję Anglią i umieram
przez Anglię,
i choć napełnia mnie to smutkiem
nie mam, jak temu zaradzić.
Nie mogę żyć dalej taka, jaka jestem,
jak uschnięte dzikie wino szerzące się po kraju
który kocham, Anglio,
zostaje po tobie smak
w ustach gorzki.
Poszukiwałam twoich źródeł
lecz ludzie, z czasem popadają w stagnację
jak woda, jak powietrze.
Do ciebie, Anglio, przylgnęłam
niezłomna, miłość do ciebie nigdy nie zgaśnie,
Anglio.

England

I live and die through England
Through England
It leaves a sadness
Remedies never were within my reach
I cannot go on as I am
Withered vine reaching from the country
That I love
England
You leave a taste
A bitter one
I have searched for your springs
But people, they stagnate with time
Like water, like air
To you, England, I cling
Undaunted, never failing love for you England

Urszula Kozioł

1931 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

***

Tu patria
                 zarzamora
te hace pagar caro
con sangre
por la fruta fresca
que en tiempos de sequía devuelve
a la vida.

***

Twa ojczyzna
                         krzak jeżyn
słono sobie każe płacić
krwią
za rześki owoc
który w czas posuchy przywraca
do życia.

Serhiy Zhadan / Serhij Żadan

1974, Ucrania

Poeta, escritor, traductor del alemán. Reciente Premio de La Paz por labor artística y humanitaria. También: Premio de Literatura Centroeuropea Angelus 2015 por su novela Mesopotamia, el Premio Puentes de Berlín y el Premio Joseph Conrad. Vive en Járkov.

Trad. Ada Trzeciakowska

***

¿Y qué hace este hombre?
Escribe poemas.

Los reparte por la mesa.
Los afila.

Como si estuviera reparando zapatillas infantiles.

Se ha puesto a trabajar
justo a tiempo.
Cuando hace falta.

Porque el invierno se acerca.

Y los hombres se pondrán con los poemas.
Los registrarán cuidadosamente,
los revolverán
como el tabaco seco.

Pero las mujeres también
llorarán por ellos,
envolverán los poemas con cuidado,
como medallitas de devoción.

El valor de un poema aumenta en invierno.
Especialmente cuando el invierno es duro.
Especialmente cuando el lenguaje es tácito.
Especialmente cuando los tiempos
están locos.

Fotograma de Haytarma de Akhtem Seitablaiev

Tłum. Bohdan Zadura

***

A co robi ten mężczyzna?
Pisze wiersze.

Rozkłada je na stole.
Wyostrza.

Jakby naprawiał dziecięce buty.

W samą porę
siadł do pracy.
Kiedy trzeba.

Bo nadchodzi zima.

I mężczyźni wezmą się za wiersze.
Przebiorą je uważnie,
przetrząsną
jak suchy tytoń.

Ale i kobiety też
będą nad nimi płakać,
zawiną wiersze ostrożnie,
jak medaliki.

Wartość wiersza zimą wzrasta.
Zwłaszcza gdy zima jest ciężka.
Zwłaszcza gdy język jest cichy.
Zwłaszcza gdy czasy
są szalone.

Robert Krajewski

1970 – 1991, Polonia

Robert fue un poeta que creció en la misma ciudad que yo, una mediana y postindustrial ciudad de provincia en Polonia central. También estudiábamos en el mismo instituto. Las clases de Lengua y Literatura nos marcaron a ambos. Nos enseñaba el profesor Włodzimierz Rutkowski, que convertía estas horas en obras de arte, en unas clases magistrales de nivel académico. Participábamos en los mismos concursos literarios solo que yo lo hice siete años más tarde. Robert murió a los 21 años a causa de un hematoma intracraneal cuya existencia ignoraba. Dejó 77 poemas, que los críticos incluyen dentro de la corriente de la imaginación envalentonada (junto con Roman Honet). Le obsesionaba la muerte, la búsqueda de la ternura en un mundo donde el amor es imposible. Su fuerza radica en la absoluta sinceridad que implica nihilismo y una postura crítica. Su último poemario (1991) se titula Algo de una tortura latente.

Trad. Ada Trzeciakowska

Ensayando las alas

está sola y no duerme todavía
observa a un torpe perro
tumbado en el suelo

es bella y espera con humildad el dolor

contempla sonriente la ventana
donde brincan los rayos de sol
«no hace mucho tiempo
era independiente
y a su manera bondadosa
estaba atenta
y se amaba a sí misma por su inquebrantable poder»

ahora le gustaría
ser una mujer más frívola
sensible a los halagos posesivos
desearía curar a las golondrinas
y hacer ofrendas de cuerpos consumidos por el fuego

está sola y no duerme todavía
piensa en una vida
que no le hacía falta

antes de que llegue el dolor
desplegará su poder una vez más
una última vez

Fotografías de Bernard Plossu (1945, Francia) 

Robert był poetą, który dorastał w tym samym mieście co ja – średniej wielkości, postindustrialnym, prowincjonalnym mieście w centralnej Polsce. Uczyliśmy się również w tym samym liceum. Zajęcia z języka i literatury odcisnęły piętno na nas wszystkich. Uczył nas profesor Włodzimierz Rutkowski, który potrafił zamienić te godziny w dzieła sztuki, w mistrzowskie wykady na poziomie akademickim. Braliśmy udział w tych samych konkursach literackich, tylko, że ja siedem lat później. Robert zmarł w wieku 21 lat z powodu krwiaka śródczaszkowego, o istnieniu którego nie wiedział. Pozostawił 77 wierszy, które krytycy zaliczają do nurtu wyobraźni ośmielonej (obok Romana Honeta). Jego obsesją była śmierć, poszukiwanie czułości w świecie, w którym miłość jest niemożliwa. Jego siła tkwi w absolutnej szczerości, która implikuje nihilizm i postawę krytyczną. Jego ostatni zbiór wierszy (1991) nosi tytuł Coś z utajonej kaźni.

próba skrzydeł

jest sama i nie śpi jeszcze
przygląda się pokracznemu psu
leżącemu na podłodze

jest piękna i pokornie czeka na ból

wpatruje się z uśmiechem w okno
po którym skaczą promyki słońca

„tak niedawno
była niepodległa
i na swój sposób przecież dobroduszna
była czujna
i kochała siebie za tę nieprzejednaną moc”

teraz chciałaby
zostać małą płochą kobietką
uległą zaborczym pochlebstwom
chciałaby leczyć jaskółki
i składać ofiary całopalenia

jest sama i nie śpi jeszcze
myśli o życiu
które jej nie było potrzebne

zanim nadejdzie ból
dźwignie swą moc raz jeszcze
raz ostatni

Adam Górski

1976 – , Polonia (Cracovia)

Trad. Ada Trzeciakowska

*** (3 de abril de 2022)

Te cojo de la mano
junto a una quemadura de la infancia.
No sé por qué a través de ella irrumpe la belleza
y se fuga, no sé por qué entonces
el agua se repliega, cede su blancura,
mancha las almas de los últimos errantes
y la luz gris de la cocina.
Plantas afectadas por la astringencia del cielo
existen para ellas mismas.
Volvimos del cine por un vestíbulo vacío.
Te sujeto la mano
junto a la cicatriz aquella, oímos
cerrad el cielo

Francesca Woodman

*** (3 kwietnia 2022)

Chwytam cię za rękę
obok dziecięcego oparzenia.
Nie wiem czemu przez nie wybucha piękno
i ucieka, nie wiem czemu wtedy
woda cofa się, oddaje biel,
plami dusze ostatnich wędrowców
i szare światło w kuchni.
Rośliny dotknięte cierpkością nieba
są same dla siebie.
Wróciliśmy z kina pustym korytarzem.
Trzymam cię za rękę
obok tej blizny, słyszymy
zamknijcie niebo

Lesyk Panasiuk / Лесик Панасюк

1991 – , Ucrania (Bucha)

Lesyk Panasiuk es un escritor, traductor, diseñador y artista de performance ucraniano. Autor de 3 libros de poesía (en ucraniano): «Камінь дощу» (Lluvia de piedras, 2013), «Справжнє яблуко» (Manzana real, 2014), «Крики рук» (Gritos en las manos, 2018). El último libro se convirtió en uno de los mejores libros de poesía ucraniana de 2018 según la versión de PEN Ucrania.

