Durs Grünbein

1962 – , Alemania

Hace años, me encontré en Nueva York con el cuadro de Malevich «Blanco sobre blanco», la última y más consistente pieza de su serie de cuadrados. Con toda lógica, mi primera reacción fue una sonrisa. Para acentuar su contraste con el fondo blanco, el Cuadrado Blanco estaba ligeramente inclinado. Parecía balancearse un poco, como si hubiera bebido una gota de vodka de más. Me sorprendió ver las pequeñas pinceladas que formaban el «blanco». Además, el barniz estaba ahora lleno de surcos como la frente de un anciano. Sentí lástima por el cuadro, con su tristes grietas y fragilidad. Había imaginado que su efecto sería como una especie de ceguera, una revelación de lo absoluto. Pero así es el arte: cuanto más envejece, más humano se vuelve. Fue entonces cuando se me ocurrió la idea de «Weiße Verben» [Verbos blancos]. Unas pocas líneas, olvidadas en un cuaderno, perdidas en lo intransitivo – me acordé de ellas ahora, y completé las líneas. (Durs Grünbein, 2017)

Wiele lat temu natknąłem się w Nowym Jorku na obraz Malewicza „Białe na białym” – ostatni, najbardziej spójny obraz z jego cyklu kwadratów. Logicznie rzecz biorąc, moją pierwszą reakcją był uśmiech. Aby podkreślić kontrast z białym tłem, Biały Kwadrat został lekko pochylony. Zdawało się, że lekko się kołysze, jakby wypił o jedną kroplę wódki za dużo. Zaskoczyło mnie, jak małe pociągnięcia pędzlem tworzyły „biały”. Poza tym werniks był pomarszczony jak czoło starca. Żal mi było tego obrazu, z jego smutnym spękaniem i kruchością. Wyobrażałem sobie, że jego skutki będą jak rodzaj ślepoty, objawienia absolutu. Ale tak jest z każdą sztuką – im dłużej się starzeje, tym bardziej staje się ludzka. Wtedy właśnie wpadłem na pomysł „Weiße Verben” [białych czasowników]. Kilka linijek, zapomnianych w zeszycie, zagubionych w niebycie – przypomniały mi się teraz i dokończyłem je. (Durs Grünbein, 2017)

Trad. Ada Trzeciakowska

Verbos blancos

Todos los verbos blancos son invisibles,
Giran en torno a acciones que no se aprenden.
Significan: desaparecer, apagarse, perecer
Y conducen a territorios desiertos.
Imperceptiblemente se deslizan por el espacio.
 
Significan: desintegrarse, disiparse. Borran
con un gesto de su mano lo que una vez existió.
Envuelven la mente en una nube de nieve, en niebla,
Y comienzan como una línea de tiza en la pizarra.
Empujan la lengua hacia la recta final.
 
Nevar es uno de esos verbos, congelarse.
Otro es envejecer o desesperar, fallecer.
Saben cortar el nudo de la sabiduría.
Existen como puntos ciegos errantes.
Existen en el borde de cada psique.
 
Los verbos blancos apenas hacen ruido.
Trabajan con solidez y se puede confiar en ellos.
Existen, como existe el amor.
Operan en secreto
y avanzan en silencio al amparo de los sustantivos.
Apuntan a horizontes que nada alcanza.

Bujías (2017)

Fragmentos del libro de VERONIKA SCHÄPERS que indagan en la idea del poema. Fotogramas de la última película de Nuri Bilge Ceylan About Dry Grasses (2023)

Białe czasowniki

Wszystkie białe czasowniki są niewidzialne,
Krążą wokół czynności, których się nie uczymy.
Znaczą: zniknąć, zgasnąć, sczeznąć
I prowadzą na obszar bezludny.
Niepostrzeżenie, skradając się, pokonują przestrzeń.
 
Znaczą: rozpaść się, rozwiać. Widmowym ruchem
Dłoni wykreślają to, co było kiedyś.
Spowijają myśl w tuman śnieżny, w mgłę,
A zaczynają się jako kredowa kreska na tablicy.
Popychają język ku ostatniej prostej.
 
Zaśnieżyć to jeden z tych czasowników, zamarznąć.
Innym jest starzeć się lub zwątpić, skonać.
Potrafią przeciąć węzeł mądrości.
Istnieją jako wędrująca ślepa plamka.
Istnieją na skraju każdej psyche.
 
