Antonio Gamoneda

1931 – , España (León)

Escribe Clara Janés:
«Arroja Gamoneda los dados definitivos de su ciencia en este poema, y los números son palabras inapelables. Con el primero nos sitúa en la sabiduría más hispana, arrastra ante nuestros ojos la frase de Séneca: «la misericordia no considera la causa, sino el infortunio; la clemencia va unida a la razón». Rotundo concepto que enlaza con el siguiente dado, que cae sobre la palabra «serenidad». Ésta participa de la razón y le permite abarcar el dolor. Después, un «pero» hace saltar el número: «lucidez», bajo su aspecto socavante –para Cioran es precisamente la lucidez lo que desfonda al espíritu–, siendo, con todo, aquello a lo que no podemos renunciar.
Establecidas estas premisas, siguen los dados con el enigma y la paradoja de la muerte, la separación definitiva, pero ésta se ha anticipado ya. La vida es deseo que mueve hacia el otro –al que nunca llega– y la conciencia son ojos medidores de esa distancia. De ahí que el dado oscile ahora un momento ante la «sombra» y se detenga en la «luz».
Y queda la última tirada: tres palabras redondas: «ebriedad», «vértigo» y «olvido». «Sólo se embriaga el que está desesperado», dijo María Zambrano refiriéndose al poeta. La ebriedad de Gamoneda procede de la luz, que permite abarcar, a ser posible, la totalidad. De ahí el vértigo y también el olvido. Se trata de conocer. Y ya en Descripción de la mentira, se preguntaba: «Después del conocimiento y el olvido, ¿qué pasión me concierne?». El vértigo, dice en ese mismo libro, es «la exactitud», y en otro, Sublevación inmóvil, que es la perfección de la belleza, pero acaso es también ese ir «de lo visible a lo invisible» de Arden las pérdidas, ese error que es la vida. En Lápidas escribió: «No hay memoria ni olvido y el error es la única existencia». Pero sí, hay olvido, al fin, y es «la única sabiduría». Y quizá el vértigo consista en no alcanzar todo el necesario. (…)»

Viene El olvido

La luz hierve debajo de mis párpados.
De un ruiseñor absorto en la ceniza, de sus negras entrañas musicales,
surge una tempestad. Desciende el llanto a las antiguas celdas,
advierto látigos vivientes
y la mirada inmóvil de las bestias, su aguja fría en mi corazón.
Todo es presagio. La luz es médula de sombra: van a morir los insectos
en las bujías del amanecer. Así
arden en mí los significados.

He tirado al abismo el hueso de la misericordia; no es necesario
cuando el dolor es parte de la serenidad, pero la lucidez trabaja
en mí como un alcohol enloquecido.
Sé que las uñas crecen en la muerte. No
baja nadie al corazón. Nos despojamos de nosotros mismos al expulsar
la falsedad, nos desollamos y
no viene nadie. No
hay sombras ni agonía. Bien:
no haya más que luz. Así es
la última ebriedad: partes iguales
de vértigo y olvido.

Palomas. Atraviesan la inexistencia.
Hay huellas de pastor frente al abismo. Cóncavas.
Todo se explica en la imposibilidad.
 
Hay úlceras en la pureza, vamos
de lo visible a lo invisible.
 
En este error descansa nuestro corazón.
                                                                                             
 
He atravesado las creencias. Durante mucho tiempo
nevó sin esperanza.
Había madres que enloquecían al amanecer: oigo sus gritos amarillos.
                                                                                             
 
Aún nieva. Creo en la desaparición.
Creo en la ira.

de Arden las pérdidas

Fotogramas de La jetée de Chris Marker; fotografías de Robert Doisneau y Josef Sudek