Trad. Ada Trzeciakowska

Primavera

Por qué no sabíamos que las primeras flores eran manos humanas torcidas como paraguas al viento
por qué no sabíamos que los arroyos murmuraban con la sangre humana
por qué sol a los que te conocieron primeros les cegó la luz del sol
por qué ensordecieron por el incesante gorjeo
por qué las losas se cubren con sus nombres y no con el césped joven
Dime primavera
acaso hemos oído mal tu nombre
Llévate primavera
llévate a tus siervos en uniformes verdes
que plantan flores que no podemos mirar
Primavera primavera
sierpecillas de lágrimas beben nuestros ojos

Foto propia

Tłum. Janusz Radwański

WIOSNA

Czemu nie wiedzieliśmy że pierwsze kwiaty to ludzkie ręce powykręcane jak parasole na wietrze
czemu nie wiedzieliśmy że strumyki szemrzą ludzką krwią
czemu oślepli od słonecznego światła ci którzy cię pierwsi spotkali
czemu ogłuchli od niecichnącego szczebiotu
czemu płyty pokrywają się ich imionami a nie młodą trawą
Powiedz wiosno
czy my źle usłyszeliśmy twoje imię
Zabierz wiosno
zabierz swoje sługi w zielonych mundurach
które sadzą kwiaty na jakie nie możemy patrzeć
Wiosno wiosno
wężyki łez wypijają oczy

ВЕСНА

Чому не знали ми що перші квіти це руки людські покручені мов парасолі на вітрі
чому не знали що струмки гомонять кров’ю людською
чому осліпли від сонячного світла ті хто першими тебе зустріли
чому оглухли від нестишного щебетання
чому вкриваються плити їхніми іменами а не травою молодою
Скажи весно
чи ж ми неправильно розчули твоє ім’я
Забери весно
забери своїх служок у зеленій формі
що садять квіти на які не можемо дивитися
Весно весно
випивають очі вужики сліз

Anna Świrszczyńska

1909-1984, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

NATURALEZA MUERTA

En un charco de barro y sangre,
entre el cuerpo medio carbonizado de un caballo
y el cuerpo medio carbonizado de un hombre,
junto a un canalón arrancado, un sillón con flecos, una tetera,
y tres trozos de vidrio roto,
yace quemado por los bordes
un jirón de carta amorosa: «Soy tan feliz».

Fotogrmas de Largo Domingo de Noviazgo de Jean-Pierre Jeunet

MARTWA NATURA

W kałuży błota i krwi,
pomiędzy na pół zwęglonym ciałem konia
i na pół zwęglonym ciałem człowieka,
obok urwanej rynny, fotela z frędzlami, imbryka,
i trzech kawałków rozbitej szyby,
leży spalony po brzegach
strzęp miłosnego listu: „Jestem taka szczęśliwa».

Iryna Vikyrchak / Ірина Вікирчак

1988 – , Ucrania

Iryna Vikyrchak es una gestora cultural, poeta, traductora, fotógrafa y editora ucraniana. Estudió en la Facultad de Lenguas Extranjeras y Geografía de la Universidad Nacional de Chernivtsi, donde terminó su doctorado en 2017. Es directora ejecutiva de Meridian Czernowitz, festival internacional de poesía que se lleva a cabo en la ciudad de Chernivtsi, en el oeste de Ucrania. Autora de volúmenes de poesía: «Conversación con el ángel» (2005) y coautora del libro foto-poético «Zeitzug: Czernowitz-Prag-Wien». (2011). Durante dos años fue asistente de Olga Tokarczuk y trabajó en la Casa de la Literatura de Breslavia. Miembro del PEN Club de Ucrania.

Trad. Ada Trzeciakowska

***

Eres poeta, dicen, esperamos
que nos des respuestas
eres poeta, dicen, explícanos
todo con un poema
doloroso, intenso, refleja tu pérdida
y llora a tus muertos
con unas cuantas metáforas nuevas
haz que las palabras de tu lengua se encuentren
en el orden en el que nunca antes se han encontrado
eres poeta, dicen.

¿Qué puedo responderles como poeta, como mujer,
amiga que ha perdido a sus amigos
por culpa del monstruo de la guerra?
Una que tiene amigos y amigos de los amigos
que nunca regresarán?
Quienes dejaron sus bibliotecas domésticas en llamas
en los edificios destruidos por armas letales
para que ellos mismos pudieran escapar y vivir?
Sin casas, sin libros, sin palabras, sin embargo, aún vivos.

Quién soy yo como poeta que no viene de las regiones afectadas,
una impostora, falsa víctima de la guerra, una empática
con imaginación cinematográfica
y versos libres en mi cabeza,
negándome a mí misma el derecho a hablar
sobre una guerra que ni siquiera es mía.

Eres poeta, dicen,
vienes de ESTE país
esperamos de ti que estés dando respuestas
escribas poemas, ya sabes.

¿Cómo puedo responderles con un poema,
cuando la ansiedad me corta la voz,
toca mis cuerdas vocales, se traga mis palabras?
¿No lo habéis leído todo en the
New York Times, en The Guardian e incluso
en la prensa local?
¿No habéis empleado la empatía ni
imágenes de las películas que habéis visto?
¿Queréis que os mande un enlace?

Ni siquiera escribo este poema
en la lengua de las víctimas*
aunque debería
porque son ellos los que buscan respuestas,
porque no soy yo quien debe conocerlas.

*Poema fue escrito en inglés el día 21.02.2022

Iryna con Olga Tokarczuk (para la revista Dwutygodnik)

Tłum. Aneta Kamińska

***

Jesteś poetką, mówią, oczekujemy
że dasz nam odpowiedzi
jesteś poetką, mówią, wytłumacz nam
wszystko wierszem
bolesnym, mocnym, oddaj swoją stratę
i opłakuj swoich zmarłych
kilkoma nowymi metaforami
spraw by słowa w twoim języku spotkały się
w porządku w jakim nigdy się nie spotykały
jesteś poetką, mówią.

Co mogę im odpowiedzieć jako poetka, kobieta,
przyjaciółka która straciła swoich przyjaciół
przez potwora wojny?
Która ma przyjaciół i przyjaciół przyjaciół
którzy nigdy nie wrócą?
Którzy zostawili domowe biblioteki płonące
razem z budynkami zniszczonymi bronią śmiercionośną
żeby sami mogli uciec i żyć?
Bez domów, bez książek, bez słów, ale jednak żyć.

Kim jestem jako poetka, która nie pochodzi z dotkniętych regionów,
czuję się jak oszustka wojenna, empatka
z kinematograficzną wyobraźnią
i wierszami wolnymi w głowie,
nie dająca sobie prawa do mówienia
o wojnie która nie jest nawet moja.

Jesteś poetką, mówią,
pochodzisz z TEGO kraju
oczekujemy że będziesz dawać odpowiedzi
pisać wiersze, wiesz.