Białe czasowniki raczej nie cieszą się rozgłosem.
Pracują solidnie, można na nich polegać.
Istnieją, tak jak istnieje miłość.
Prowadzą tajne operacje
I cicho posuwają się naprzód pod osłoną rzeczowników.
Ich celem są horyzonty, do których nic nie dociera.

Świece zapłonowe (2017) w Powroty z księżyca


Years ago, I encountered Malevich’s painting ‘White on White’ in New York – the last, most consistent piece in his series of squares. With perfect logic, my first reaction was a smile. In order to emphasize its contrast with the white background, the White Square was slightly tilted. It seemed to sway a bit as if it had downed one drop of vodka too many. I was surprised to see the small brushstrokes that made up the “white.” Also, the varnish was now furrowed like the forehead of an old man. I felt sorry for the picture, with its sad craquelé and its frailty. I had imagined its effect would be like a kind of blindness, a revelation of the absolute. But that is the way of all art – the longer it ages, the more human it becomes. That was when I had the idea for “Weiße Verben” [White Verbs]. A few lines, forgotten in a notebook, lost in the intransitive – I was reminded of them now, and I completed the lines. (Durs Grünbein, 2017)

White Verbs

The white verbs are all invisible.
They circle around activities that are not learned.
They are disappear, extinguish, perish
they lead to deserted territory.
They creep through the room unnoticed

They are disintegrate, scatter. Their
Ghostly hand crosses out anything that once existed.
They wrap our thinking in snowfall, a fog,
And start as a line of chalk on the blackboard.
They give language its sense of finality.

To snow is one of these verbs, to freeze
To age is another, to despair, to pass away.
They can cut through the knot of wisdom.
They are a traveling blind spot.
They are at the edges of every psyche.

The white verbs hardly make a stir.
They are thorough, they can be relied upon. They exist as love exists.
They operate in secret
And silently advance under cover of the main words.
They aim at horizons that nothing can reach.

weißen Verben

Die weißen Verben sind alle unsichtbar.
Sie kreisen um Tätigkeiten, die man nicht lernt.
Sie heißen verschwinden, verlöschen, verenden
Und führen in menschenleeres Gebiet.
Unmerklich schleichen sie durch den Raum.

Sie heißen zerfallen, verwehen. Sie streichen
Mit Geisterhand aus, was je existierte.
Sie hüllen das Denken in Schneefall ein, Nebel,
Und fangen als Kreidestrich auf der Schultafel an.
Sie geben der Sprache den Zug ins Finale.

Schneien ist eins dieser Verben, gefrieren.
Altern ein anderes, verzagen, entschlafen.
Sie können die Knoten der Weisheit durchschlagen.
Es gibt sie als wandernde blinde Flecke.
Es gibt sie am Rand aller Psychen.

Die weißen Verben machen kaum von sich reden.
Sie arbeiten gründlich, auf sie ist Verlaß.
Es gibt sie, wie es die Liebe gibt.
Sie operieren verdeckt
Und rücken still im Schutz der Hauptwörter vor.
Sie zielen auf Horizonte, die nichts erreicht.

 Zündkerzen. Gedichte (2017)

Durs Grünbein

1962 – , Alemania

Trad. Ada Trzeciakowska

LUMIÈRE

Este tren negro que escupe nubes
blancas de vapor, aún corre
hacia los espectadores. Dicen
que algunos saltaron asustados,
porque la catástrofe era inevitable.

La luz en la pared de esta sala, luz
de un día que encarna el verano, distinta
de la de fuera, a la misma hora
en las plazas de Paris, en sus bulevares
inundaba a la gente sentada en la oscuridad.

Hubo pánico, quizás también preocupación
por el niño de la mano de la vieja dama
(Madame Lumière, como sabemos ahora),
tambaleándose tan cerca del borde del andén.

Preocupación quizás, también asombro,
pero aún no el horror
ante todos los trenes impasibles
que han surcado el siglo, ante
las filas de vagones sellados, sin fin.

Las vías corrían directamente hacia ellos,
pasando por delante y fuera del encuadre.
Y fantasmal —como el humo de la chimenea,
las sombras de los que esperan inquietos,
como la propia película— permaneció
la mortífera locomotora del tiempo.

Collage propio

LUMIÈRE

Ten czarny pociąg, co wyrzuca białe
obłoczki pary, wciąż jeszcze pędzi
prosto na widzów. Podobno niektórzy
zrywali się przerażeni, że zaraz
niechybnie nastąpi katastrofa.
 
Światło na ścianie w tej sali, światło
prawdziwie letniego dnia, inne
niż tamto na zewnątrz, na placach Paryża,
o tej samej porze, na bulwarach,
zalewało siedzących w ciemności.
 