Poetka i filozofka, Clara Janés, pisze :»Gamoneda rzuca ostatecznymi kośćmi swej wiedzy w tym wierszu, a liczby są słowami nie do podważenia. Za pomocą pierwszej z nich sytuuje nas wobec najstarszych źródeł hiszpańskiej mądrości, gdy przesuwa przed naszymi oczami zdanie Seneki: «miłosierdzie nie zważa na przyczynę, ale na nieszczęście; litość idzie w parze z rozumem». Jest to znacząca koncepcja, która łączy się z następnym rzutem kością, która wypada na słowo «spokój». Bierze się on z rozsądku i pozwala pojąć ból. Następnie «lecz» przeskakuje na liczbę: «jasność umysłu», w znaczeniu korodującym – dla Ciorana to właśnie jasność umysłu powoduje korozję ducha – jest jednak tym, czego nie możemy się wyrzec.
Po ustaleniu tych przesłanek, kości podążają za zagadką i paradoksem śmierci, ostatecznym rozdzieleniem, lecz ona została już zapowiedziana. Życie jest pragnieniem, które dąży do drugiego człowieka – do którego nigdy nie dociera – a świadomość jest oczami, które mierzą tę odległość. Dlatego kość oscyluje teraz przez chwilę przed słowem » cień » i zatrzymuje się na » świetle «.
Pozostaje ostatni rzut: trzy okrągłe słowa: «upojenie», «zawrót głowy» i «zapomnienie». «Tylko desperat się upija», powiedziała María Zambrano odnosząc się do poety. Upojenie Gamonedy pochodzi od światła, które pozwala nam objąć, jeśli to możliwe, całość. Stąd zawrót głowy i zapomnienie. Chodzi o poznanie. Już w «Opisie kłamstwa» zadał sobie pytanie: «Po wiedzy i zapomnieniu, jaka pasja mnie dotyka? Vertigo, jak mówi w tej samej książce, jest » dokładnością «, a w innej „Nieruchomy bunt”, jest nim doskonałość piękna, ale być może również przejście «od widzialnego do niewidzialnego” ze «Tlą się straty”, jest tym błędem, którym jest życiem. W „Płytach nagrobnych” pisał: «Nie ma ani pamięci, ani zapomnienia, a błąd jest jedynym istnieniem». Ale tak, w końcu istnieje zapomnienie i właśnie ono jest «jedyną mądrością». I być może vertigo bierze się z niemożności osiągnięcia wszystkiego, co konieczne (…)».

Tłum. Ada Trzeciakowska

Nadchodzi zapomnienie

Światło wrze pod powiekami.
Ze słowika pogrzebanego w popiołach, z jego czarnych muzykalnych trzewi,
rodzi się burza. Płacz spływa do pradawnych cel,
dostrzegam żyjące bicze
i nieruchomy wzrok zwierząt, ich zimna szpila w sercu.
Wszystko źle wieszczy. Światło to szpik cienia: owady zginą
w świecach brzasku. Tak samo
tlą się we mnie znaczenia.

Rzuciłem w przepaść kość miłosierdzia; nie potrzeba jej,
gdy ból jest częścią spokoju, lecz jasny umysł pracuje
we mnie jak oszalały alkohol.
Wiem, że w stanie śmierci rosną paznokcie. Nikt
nie zstępuje do serca. Wyzbywamy się siebie, wydalając
fałsz, obdzieramy się ze skóry i
nie nadchodzi nikt. Ani
cienie ani agonia. Dobrze:
niechaj będzie tylko światło. To
ostatnie pijaństwo: pół na pół
vertigo i zapomnienia.


Gołębie. Przecinają niebyt.
Przy przepaści ślady pasterza. Wklęsłe.
Wszystko można wyjaśnić w niemożności.
 
Nieskazitelność pokrywają wrzody, przejdźmy
od widzialnego do niewidzialnego.
 
W tym błędzie spoczywa nasze serce.
                                                                                             
Przebrnąłem przez wierzenia. Przez długi czas
prószył śnieg nie niosąc nadziei.
Niektóre matki o świcie popadały w obłęd: słyszę ich żółte wrzaski.
                                                                                             
 
Śnieg wciąż sypie. Wierzę w znikanie.
Wierzę w gniew.

Z Tlą się straty

Guadalupe Grande

1965 – 2021, España (Madrid)

BODEGÓN

Las nueve y la cocina está en penumbra:
estoy sentada ante una mesa tan grande como el desierto,
ante unos alimentos que no sé cómo mirar,
y si les preguntara, ¿qué me contestarían?
Son naranjas de una cosecha a destiempo,
mandarinas sin imperio,
acelgas verde luto,
lechugas verde olvido,
apios sin cabeza,
verde nada,
verde luego,
verde enfín.
(Bandejas de promisión
en el condado del desamparo.)
La tarde se dilata en la cocina
y aquí no llega el sonido del mar.
La soledad de las naranjas se multiplica:
no hay pregunta para tanta opulencia,
aquí, en la serenidad de esta banqueta de tres patas,
rodeada por una muralla de mandarinas huérfanas,
una legión de plátanos sin mácula,
un bosque de perejil más frondoso
que la selva tropical.
Alimentos mudos y sin perfume:
os miro y sólo veo una caravana de mercancías,
 
el sueño de los conductores,
una urgencia de frigoríficos
y un rastro de agua sucia atravesando la ciudad.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Martwa natura