Jak mogę odpowiedzieć im wierszem,
kiedy niepokój odbiera mi głos,
gra na moich strunach głosowych, połyka mi słowa?
Nie czytaliście tego wszystkiego w
New York Times, w Guardianie oraz
lokalnej prasie?
Nie wykorzystaliście empatii ani
wizualizacji z filmów które oglądaliście?
Mam wam wysłać link?

Nie piszę nawet tego wiersza
w języku ofiar*
chociaż powinnam
bo to oni wszyscy szukają odpowiedzi,
bo to nie ja mam je znać.

*Wiersz został napisany w języku angielskim 21.02.2022

***

You are a poet, they say, we expect you
to give us answers
you are a poet, they say, explain us
everything with a poem
a painful one, strong, render your loss
and grieve over your dead
with some new metaphors
make the words in your language meet
in the order they’ve never met before
you are a poet, they say.

What can I answer them, as a poet, a woman,
a friend who lost their friends
to the monster of war?
Who has friends and friends of friends
who will never return?
Who left their home libraries burn
with the buildings destroyed by the lethal arms
so they themselves can fleet and live?
Homeless, bookless, wordless, but yet alive.

Who am I as a poet, not coming from the regions affected,
a war victim impostor, an empath
with cinematographic imagination
the free verses in my head,
not giving myself the right to speak
on the war that is not even mine.

You are a poet, they say,
you come from THAT country
we expect you to be giving answers
to write poems, you know.

How can I answer them with a poem,
when anxiety cut off my voice,
played on my vocal cords, ate up my words?
Haven’t you read it all in the
New York Times, in The Guardian and also
your local press?
Haven’t you used your empathy and
some visuals from movies you’ve seen?
Would you like me to send you a link?

I am not even writing this poem
in the language of victims
although I should
for it’s all them who are seeking the answers,
for it’s not up to me to know any.


Kateryna Mikhalitsyna

1982- , Ucrania

Trad. Ada Trzeciakowska

(casa sin hogar)

el tercer verano en la vieja casa inclinada
en sus oscuros rincones vaga el pavor de ciempiés
cuarenta pies – rectifica una voz desde por encima de la cama-
ya sea de la Virgen María o de una araña
que posada sobre sus telarañas frunce el ceño al mirar
insolente con todos sus cuatro pares ojos
¿Qué puedes saber? – preguntas y te enfadas tan impotente
el tercer verano sin estar donde deberías estar
y no así y a veces ni siquiera con ellos
el tercer verano el hielo esparce agujas por tu piel
en la peor ola de calor en la mejor tarde melosa
y corres hacia la pantalla hacia la radio hacia el monitor
como si estuvieran proyectando heridas abiertas
de la vida de otras personas y las manos que no han alcanzado
la última brizna de hierba en esta gran agua
y ahora te vuelves más frágil
te estás ahogando
ahogándote
en la coja penumbra de la vieja casa
(ella también sufre, – de repente sus patas se quiebran
no importa sean cien o cuarenta)
y a ti te harán falta cuarenta días para rezar
y pedir un hilo de la tela de araña
para tender un salvavidas precario
entre paredes y libros
que ya no sostienen
ni tu voz
ni este mundo
únicamente la oscuridad
únicamente el pavor
ya el tercer verano

Fotos propias

Trad. Aneta Kamińska

(dom bez domu)

trzecie lato w starym pochylonym domu
w jego kącikach ciemnych stunoga trwoga chodzi
czterdziestonoga – poprawia znad łóżka głos
czy to Matki Bożej czy pająka
który siedzi w sieciach i spode łba patrzy
grubiańsko wszystkimi ośmioma oczami
co ty wiesz? – pytasz i złościsz się bezsilnie
trzecie lato nie tam gdzie miałaś być
i nie tak i nawet czasem nie z tymi
trzecie lato mróz po skórze sypie igły
w najgorszy upał w najlepszy miodowy wieczór
i biegniesz do ekranu do radioodbiornika do monitora
jakby te projektowały otwarte rany
z cudzych żyć i dłoni które nie dosięgły
ostatniej w tej wielkiej wodzie słomki
i teraz ty delikatniejesz
toniesz
toniesz
w ciemności kulawej starego domu
(u niej też nagle – złamania łapek
nieważne setnych czy czterdziestych)
i tobie chyba trzeba czterdzieści dni modlić się
i prosić o nić z sieci pajęczych
na takie nietrwałe koło ratunkowe
pośród ścian i książek
które już nie utrzymują
ani twojego głosu
ani tego świata
tylko ciemność
tylko trwogę
już trzecie lato

Carl Sandburg

1878-1967, Estados Unidos

Trad. Miguel Martínez-Lage

Asesinos

     A vosotros canto
con voz queda, como la del hombre que habla con su hijo
            muerto;
con la dureza de un hombre esposado,
sujeto allí donde no puede moverse.

     Bajo el sol
hay dieciséis millones de hombres
elegidos por sus dientes brillantes,
su buena vista, sus piernas duras
y porque corre en sus muñecas la sangre caliente y joven.

     Y un jugo rojo corre por la verde hierba;
y un jugo rojo empapa la oscura tierra.
y los dieciséis millones asesinan…y asesinan y asesinan.

     Nunca los olvido, ni de noche ni de día:
me golpean la cabeza para que los recuerde,
me baten el corazón y yo les devuelvo el grito
y grito a sus hogares y mujeres, a sus sueños y juegos.

     Despierto en plena noche y me llega el olor de las trincheras
y escucho la leve agitación de los que duermen en hilera…
Dieciséis millones de durmientes y piquetes a oscuras:
algunos ya durmientes para siempre,

algunos a punto de dormir mañana, dando tumbos, para siempre,
clavados tras la estela de la pena negra del mundo,
comiendo y bebiendo, empeñados en la faena… en un
            largo trabajo de asesinos.
Dieciséis millones de hombres.

Imagen propia

Tłum. Ada Trzeciakowska

Mordercy

     Zaśpiewam wam      
Łagodnie, jak przemawia człowiek do martwego dziecka;             
Twardo jak człowiek w kajdanach,         
Przetrzymywany tam, gdzie nie może się poruszyć:            
 
     W słońcu
zebrało się szesnaście milionów mężczyzn,        
Wybranych z uwagi na lśniące zęby,      
Bystry wzrok, mocne nogi,        
A w ich przegubach płynie młoda, ciepła krew. 
 
     Gdy czerwone soki płyną po zielonej trawie;
Gdy czerwone soki sycą czarną ziemię  
Gdy szesnaście milionów mężczyzn zabija… i zabija, i zabija.  
 
     Nie potrafię ich zapomnieć ani w dzień, ani w nocy:            
Tłuką moją głową bym o nich pamiętał;
Uderzają w serce, a ja krzyczę do nich,
Do ich domów i kobiet, do ich snów i gier.         
 
       W nocy budzę się czując smród okopów,     
I słyszę ciche poruszenie wśród śpiących w szeregach…       
Szesnaście milionów mężczyzn śpiących i pikietujących w ciemnościach:  
Niektórzy usnęli dawno, na wieki
 
     Inni zapadają w sen do jutra na zawsze
pochwyceni w wir czarnego serca świata,          
Jedzą i piją, harując… w mozolnym trudzie zabijania.            
Szesnaście milionów mężczyzn

Killers

       I am singing to you       
Soft as a man with a dead child speaks;
Hard as a man in handcuffs,      
Held where he cannot move:    
 
        Under the sun
Are sixteen million men,            
Chosen for shining teeth,          
Sharp eyes, hard legs,   
And a running of young warm blood in their wrists.            
 
        And a red juice runs on the green grass;    
And a red juice soaks the dark soil.        
And the sixteen million are killing … and killing and killing. 
 