Panika, a może to była troska
o dziecko u boku starszej damy
(madame Lumière, jak już wiemy),
które się kolebie na skraju peronu.
 
Troska może, a także szok,
ale jeszcze nie zgroza
z powodu tych obojętnych pociągów,
co przemierzały stulecie, z powodu
ciągu zaplombowanych wagonów, bez końca.
 
Szyny biegły prosto na nich,
a minąwszy ich, poza ekran.
I widmowy, jak dym z komina,
niespokojne cienie oczekujących,
jak sam film, był niezmiennie
ów śmiercionośny parowóz – czas.

Ekwidystans (2022) w Powroty z księżyca

LUMIÈRE

This black train, puffing out
clouds of white smoke, still
races towards the viewers.
They say some
jumped up in fright,

thinking the catastrophe was about to occur.
The light on the wall of the salon, light
from an incarnate summer’s day—so different
from the Paris light at the same moment,
outside on the squares, the Boulevards—
flooding over them as they sat in the dark.

Perhaps it was panic, maybe also concern
for the child on the hand of the elderly lady
(Madame Lumière, as we know now),
toddling so close to the edge of the platform.

Concern perhaps, also shock,
but not yet horror
at all the implacable trains
that have crisscrossed the century,
the endless rows of sealed trucks.

The tracks heading straight towards them,
past them and out of the frame.
And like the smoke from the chimney,
the shadows of those waiting impatiently,
like the film itself, ghostly,
the fatal locomotive of time.

LUMIÈRE

Immer noch rast dieser schwarze Zug,
weiße Dampfwölkchen ausstoßend,
auf die Zuschauer zu. Es heißt, manche
seien vor Schreck aufgesprungen,
gleich mußte die Katastrophe geschehn.

Das Licht auf der Saalwand, Licht
eines leibhaftigen Sommertages, anders
als zur selben Stunde das Pariser Licht
auf den Plätzen draußen, den Boulevards
überströmte sie, die im Dunkel saßen.

Panik war es, vielleicht auch die Sorge
um das Kind an der Hand der älteren Dame
(Madame Lumière, wie man heute weiß),
das so nah an der Bahnsteigkante tappt.

Sorge vielleicht, auch der Schock,
aber noch nicht das Entsetzen
über all die gleichgültigen Züge
die das Jahrhundert durchquerten,
die endlosen Reihen verplombter Waggons.

Die Schienen liefen direkt auf sie zu,
vorbei an ihnen und aus dem Bild.
Und wie der Rauch aus dem Schornstein,
die Schatten der unruhig Wartenden,
wie der Film selbst, geisterhaft, blieb
die tödliche Lokomotive Zeit.

Äquidistanz. Gedichte (2022)

Óscar Hahn

1938 – , Chile

CANCIÓN DE AGOSTO

Amor mío

muchas cosas
pudieron haber pasado en agosto
pero no pasarán

muchas luciérnagas
pudieron haber brillado en los ojos
pero no brillarán

y el mes de agosto será enterrado
sin pompa ni circunstancia
sin flores ni cortejos

como tantos días
que nunca llegaron a ser árboles

como tantos árboles
que nunca llegaron a ser pájaros

como tantos pájaros
que nunca llegaron a volar

Fotografías de Helen Levitt (1913-2009)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Sierpniowa piosenka

Kochanie moje

mnóstwo rzeczy
mogło się zdarzyć w sierpniu
ale się nie zdarzy.

tyle świetlików
mogło błyszczeć w twoich oczach
ale nie zabłyśnie

a sierpień zostanie pochowany
bez pompy i zbędnych ceregieli
bez kwiatów i procesji

jak tyle dni
które nigdy nie stały się drzewami

jak tyle drzew
które nigdy nie stały się ptakami

jak tyle ptaków
które nigdy nie wzbiły się w powietrze

Basilio Sánchez

1958 – , España (Cáceres)

***

EN el itinerario de los pueblos
hay casas incendiadas por la luz de la luna
y amaneceres rojos
como las amapolas
de las floristerías de la sangre.

Los que nos adentramos en el bosque
para buscar comida
no sabíamos
que cuando regresásemos
de aquel silencio extraño,
de aquella hoguera oscura que ardía sin consumirse,
no seríamos los mismos.

El bosque es un recodo en el tiempo
en el que se descansa de la luz.
No hay nada más hermoso
que dejarse convencer por la noche
de que todo es eterno.

(en He heredado un nogal sobre la tumba de los reyes)

Foto propia: campo en alrededores de Albacete

Tłum. Ada Trzeciakowska

***

NA wioskowym szlaku
domy gorejące od księżycowego światła
i świty czerwone
jak maki
z krwawych kwiaciarni.

My zagłębiający się w las
w poszukiwaniu pożywienia
nie wiedzieliśmy,
że po powrocie
z owej zadziwiającej ciszy,
z owego ciemnego ognia, który płonie nie trawiąc,
więcej nie będziemy tacy sami.

Las jest zakolem czasu
w którym odpoczywa się od światła.
Nie ma nic piękniejszego
niż pozwolić by noc przekonała nas,
że wszystko jest wieczne.

(W Odziedziczyłem drzewo orzechowe na grobie królów)

Fotografía de Nicolas Dhervillers. Su espectacular trabajo se pueden ver aquí

Joseph Brodsky

1940-1996, Rusia/EE. UU

III poema de doce que forman la reflexión poética sobre el exilio, la naturaleza del tiempo y el espacio más hermosa y profunda de las que he leído jamás (incluido en el poemario Parte de la oración).

Trad. A. Lacasa y R. Buenaventura

Canción de cuna de Cape Cod

La soledad enseña la esencia de las cosas,
que es también soledad. La piel de la espalda
agradece a la piel del sillón la frescura. Allá lejos,
la mano se torna madera, igual que el posabrazos.
Resplandores de roble tapizan los nudillos. Y el cerebro,
como un trozo de hielo, golpetea contra las paredes del vaso.

Bochorno. En la escalera de un salón de billar,
alguien rescata de la oscuridad el rostro de un viejo negro
al encender una cerilla. La dentadura blanca
de las columnas del Juzgado Comarcal,
esperando el destello de unos faros casuales,
se hinca en el espeso follaje. Rematando

el conjunto, se queman, igual que en el festín de Baltasar,
las letras de la Coca Cola. En el jardín abandonado,
una fuente musita sus secretos. A veces, una brisa,
incapaz de extraer de los juncos un simple tralará,
de tan lánguida, agita las hojas de un periódico,
junto a una valla de metal, extraña,

hecha sin duda con camas viejas. Bochorno. Apoyado
en su fusil, un Soldado Desconocido de la Unión
se vuelve mucho más desconocido. Se frota la nariz
una trainera herrumbrosa contra el atracadero de hormigón.
Y un ventilador tritura el aire cálido de los Estados Unidos
en sus roncas branquias de hierro.

Como una cantidad que se arrastra en la suma,
sube el océano en la oscuridad, señalando la arena:
dispuesto a mecer un madero en sus olas por millones de años.
Si resbalas del muelle, largo tiempo caerás
con los brazos pegados al cuerpo.
Y luego te hundirás sin hacer ruido.

Lullaby of Cape Cod

Being itself the essence of all things,
solitude teaches essentials. How gratefully the skin
receives the leathery coolness of its chair.
Meanwhile, my arm, off in the dark somewhere,
goes wooden in sympathetic brotherhood
with the chair’s listless arm of oaken wood.
A glowing oaken grain
cover the tiny bones of the joints. And the brain
knocks like the glass’s ice cube tinkling.

It’s stifling. On a pool hall’s steps, in a dim glow,
somebody striking a match rescues his face
of an old black man from the enfolding dark
for a flaring moment. The whithe-toothed portico
of the District Courthouse sinks in the thickened lace
of foliage, and awaits the random search
of passing headlights. High up on its perch,

like the fiery warning at Balthazar’s Feast,
the inscription Coca-Cola hums in red.
In the Country Club’s unweeded flower bed
a fountain whispers its secrets. Unable to rouse
a simple tirralirra in these dull boughs,
a strengthless breeze rustles the tattered, creased
news of the world, its obsolete events,
against an improvised, unlikely fence

of iron bedsteads. It’s stifling. Leaning on his rifle,
the Unknown Soldier grows even more unknown.
Against a concrete jetty, in dull repose
a trawler scrapes the rusty bridge of its nose.
A weary, buzzing ventilator mills
the U.S.A.’s hot air with metal gills.

Like a carried-over number in addition,
the sea comes up in the dark
and on the beach it leaves its delible mark,
and the unvarying, diastolic motion,
the repetitious, drugged sway of the ocean,
cradles a splinter adrift for a million years.
If you step sideways off the pier’s
edge, you’ll continue to fall toward those tides
for a long, long time, your hand stiff at your sides,
but you will make no splash.