       I never forget them day or night: 
They beat on my head for memory of them;     
They pound on my heart and I cry back to them,     
To their homes and women, dreams and games.            
 
       I wake in the night and smell the trenches,
And hear the low stir of sleepers in lines—        
Sixteen million sleepers and pickets in the dark:            
Some of them long sleepers for always,    
 
       Some of them tumbling to sleep tomorrow for always,
Fixed in the drag of the world’s heartbreak,      
Eating and drinking, toiling … on a long job of killing.            
  Sixteen million men.

Daryna Gladun/ Дарина Гладун

1993 – , Ucrania (Bucha)

Daryna Gladun es una joven poeta, investigadora, performer y traductora ucraniana proveniente de la ciudad de Bucha. Estos sobrecogedores poemas tienen apenas unos días…

Trad. Ada Trzeciakowska

13.03.2022

a Irina Shuvalova y Yuri Andrujovich

hemos envejecido no un año sino toda una guerra
no hay número que describa cuánto hemos vivido
||||||||||||||||||| ahora somos más viejos que nuestros cuerpos |||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|||||| abuelos que nos llevaban toda una guerra nos repetían constantemente
qué felices somos de haber nacido en una época de paz
pero no creíamos en sus palabras ni en su edad
no creíamos en su vejez ni en sus canas
no creíamos en la guerra.

Trad. Janusz Radwański

13.03.2022

Irynie Szuwałowej i Jurijowi Andruchowyczowi

postarzeliśmy się nie o rok a o całą wojnę
nie ma liczby która opisałaby ile przeżyliśmy
||||||||||||||||||| teraz jesteśmy już starsi od naszych ciał ||||||||||||||||||||||||||||||||||
|||||||||| babcie i dziadkowie starsi od nas o całą wojnę ciągle powtarzali
jacy jesteśmy szczęśliwi że narodziliśmy się w czas pokoju
nie wierzyliśmy ich słowom i latom
nie wierzyliśmy w ich starość i siwiznę
nie wierzyliśmy w wojnę

13.03.2022

Ірині Шуваловій та Юрію Андруховичу

постаріли ми не на рік а на цілу війну
немає такого числа яке б описало скільки ми пережили
||||||||||||||||||| тепер уже ми старіші від наших тіл ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|||||| бабусі і дідусі на цілу війну старіші від нас постійно повторювали
які ми щасливі що народились у мирний час
та ми не вірили їхнім словам і рокам
не вірили в їхню старість у сивину
не вірили у війну

Daryna Gladun/ Дарина Гладун

1993 – , Ucrania (Bucha)

Daryna Gladun es una joven poeta, investigadora, performer y traductora ucraniana proveniente de la ciudad de Bucha. Estos sobrecogedores poemas tienen apenas unos días…

Trad. Ada Trzeciakowska

15

mujeres y niños sacaban de los edificios lo más preciado
la sal en sus ojos
la sangre en sus cuerpos
las palabras en sus cabezas
y escasamente repartían entre sus prójimos las migajas de su dolor



escasas migajas de dolor a cambio recibían
de sus prójimos.

10.03.2022

Trad. Janusz Radwański

15

kobiety i dzieci wynosiły z budynków to, co najcenniejsze
sól w swoich oczach
krew w swoich ciałach
słowa w swoich głowach
i skąpo wydzielały bliźnim okruchy własnego bólu



skąpe okruchy bólu w zamian otrzymywały
od bliźnich

10.03.2022

15

жінки і діти виносили із будинків найцінніше
сіль у власних очах
кров у власних тілах
слова у своїх головах
і скупо вділяли ближнім крихти власного болю



скупі крихти болю натомість отримували
від ближніх

10.03.2022

Katarina Lavmel

1974 -, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

***

No puedo pensar que mi vulnerabilidad es como estar desnudo en invierno
Si el cuerpo aguanta, lo podré vencer todo
Si el dolor y el pánico se apoderan de mí, esa será mi mayor derrota
En los sueños veo las Termópilas
No queda tiempo, me aclaro los ojos con agua fría
El desfiladero se abre ante nosotros…

No de rodillas

Collage propio

***

Nie mogę myśleć, że moja bezbronność jest jak nagość zimą
Jeśli ciało to zniesie, ja pokonam wszystko
Jeśli ból i panika mną zawładną, to będzie moja największa porażka
W snach widzę Termopile
Nie ma czasu, przebywam oczy zimną wodą
Wąwóz przed nami…

Nie na kolanach

Kateryna Mikhalitsyna

1982- , Ucrania

Trad. Ada Trzeciakowska

(simple things)

los niños derriban las últimas manzanas de los árboles desnudos
y que alguien derriba un avión
le resulta más fácil
habrá desaprendido ya: manzanas
con un palo
en un huerto transparente
donde no hay nada
sólo el viento
y los árboles desnudos
y los movimientos más naturales:
lanzar y agarrar

y no conseguirás agarrar un avión
aquí incluso la tierra es incapaz
y los ángeles
y más aún tú, tan diminuto

No conseguirás agarrar un avión
no lo agarrarás
en el cielo desnudo
donde ni siquiera hay ramas
para sujetarse

y los niños se ríen
y derriban

manzanas
rojas
agusanadas
marchitas al sol

Collage propio

Trad. Aneta Kamińska

(simple things)

dzieci strącają ostatnie jabłka z nagich drzew
a ktoś strąca samolot
 komuś tak łatwiej
bo oduczył się już po prostu: jabłka
kijem
w przezroczystym sadzie
gdzie nie ma niczego
tylko wiatr
i nagie drzewa
i najbardziej naturalne ruchy:
rzucić i złapać

a samolotu nie złapiesz
tu nawet ziemia jest bezsilna
i anioły
a co dopiero maleńki ty

samolotu nie złapiesz
nie złapiesz
na nagim niebie
gdzie nawet gałęzi nie ma
żeby się zaczepić

a dzieci się śmieją
i strącają

czerwonoboczne
robaczywe
wyschnięte od słońca
jabłka


Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

los mapas quemados

Viajaba por Ucrania, era junio cuando hundido
hasta las rodillas caminé en la hierba y el polen
flotaba en el aire. Busqué, mis antecesores
se escondieron bajo tierra, más hondo han seguido

que generaciones de hormigas. Pregunté mudo
por sus huellas, mas crecía la hierba, las hojas
y abejas se arremolinaban. Tumbado boca
abajo en el suelo pronuncié lento el conjuro:

podéis salir, todo ha terminado. Se agitaba
la tierra, y en ella topos y lombrices, temblaba
la tierra y las hormigas se enjambraban, abejas
volaban encima de todo, salid decía,

hablaba así a la tierra y sentí como crecía
la hierba salvaje y densa junto a mi cabeza.

Collage propio (a partir de ilustraciones de Gabriel Pacheco)

Spalone Mapy

Pojechałem na Ukrainę, to był czerwiec
i szedłem po kolana w trawach, zioła i pyłki
krążyły w powietrzu. Szukałem, lecz bliscy
schowali się pod ziemią, zamieszkali głębiej

niż pokolenia mrówek. Pytałem się wszędzie
o ślady po nich, ale rosły trawy, liście,
i pszczoły wirowały. Kładłem się więc blisko,
twarzą do ziemi i mówiłem to zaklęcie –

możecie wyjść, już jest po wszystkim. I ruszała
się ziemia, a w niej krety i dżdżownice, i drżała
ziemia i państwa mrówek roiły się, pszczoły
latały ponad wszystkim, mówiłem wychodźcie,

mówiłem tak do ziemi i czułem, jak rośnie
trawa ogromna, dzika wokół mojej głowy.