Fotogramas de 1.Mullholand Drive de D. Lynch, 2. y 4. Fotografías de Gregory Crewdson. 3. Fotografía de Nadav Kander

Колыбельная Трескового Мыса

Одиночество учит сути вещей, ибо суть их тоже
одиночество. Кожа спины благодарна коже
спинки кресла за чувство прохлады. Вдали рука на
подлокотнике деревенеет. Дубовый лоск
покрывает костяшки суставов. Мозг
бьется, как льдинка о край стакана.

Духота. На ступеньках закрытой биллиардной некто
вырывает из мрака свое лицо пожилого негра,
чиркая спичкой. Белозубая колоннада
Окружного Суда, выходящая на бульвар,
в ожидании вспышки случайных фар
утопает в пышной листве. И надо

всем пылают во тьме, как на празднике Валтасара,
письмена «Кока-колы». В заросшем саду курзала
тихо журчит фонтан. Изредка вялый бриз,
не сумевши извлечь из прутьев простой рулады,
шебуршит газетой в литье ограды,
сооруженной, бесспорно, из

спинок старых кроватей. Духота. Опирающийся на ружье,
Неизвестный Союзный Солдат делается еще
более неизвестным. Траулер трется ржавой
переносицей о бетонный причал. Жужжа,
вентилятор хватает горячий воздух США
металлической жаброй.

Как число в уме, на песке оставляя след,
океан громоздится во тьме, миллионы лет
мертвой зыбью баюкая щепку. И если резко
шагнуть с дебаркадера вбок, вовне,
будешь долго падать, руки по швам; но не
воспоследует всплеска.

Tłum. Stanisław Barańczak

Kołysanka Dorszowego Przylądka

Samotność uczy natury przedmiotów, bo ich naturą
jest ta sama samotność. Chłodnej skórze, którą
obito fotel, wdzięczna jest skóra pleców za chłód.
Na poręczy ręka drętwieje: drewnieje w niej każdy muskuł,
fornir pokrywa kości stawów. Obija się mózg u
brzegów czaszki niby w szklance lód.

Duszno. Na schodkach nieczynnej bilardowni ktoś właśnie używa
zapałki, wykrzesując nią z mroku swą twarz starszawego Murzyna.
Białe i wyszczerzone jak dentystyczny eksponat
kolumny gmachu sądu kryją się w gęstwie liści,
czekając, aż kolejni automobiliści
omiotą je światłami. A ponad

wszystkim płonie w ciemności, jak nad Baltazarową ucztą,
ognisty znak Coca-Coli. Przed koncertową muszlą
szemrze w zaroślach fontanna. Niezdolny do grania gam
na prętach, ospały wietrzyk próbuje bez powodzenia
szeleścić z rzadka gazetą w żeliwie ogrodzenia,
zmajstrowanego najwyraźniej z ram

starych łóżek. Jest duszno. Spoglądając w przestrzeń,
wsparty o broń Nieznany Żołnierz robi się jeszcze
bardziej nieznany. Trawler z nasady dziobu rdzę ściera,
trąc nim o molo z betonu. Słychać buczący szmerek
wentylatora, który gorące powietrze Ameryki
wciąga w swe metalowe skrzela.

Pozostawiając na piasku ślad, jak w pamięci sumę,
ocean patrzy się w mroku, już od milionów lat z szumem
kołysząc do snu deseczkę na martwej fali. Zaledwie
jeden krok do niej z pomostu: lecz jeśli stąpnąć na zewnątrz,
można by długo spadać, z rękami wzdłuż szwów, a na pewno
plusk nigdy się nie rozlegnie.

Basilio Sánchez

1958 – , España (Cáceres)

*Recomiendo comparar este poema con el de Andrzej Stasiuk

III

Hay en lo más callado de nosotros,
dice ella,
un temblor de corderos
y una mancha de sangre.

Convertimos en templos las guaridas
que dejaron los lobos,
rezamos en las grutas de los bárbaros,
nos reunimos de noche
con linternas
en las alcantarillas
por las que se derrumban las ciudades.

Arrastramos
el miedo de la especie,
el temor de sentirnos,
sin una sola luz hospitalaria,
completamente solos frente a un mundo
que no puede confiar en nosotros
y que nos amenaza con sus túmulos
y sus animales imaginarios.

(en Esperando las noticias del agua)

Fotografía de Pierre Gonnord (colección de retratos  “El sueño va sobre el tiempo”)

Tłum. Ada Trzeciakowska

III

Jest w najcichszej części nas,
mówi:
drżenie baranka
i krwi plama.