José Iniesta

1962 – , España (Valencia)

LLANTO EN LAS SELVAS DE POLONIA

a Kamisa Djamaldinova, porque sentí mío su dolor: la muerte de sus hijos en la ruta del hambre. La frontera verde, Polonia, Septiembre 2007

No soy nadie. Se derrama la pena sobre mármoles rotos, la ladera se inclina a sus abismos. El viento se revuelve en el hayedo, y ha cantado una lágrima. También está el amor, y va desnudo. Yo no soy nada aquí, qué lejanía. Mi piedad es inútil, mi oración humareda. Hay sucesos que nunca se borrarán: Kamisa con sus hijos por el bosque, y los valles heridos por el último sol. Es la nada y el mundo unidos por un nudo, la arquitectura del dolor, la raíz de los cielos en la carne. Donde el amor, todo será presente. Qué silencio, todo es grito en las selvas de Polonia. Arden los horizontes, oscurece. Kamisa arropa al niño entre sus brazos. En la noche canta a sus hijas que el mundo es extravío, que en su pecho la leche es amarga, que allá abajo en el valle existe un río de manzanas y miel. La belleza es creer, a veces, y allí miran las estrellas de la nada. Desde ese precipicio la madre les promete, permaneced aquí, es solo sed y tiempo. Aguardadme en la cueva poblada de la noche. Mis dioses lares os amparan en la niebla. Me voy con vuestro hermano, y al alba volveré con pan y ayuda, y una manta de amor.

II parte de «La frontera verde» en Cantar la vida

Collage propio: fotogramas de Lore (2012) de Cate Shortland

Tłum. Ada Trzeciakowska

Kamisie Djamaldinowej, ponieważ jej ból odczułem jak własny, po śmierci jej dzieci na szlaku głodu, Zielona granica, Polska, wrzesień 2007.

PŁACZ W POLSKICH BORACH

Ja nic nie znaczę. To ból rozlewa się po spękanych marmurach, a zbocza nachylają się nad przepaściami. Wiatr trzepocze w buczynie i wyśpiewał łzę. Jest też miłość, kroczy naga. Jestem tu nikim, jak to daleko ode mnie. Mój żal jest bezużyteczny, modlitwy to słup dymu. Są wydarzenia, które nie dadzą się wymazać: Kamisa z dziećmi w lesie, doliny okaleczone przez ostatnie promienie słońca. To nicość i świat splecione węzłem, architektura bólu, korzeń nieba wbity w ciało. Tam, gdzie miłość, wszystko jest teraźniejszością. Jaka cisza, a w polskich lasach wszystko krzyczy. Horyzonty płoną, zapada zmrok. Kamisa tuli dziecko w ramionach. Nocą śpiewa córkom o tym, że świat to bezdroża, że mleko jej w piersiach zgorzkniało, a gdzieś w dali doliną płynie rzeka jabłek i miodu. Piękno bywa wiarą, niekiedy i tam spoglądają gwiazdy nicości. Z otchłani nieszczęścia matka przyrzeka im: pozostańcie tutaj, to tylko pragnienie i czas. Zaczekajcie na mnie w jaskini zamieszkałej przez noc. Bogowie domowego ogniska udzielą wam schronienia we mgle. Pójdę z waszym bratem, a o świcie będę tu z powrotem z chlebem i pomocą, i okryciem utkanym z miłości.

II część «Zielonej granicy» w Sławić życie

Rainer Maria Rilke

1875-1926, Austria

21 de marzo. Por la primavera, por la poesía, por Adam Zagajewski (en I aniversario de su muerte), por la gente de Ucrania: Rilke.

Adam Zagajewski escribió el poema, para el que realicé un ensayo cinematográfico (abajo), conmocionado por el atentado contra las Torres Gemelas. El poema es de inspiración rilkiana, quien, a su vez, escribió las elegías tras el trauma de la Primera Guerra Mundial (1912-1815; 1922 -con una pausa provocada por la apatía y depresión). El momento que vivimos me ha llevado a cuestionar el valor de la palabra poética, del arte, junto con Adorno, Godard, Różewicz. Este ano me sabe amargo el Día Internacional de la Poesía. Por mí, por esas valientes poetas ucranianas que ahora luchan tanto con la pluma como con las ametralladoras, intento buscar argumentos para convencerme de que sus versos y testimonios son importantes. Que no podemos callar, apartar la vista porque el silencio se traduce en una aceptación muda de los hechos. También evoco estas palabras de Dylan Thomas:
No entres dócilmente en esa buena noche,
Que al final del día debería la vejez arder y delirar;
Enfurécete, enfurécete ante la muerte de la luz.

Aunque los sabios entienden al final que la oscuridad es lo correcto,
Como a su verbo ningún rayo ha confiado vigor,
No entran dócilmente en esa buena noche.

Llorando los hombres buenos, al llegar la última ola
Por el brillo con que sus frágiles obras pudieron haber danzado en una verde bahía,
Se enfurecen, se enfurecen ante la muerte de la luz.

Y los locos, que al sol cogieron al vuelo en sus cantares,
Y advierten, demasiado tarde, la ofensa que le hacían,
No entran dócilmente en esa buena noche.

Y los hombres graves, que cerca de la muerte con la vista que se apaga
Ven que esos ojos ciegos pudieron brillar como meteoros y ser alegres,
Se enfurecen, se enfurecen ante la muerte de la luz.

Y tú, padre mío, allá en tu cima triste,
Maldíceme o bendíceme con tus fieras lágrimas, lo ruego.
No entres dócilmente en esa buena noche.
Enfurécete, enfurécete ante la muerte de la luz.

ENFURÉCETE, ALABA, CANTA, CELEBRA EL MUNDO MUTILADO, ¡PERO NO TE CALLES!

Trad. Eustaquio Barjau

Elegías de Duino

ELEGÍA IX

¿Por qué, si es posible pasar así el plazo
de la existencia, como laurel, un poco más oscuro que todo
otro verde, con pequeñas ondas en el borde
de todas las hojas (como sonrisa de un viento): por qué entonces
tener que ser humanos y, evitando destino,
anhelar destino?…
                           Oh, no porque haya felicidad,
esta ventaja prematura de una pérdida cercana.
No por curiosidad, o por ejercitar el corazón,
que también estaría en el laurel…

Sino porque estar aquí es mucho, y porque parece que nos
necesita todo lo de aquí, esto que es efímero, que
nos concierne extrañamente. A nosotros, los más efímeros. Una vez
cada cosa, sólo una vez. Una vez y ya no más. Y nosotros también
una vez. Nunca más. Pero este
haber sido una vez, aunque sólo una vez:
haber sido terrestre, no parece revocable.

Y por esto nos damos prisa y queremos llevarlo a cabo,
queremos abarcarlo en nuestras sencillas manos,
en la mirada más colmada y en el corazón sin palabras.
Queremos llegar a serlo. ¿A quién dárselo? Preferiblemente
conservarlo todo para siempre… Ay, a la otra relación,
ay, ¿qué se lleva uno al otro lado? No el mirar, lo que aquí
hemos aprendido lentamente, ni nada ocurrido aquí. Nada.
Entonces, los dolores. Entonces, sobre todo, la pesadumbre,
entonces, la larga experiencia del amor, entonces
lo inefable sólo. Pero luego,
bajo las estrellas, ¿qué?: éstas son inefables mejor.