Zmieniliśmy w świątynie nory
pozostawione przez wilki,
modlimy się w grotach barbarzyńców,
zbieramy się nocą
z latarkami
w kanałach ściekowych
przez które zapadają się miasta.

Wleczemy
bojaźń gatunku,
lęk przed odczuwaniem,
pozbawieni choć jednego gościnnego światła,
całkowicie samotni wobec świata,
który nie może nam zaufać
i wygraża nam swoimi mogiłami
i urojonymi bestiami.

(W Czekając na wieści od wody)

Basilio Sánchez

1958 – , España (Cáceres)

***

BAJO un cielo
tembloroso de estrellas
atravieso, sereno, los arcos de la noche,
aseguro las puertas de la casa,
apago las farolas, los fanales de viento,
la lucecilla gris de los hangares
donde duermen los pájaros.

Quizá porque las cosas
parece que no cambian,
que discurren en la tranquilidad
de un tiempo ilimitado,
hoy me encuentro más viejo, más pequeño,
completamente solo en un espacio
que se va reduciendo hasta extinguirse
como si fuese un punto del paisaje
del que nos alejamos para siempre.

Yo creo que no es el tiempo
lo que, al final, la muerte consigue arrebatarnos,
es el espacio,
la visión de lo abierto, la grandeza
sencilla de las cosas
con las que compartimos nuestra vida,
nuestra ausencia de límites.

Yo creo que no es el tiempo.
La muerte es una hipótesis
que te acaba robando la posibilidad del horizonte.

(en He heredado un nogal sobre la tumba de los reyes)

Foto propia: paisaje de Povedilla (CLM)

Tłum. Ada Trzeciakowska

***

POD niebem
rozedrganym od gwiazd
przechodzę, cichy, pod łukami nocy,
podpieram drzwi domu,
gaszę latarnie, lampiony,
szare światełka hangarów
gdzie śpią ptaki.

Zapewne dlatego, że rzeczy
nie podlegają zmianom,
płyną w spokoju
nieograniczonego czasu,
dziś czuję się starszy, mniejszy,
zupełnie sam w przestrzeni,
która kurczy się aż do zaniku
jakbym był puntem krajobrazu
od którego oddalamy się raz na zawsze.

Sądzę, że to nie czas
jest tym co, ostatecznie, śmierci udaje się wydrzeć,
to przestrzeń,
widok rozległy, skromny
ogrom rzeczy
z którymi dzielimy nasze życie,
nasz brak ograniczeń.
Sądzę, że to nie czas.
Śmierć jest hipotezą,
która w końcu pozbawia na możliwości horyzontu.

(W Odziedziczyłem drzewo orzechowe na grobie krolów)

Povedilla, vista a la Sierra de Alcaraz

Óscar Hahn

1938 – , Chile

Ningún lugar está aquí o está ahí …

Ningún lugar está aquí o está ahí
Todo lugar es proyectado desde adentro
Todo lugar es superpuesto en el espacio

Ahora estoy echando un lugar para afuera
estoy tratando de ponerlo encima de ahí
encima del espacio donde no estás
a ver si de tanto hacer fuerza si de tanto hacer fuerza
te apareces ahí sonriente otra vez

Aparécete ahí aparécete sin miedo
y desde afuera avanza hacia aquí
y haz harta fuerza harta fuerza
a ver si yo me aparezco otra vez si aparezco otra vez
si reaparecemos los dos tomados de la mano
en el espacio
donde coinciden
todos nuestros lugares

Solaris de S. Soderbergh (2002)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Żadne miejsce jest tutaj lub jest tam…

Żadne miejsce jest tutaj lub jest tam
Każde miejsce rzuca cień od środka
Każde miejsce jest warstwami kładzie się w przestrzeni

Teraz właśnie wyrzucam pewne miejsce na zewnątrz
staram się położyć je nad tam
nad przestrzenią, gdzie Ciebie nie ma
ciekawe czy od takiego siłowania się od takiego siłowania
zjawisz się tam uśmiechnięta raz jeszcze

Zjaw się tam zjaw się bez obawy
i z zewnątrz krocz aż do tutaj
i siłuj się siłuj
ciekawe czy zjawię się ja raz jeszcze czy zjawię się raz jeszcze
si zjawimy się ponownie obydwoje trzymając się za ręce
w przestrzeni
gdzie zbiegły
się wszystkie nasze miejsca