Porque el caminante, de la ladera del borde de la montaña, no lleva
al valle un puñado de tierra, la inefable para todos, sino
una palabra conseguida, pura, la genciana
amarilla y azul. Estamos tal vez aquí para decir: casa,
puente, surtidor, puerta, cántaro, árbol frutal, ventana,
todo lo más: columna, torre… pero para decir, compréndelo,
oh para decir así, como ni las mismas cosas nunca
en su intimidad pensaron ser. ¿No es la secreta astucia
de esta tierra callada, que ella apremie a los amantes
a que en su sentimiento todas las cosas, sí todas las cosas se extasíen?
Umbral: qué es para dos
amantes que ellos gasten un poco el umbral,
ya viejo, de su puerta, también ellos, después de los muchos que les precedieron
y antes de los que vendrán después…, poca cosa.

Aquí es el tiempo de lo decible, aquí su país natal.
Habla y proclama. Más que nunca
van cayendo las cosas, las que podemos vivir, pues
lo que las sustituye, desplazándolas, es un hacer sin imagen.
Un hacer bajo costras que saltan por sí solas así que
la actividad de dentro las rebasa y se delimita de otro modo.
Entre los martillos aguanta
nuestro corazón, como la lengua
entre los dientes, que, no obstante,
sin embargo, sigue siendo la que celebra.

Celebra para el ángel el mundo, no el inefable, ante él
no puedes presumir del esplendor de lo que has sentido; en el Universo,
donde él, más sensible, siente, eres tú un novicio. Por esto muéstrale
lo sencillo, lo que, configurado de generación en generación,  
vive como cosa nuestra, junto a la mano y en la mirada.
Dile las cosas. Se quedará más sorprendido; como te quedaste tú
ante el cordelero de Roma, o ante el alfarero del Nilo.
Muéstrale cuán feliz puede ser una cosa, qué inocente y qué muestra,
cómo incluso el dolor que se queja se decide, puro, a la forma,
sirve como una cosa o muere entrando en una cosa, y al otro lado
escapa dichosamente al violín. Y estas cosas, que
confían en que podemos salvarlas, nosotros, los más perecederos,
nos confían algo que salva, a nosotros, los más perecederos.
Quieren que las transformemos del todo en el corazón invisible
¡en —oh, infinitamente— en nosotros! Da igual quiénes seamos al fin.

Tierra, ¿no es esto lo que tú quieres: invisible
resurgir en nosotros? ¿No es tu sueño
ser algún día invisible? ¡Tierra!, ¡invisible!
¿Qué es, si no transformación, la tarea que impones apremiante?
Tierra, amada, yo quiero. Oh créeme, ya no son necesarias
tus primaveras para ganarme para ti, una,
ay, una sola es ya demasiado para la sangre.
Inefablemente estoy decidido por ti, desde lejos.
Siempre tuviste razón y tu santa ocurrencia
en la muerte familiar.

Mira, yo vivo. ¿De qué? Ni la niñez ni el futuro
menguan… Existencia rebosante
surge en mi corazón.

Elegía X

Que un día, a la salida de esta enconada visión,
mi canto de júbilo y gloria ascienda a los ángeles que están conformes.
Que de los martillos del corazón, de claro batir,
ninguno fracase en cuerdas flojas, dubitantes
o que se rompen. Que el flujo de mi semblante
me haga más luminoso; que el llanto imperceptible
florezca. Oh, entonces, cuán queridas, noches, vais a ser para mí,
noches de aflicción. Que yo no os recibiera más de rodillas, inconsolables
hermanas, que no me entregara más suelto
a vuestro suelto cabello. Nosotros, que derrochamos dolores.
Cómo nuestros ojos, adelantándose, los buscan, en la triste duración,
a ver si terminan o no. Mas ellos son, ciertamente,
nuestro follaje de invierno, nuestra oscura pervinca,
uno de los tiempos del año secreto, no sólo
tiempo, son lugar, asentamiento, lecho, suelo, residencia.

Ciertamente, ay, cuán extranjeras son las callejas de la Ciudad del Dolor,
donde en el falso silencio, fuerte, hecho de exceso de ruido,
alardea de lo que ha sido vertido del molde
del vacío: el ruido dorado, el monumento que estalla.
Oh, de qué modo, sin dejar huella, un ángel les pisotearía el mercado de consuelos,
al que limita su iglesia, la que ellos compraron una vez terminada:
pulcra y cerrada y desengañada, como una oficina de correos en domingo.
Fuera, en cambio, se rizan siempre los bordes de la feria.
¡Columpios de libertad! ¡Buzos e ilusionistas del afán!
Y el tiro al blanco con figuritas, el tiro al blanco de la felicidad relamida,  
donde hay pataleo de diana y comportamiento de hojalata,
cuando uno, más diestro, acierta. De aplauso a azar
sigue él dando tumbos su camino; pues casetas de toda clase de curiosidades
solicitan, tamborilean y berrean. Para los mayores, no obstante,
hay todavía algo especial que ver, cómo el dinero se multiplica, anatómicamente,
no sólo como diversión: el órgano genital del dinero,
todo, la totalidad, el proceso, esto instruye y da
fecundidad…
…Oh, pero inmediatamente después de esto,
detrás de la última valla, en la que hay pegados anuncios del ‘Sin Muerte’,
de aquella cerveza amarga que parece dulce a los que la beben,
siempre que con ella mastiquen distracciones frescas…,
justo a espaldas de la valla, justo detrás, está lo real.
Hay niños que juegan y amantes que se cogen el uno al otro, aparte,
serios, en la mísera hierba, y los perros tienen su mundo.
A ir más allá todavía se siente movido el muchacho; tal vez ama a una joven
queja… Detrás de ella va él por praderas. Ella dice:
—Lejos. Vivimos allí fuera… ¿Dónde? Y el muchacho
sigue. Le conmueve su actitud de ella. El hombro, el cuello, tal vez
es de noble linaje. Pero la deja, se da la vuelta,
mira a un lado, hace una seña… ¿Qué? Ella es una queja.
 
Sólo los muertos jóvenes, en el primer estadio
de indiferencia intemporal, el de la deshabituación,
la siguen con amor. A muchachas
espera ella y se hace amiga de ellas. Les muestra en voz baja
lo que lleva. Perlas del dolor y los finos
velos de la paciencia. Con los muchachos ella anda en silencio.
Pero allí donde ellas viven, en el valle, una de las viejas, de las quejas
se ocupa del muchacho, cuando éste pregunta: —Éramos
—dice ella— una Gran Estirpe, en tiempos, nosotras, las quejas. Los padres  
practicaban la minería, allí, en la gran cordillera; entre los hombres
encontrarás de vez en cuando un trozo de protodolor afilado
o, expulsada de viejo volcán, la lava petrificada de la ira.
Sí, esto venía de allí. En otro tiempo fuimos ricas.

Y ella le lleva ligera por el ancho paisaje de las quejas,
le muestra las columnas de los templos o las ruinas
de aquellos castillos desde donde los príncipes de las quejas gobernaron
antaño sabiamente el país. Le muestra los grandes
árboles de lágrimas y los campos de la melancolía en flor,
(Los vivos sólo los conocen como suave follaje);
le muestra los animales de la tristeza, paciendo; a veces
un pájaro se asusta y, volándoles rasante a través de su mirada,
traza en el espacio la imagen escrita de un grito solitario.
Al atardecer le lleva a las tumbas de los viejos
del linaje de las quejas, las sibilas y los augures.
Mas se acerca la noche, por esto caminan más quedo, y pronto
se levanta la luna, el Monumento Funerario
que vela sobre todo. Hermana de aquella que está junto al Nilo,
la esfinge sublime: de la callada cámara
semblante.
Y ellos se asombran de la cabeza coronada que para siempre,
en silencio, puso el rostro de los hombres
sobre la balanza de las estrellas.

No lo abarca la mirada de él, en el vértigo
de la muerte temprana. Mas su mirada, o
saliendo de detrás del pschent, asusta al búho. Y éste,
rozándole levemente la mejilla,
aquélla, la de la más madura redondez,
dibuja blandamente, metiéndose en el nuevo
oído de muerto, sobre una hoja doble,
abierta, la silueta indescriptible.
 
Y más alto, las estrellas. Las estrellas del país del dolor.
Lentamente las va nombrando la queja: Aquí,
mira: el Jinete, la Vara, y a la constelación más llena
la llaman ellos: Guirnalda de Erutos. Luego, más allá, hacia el Polo:
Cuna; Camino; El Libro Ardiente; Muñeca; Ventana.
Pero en el cielo del Sur, pura como en el interior
de una mano bendita, la ‘M’, clara, resplandeciente
que significa las madres…

Pero el muerto tiene que seguir, y en silencio le lleva la queja
más vieja hasta el barranco,
donde brilla la Luna:
la fuente de la alegría. Con veneración
la nombra ella, dice: —Entre los hombres
ella es un río que arrastra.
Están al pie de la montaña.
Y allí ella le abraza, llorando.

Solitario él va subiendo, a los montes del protodolor.
Y sus pasos no se oyen siquiera desde el mudo destino.

Pero si los infinitamente muertos despertaran en nosotros un símbolo,
mira, señalarían tal vez los amentos del desnudo
avellano, los amentos que cuelgan, o bien
pensarían en la lluvia que cae sobre el oscuro reino terrestre.

Y nosotros, que pensamos en una dicha
creciente, sentiríamos la emoción o
que casi nos abruma
cuando cae algo feliz.

21 marca. Za wiosnę, za poezję, za Adama Zagajewskiego (w 1. rocznicę śmierci), za naród ukraiński: Rilke.

Adam Zagajewski napisał wiersz, do którego zrobiłam etiudę filmową, wstrząśnięty atakiem na World Trade Center. Inspiracją dla wiersza jest Rilke, który z kolei storzył elegie po traumie I wojny światowej (1912-1815,1922, z przerwą spowodowaną apatią i przygnębieniem). Moment, w którym żyjemy, doprowadził mnie do kwestionowania poezji, sztuki, wraz z Adorno, Godardem, Różewiczem. Bolą mnie te radosne obchody dnia poezji tutaj w Hiszpanii jak nigdy dotąd. Sama dla siebie, dla tych dzielnych ukraińskich dziewczyn, które walczą teraz zarówno piórem jak karabinem, staram się przekonać, że słowa i świadectwa są ważne. Że nie możemy milczeć, bo milczenie oznacza niemą akceptację faktów. Przywołuję też słowa Dylana Thomasa:
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

«Mędrcy, choć wiedzą, że ciemność w nich wkroczy –
Bo nie rozszczepią słowami błyskawic –
Nie wchodzą cicho do tej dobrej nocy.

Cnotliwi, płacząc kiedy ich otoczy
Wspomnienie czynów w kruchym wieńcu sławy,
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Szaleni słońce chwytający w locie,
Wasz śpiew radosny by mu trenem łzawym;
Nie wchodźcie cicho do tej dobrej nocy.

Posępnym, którym śmierć oślepia oczy,
Niech wzrok się w blasku jak meteor pławi;
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Błogosławieństwem i klątwą niech broczy
Łza twoja, ojcze w niebie niełaskawym.
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy»

BUNTUJMY SIE, , SŁAWMY I OPIEWAJMY OKALECZONY ŚWIAT, ALE NIE MILCZMY!

Tłum. Mieczysław Jastrun (IX) i Andrzej Lam (X)

Elegie Duinejskie

Elegia IX

Czemu więc, jeśli już trzeba, porę istnienia na ziemi
przybrać jak wawrzyn, nieco ciemniejszy niż wszelka
inna zieleń z małymi falami na każdym
brzeżku liścia (jak uśmiech wiatru): – czemuż tedy
do ludzkiej przymuszać się doli – i unikając losu
tęsknić za losem?…
Och, nie, że jest szczęściem
ten przedwczesny przywilej bliskiej utraty.
Nie z ciekawości albo dla wprawy serca,
co by mogło być także w wawrzynie…

Ale że ziemski byt znaczy wiele i że wszystkiemu tutaj
jesteśmy na pozór potrzebni, całej tej znikomości,
co nas przedziwnie dotyczy. Nas, najbardziej znikomych. Raz tylko,
wszystko tylko raz jeden. Raz i nie więcej. My także
raz tylko. Niepowrotnie. Lecz to
raz tylko istnieć, jeśli nawet raz tylko:
istnieć na Ziemi, wydaje się nieodwołalne.

I tak przynaglamy się, by dopełnić istnienia,
tak chcemy zmieścić je w naszych zwyczajnych dłoniach,
w przepełnionym spojrzeniu i w niemym sercu.
Chcemy być nim. – komu je oddać? Najchętniej
wszystko zachować na zawsze… Ach, w tamten inny układ,
biada, co się zabiera ze sobą? Nie zdolność widzenia,
z wolna tu wyuczoną, nic z tego, co tu się zdarzyło. Nic.
Ale cierpienia. Lecz przede wszystkim ciężar bytu,
lecz długie doświadczenie miłości – lecz
samo niewysłowione. Ale później
pośród gwiazd, cóż z tym począć: są głębiej niewyrażalne.
Przecież wędrowiec ze stoku góry znosi w dolinę
nie garść ziemi, niewysłowionej dla wszystkich, lecz tylko
jedno zdobyte słowo, czyste, żółtą i błękitną
gencjanę. Jesteśmy tu może tylko po to, by powiedzieć: dom,
most, studnia, brama, dzbanek, owocowe drzewo, okno –
najwyżej: kolumna, wieża… Ale powiedzieć, zrozum,
o, powiedzieć tak, jak nawet samym rzeczom
nie marzyło się nigdy. Czy to nie skryty podstęp
tej Ziemi, co umie milczeć, jej, która zniewala
kochanków, by w ich uczuciu wszystko ich zachwycało?
Próg: czymże to jest dla dwojga
kochanków, że własny wysłużony próg we drzwiach
zetrą cokolwiek obuwiem, także oni, po wielu przed nimi
i przed tymi, co przyjdą… przelotnie.

Tu czas Wyrażalnego, tu jego ojczyzna.
Powiedz i wyznaj. Bardziej niż kiedykolwiek
tam odpadają rzeczy dające się przeżyć, albowiem
to, co spycha, na miejsce ich wchodząc, jest ruchem bez obozu.
Czynnością pod skorupami, pękającymi radośnie, gdy wewnątrz
napór przerośnie siebie i inną znajdzie granicę.
Trwa między młotami
nasze serce jak język
między zębami, a jednak
nie przestaje wysławiać.

Sław przed Aniołem świat, nie ten wyrażalny, przed nim
próżno byś chełpił się przepychem uczuć; w bezmiarze,
tam, gdzie on czuje stokrotnie, tyś nowicjuszem. Więc pokaż
mu rzeczy zwykłe, co z pokolenia na pokolenie żyją
w nas jako nasza własność, pod ręką, w spojrzeniu.
Powiedz mu rzeczy. Stać będzie wstrząśnięty, jak stałeś
u powroźnika w Rzymie lub u garncarza nad Nilem.
Pokaż mu, jak szczęśliwa może być rzecz, jak niewinna i nasza,
jak nawet łkające cierpienie przestaje na kształt, bez wahania,
służy jak rzecz lub znika w rzecz – i na drugim brzegu
błogo wymyka się skrzypcom. – I te ze skonania
żyjące rzeczy pojmują, że ty je sławisz; śmiertelne,
nam powierzają ratunek, najbardziej śmiertelnym.
Chcą, byśmy je przemienili w swym niewidzialnym sercu
w nas – o, bezbrzeżnie w nas samych! Kim byśmy byli w końcu.
Ziemio, czyż nie jest to twoim pragnieniem: w nas
narodzić się niewidzialnie? – Czy to nie sen twój,
być jeden raz niewidzialną? – Ziemio! być niewidzialną!
Co, jeśli nie metamorfoza, jest twym naglącym żądaniem?
Ziemio, umiłowana, chcę. O, wierz, nie trzeba by było
odtąd twych wiosen, by mnie zjednać dla ciebie – jedna,
ach, jedna, to już za wiele dla mojej krwi.
Bezimiennie przystałem na ciebie, z najdalszych oddali.
Tyś zawsze miała słuszność, i twoim świętym pomysłem
jest zgon poufny.

Patrz, żyję. Z czego? Ani dzieciństwo ni przyszłość
nie tracą nic ze siebie… Byt niezmierzony
wytryska z mojego serca.

Elegia X

Żebym też kiedyś, u kresu gorzkiego przejrzenia,
radość i sławę wyśpiewał przyzwalającym aniołom.
Żeby ze zbitych do cna młotków mojego serca
żaden nie zawiódł na luźnych, niepewnych albo
porwanych strunach. Żeby moje płynące oblicze
mnie rozświetliło; żeby płacz niepozorny
rozkwitnął. O, jak będziecie wtedy, noce, mi bliskie,
strapione. Że was na klęczkach, niepocieszone siostry,
nie brałem w siebie, w wasz rozpuszczony
włos nie kryłem się ufnie. My, trwoniciele cierpienia.
Jakże my je z góry odrzucamy, w posępne trwanie,
bo nie skończą się może. Ale to one są przecież
naszym zimozielonym listowiem, ciemnym barwinkiem,
jedną z pór sekretnego roku — nie tylko
porą — są miejscem, gniazdem, siedliskiem, mieszkaniem.

Lecz, biada, jak obce są uliczki Miasta Boleści,
gdzie w fałszywej, z nadmiaru dźwięku powstałej
ciszy, butnie, z matrycy pustki odlew
się pyszni: wrzask pozłocony, kruszący się pomnik.
O, jak chętnie rozdeptałby im anioł ten rynek pociech,
odgraniczony kościołem, jego kupną gotowizną:
czystym, zamkniętym i smutnym jak poczta w niedzielę.
Ale na zewnątrz kotłują się zawsze jarmarczne atrakcje.
Huśtawki wolności! Poławiacze, kuglarze zapału!
I szczęścia wystrojonego figurki w strzelnicy,
ruchome skaczące cele, dźwięk dające blaszany,
gdy strzelec fortunny trafi. Od trafu do przypadku
toczy się dalej; bo kramy z wszelakim cudactwem
wabią, bębnią i beczą. Dla dorosłych natomiast
jest widok osobny, jak pieniądz się mnoży, anatomicznie,
nie tylko do śmiechu: organ płciowy pieniądza,
wszystko, całość i przebieg — to uczy i czyni
płodnym………
…. Och, ale zaraz za tym, nieco dalej,
za płotem oklejonym plakatami „Todlos”,
tego gorzkiego piwa, co zda się słodkie pijącym,
gdy przeżuwają do niego ciągle nowe rozrywki…,
zaraz z tyłu parkanu, za nim jest rzeczywiście.
Dzieci się bawią i kochankowie trzymają się z boku,
poważnie, na lichej trawie, i psy korzystają z natury.
Coś dalej ciągnie młodzieńca; być może kocha młodą
Skargę….. Za nią idzie na łąki. A ona mówi:
— Daleko. Mieszkamy tam, za miastem….. Gdzie? I młodzieniec
idzie za nią. Jej postać go wzrusza. Ramiona i szyja —
może to ród znamienity? Lecz ją zostawia, odchodzi,
odwraca się, skinął… Cóż to? Ona jest Skargą.

Tylko młodzi umarli, we wczesnym okresie
bezczasowej obojętności, odzwyczajania,
idą za nią z miłością. Na dziewczęta
czeka i zaprzyjaźnia się z nimi. Pokazuje im cicho,
co ma na sobie. Perły cierpienia i delikatne
welony cierpliwości. — Z chłopcami idzie
w milczeniu.

Lecz tam, gdzie mieszkają, w dolinie, jedna ze starszych Skarg
zwraca się żywo ku chłopcu, kiedy ten pyta: — Byliśmy,
mówi, Wielkim Rodem, kiedyś, my Skargi. Przodkowie
pracowali w kopalniach tam, w tych górach; u ludzi
znajdziesz niekiedy kawałek szlifowanego pra-bólu
lub, ze starego wulkanu, gniew skamieniały w szlakę.
Tak, to pochodzi stamtąd. Byliśmy kiedyś bogaci. —

I prowadzi go lekko przez Skarg krajobraz rozległy,
pokazuje słupy świątyni albo zwaliska
zamków, z których niegdyś książęta Skargowie
krajem mądrze rządzili. Pokazuje wysokie
drzewa łez i pola kwitnącej melancholii
(żyjący znają ją tylko jako roślinę liściastą);
pokazuje zwierzęta smutku na łące — a czasem
skoczy ptak i przetnie im w płaskim locie widzenie
hieroglifem swojego samotniczego krzyku. —
Zaś wieczorem na groby przodków go wiedzie
ze Skargów rodu, dawnych sybilli i wieszczków.
A kiedy noc się zbliża, wędrują ciszej, i wkrótce
księżyc się wznosi, ten nad wszystkim
czuwający grobowiec. Podobny do tego nad Nilem,
wzniosły Sfinks —: utajnionej komnaty
oblicze.
I zdumiewają się głowie królewskiej, która na zawsze,
milcząca, twarz ludzką
złożyła na wadze gwiazd.

Tego już wzrok nie ogarnia, we wczesnej śmierci
mętniejący. Lecz jej spojrzenie,
spoza krawędzi pszentu, wypłasza sowę. A ona,
muskając w wolnym przelocie policzek,
tę najdojrzalszą okrągłość,
wrysowuje miękko w nowy
słuch umarłego, nad podwójnie
otwartą kartą, nieopisany obrys.

A wyżej, gwiazdy. Nowe. Gwiazdy Krainy Boleści.
Wolno nazywa je Skarga: — Tu,
patrz, to Jeździec, to Laska, a ten większy gwiazdozbiór
zowią: Wieniec Owoców. I dalej, bliżej bieguna:
Kołyska; Droga; Płonąca Księga; Lalka; Okno.
Na niebie zaś południowym, czyste jak we wnętrzu
błogosławionej dłoni, jasno świecące M,
które oznacza Matki…… —

Lecz Zmarły musi odejść; w milczeniu prowadzi go starsza
Skarga do wąwozu w dolinie,
gdzie w blasku księżyca coś lśni:
Źródło Radości. Z nabożną czcią
nazywa je, mówi: — U ludzi
jest ono doniosłą rzeką. —

Stoją u podnóża gór.
Obejmuje go, płacząc.

Samotnie się wspina, ku górom pra-bólu.
I nawet jego kroki nie dźwięczą z głuchego losu.

*
Lecz gdyby mieli ci nieskończenie umarli wzbudzić
w nas podobieństwo, patrz, wskazaliby może kotki
bezlistnej leszczyny, zwisające, albo
deszcz, co na mroczną ziemię pada wczesną wiosną. —
My zaś, którzy o szczęściu rosnącym
myślimy, poczulibyśmy wzruszenie,
które nas do żywego dojmuje,
kiedy szczęście pada.