Dziewiąta, kuchnia tonie w półmroku:
siedzę przy stole ogromnym jak pustynia,
przed żywnością, na którą nie wiem, jak patrzeć,
i gdybym ją zapytała, jaką dałaby mi odpowiedź?
Mam tu pomarańcze ze zbiorów nie w porę,
mandarynki pozbawione cesarstwa,
boćwina barwy żałobnej zieleni,
sałaty koloru zielonej niepamięci,
seler bez głowy,
zielone nic,
zielone potem,
zielony wreszcie.
(Tace obietnic
w hrabstwie zgryzoty).
Popołudnie dłuży się w kuchni
i nie dochodzi tu szum morza.
Samotność pomarańczy się mnoży:
nie starczy pytań wobec takiej obfitości,
tutaj, w zaciszu tego trójnożnego stołka,
otoczona murem sierot mandarynek,
legionem nieskazitelnych bananów,
gąszczem pietruszki bujniejszym
niż las deszczowy.
Produkty nieme i bez zapachu:
patrząc na was widzę tylko górę towarów,
 
senność kierowców,
naglącą potrzebę lodówek
i strugę brudnej wody przecinającą miasto.

Antonio Gamoneda

1931 – , España (León)

nota a «Último poema de junio»*

Para saludar lo invisible hay que cerrar los ojos. En ti vive un animal de luz. No tiene nombre. Nada bajo tu piel y, a veces, baja a la pena arterial. Blanca, sé cauta: lo invisible está dentro de la luz, pero algo más arde dentro de lo invisible. Arde lo que no existe. Todo se perfecciona en la desaparición. De igual manera vive en tu corazón quien no ha nacido y, sin embargo, puede morir: la bestia que se repliega en el olvido y está despierta en ti cuando tú duermes. Contradicción, contradicción: metales entre tu pensamiento y tu deseo. Entramos indecisos en un bosque de espinas y yo siento rumor de uñas en la eternidad.

*»Último poema de junio» de Blanca Varela. Texto forma parte del epílogo a Donde todo termina abre las alas. Poesía reunida (1949-2000) de Blanca Varela

Fotograma de Godland de Hlynur Pálmason 

Tłum. Ada Trzeciakowska

Nota do «Ostatni wiersz czerwca»*

Aby poznać to, co niewidzialne, trzeba zamknąć oczy. W tobie żyje zwierzę ze światła. Nie ma ono imienia. Dryfuje pod twoją skórą i czasami spływa do głównej żyły żalu. Blanko, bądź ostrożna: niewidzialne kryje się wewnątrz światła, ale coś jeszcze płonie wewnątrz niewidzialnego. Płonie to, co nie istnieje. Wszystko doskonali się w znikaniu. W ten sam sposób żyje w twoim sercu ten, który się nie narodził, i mimo to, może umrzeć: bestia, która usuwa się w zapomnienie i czuwa w tobie, gdy śpisz. Sprzeczność, sprzeczność: metale między myślami a pragnieniami. Wchodzimy niepewni w ciernisty las, a ja czuję chrobot paznokci w wieczności.

*Ostatni wiersz czerwca» autorstwa Blanki Vareli. Tekst został zamieszczony w epilogu Gdzie wszystko się kończy, rozłóż skrzydła. Poezje zebrane (1949-2000) Blanki Vareli.

Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

Experiencia con K.

Has salido al centro de la noche
con la cabeza desolada,
y has abierto los ojos para sentirte ciego,
mientras las ruinas de los vientos te iban destruyendo los labios.
Y has entrado con el talón izquierdo en el vacío,
donde esperabas ser feliz, o tener paz;
mira, percibes todavía, sin piedad, un mayor abandono.
Vuelves, por un momento, al adorado Dios que quiso hacer el mundo para ti,
y ves su sinrazón,
y la piedad que a ti te niegas a Él se la concedes.
Ahora has entrado en la dura punta de la estaca del vacío,
y lo has hecho por el derecho riñón,
con agudo dolor y sin lágrimas.
Y así rueda la tarde en esta habitación, que no es de amor,
mientras un cuerpo duerme a ti abrazado.
Mira cómo la vida es poca muerte, aunque su gesto quiera complacerte,
y en la esterilidad abocas el amor, que solo tuyo es, y pudo ser la dicha,
y vale en el rincón como un poco de polvo.

Y has regresado de la noche, porque pudiste ver,
pues el ángel más torpe, el que no existe,
le ha devuelto a tus ojos, con un tizón desnudo,
el poder de las aguas,
y lloras como el niño que, perdido en el bosque, no quiso haber nacido,
y el cuerpo que te abraza, con fingido calor, sigue aún destruyendo tu envejecido cuerpo.

Todas las imágenes ha sido generadas mediante IA (Stable Diffusion)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Doznanie z K.

Wyszedłeś i trafiłeś w oko nocy
udręczony szeroko
otworzyłeś oczy, by poczuć się ślepym,
gdy ruiny wiatrów powoli zdzierały ci wargi.
A lewą piętą wdepnąłeś w pustkę,
tam, gdzie miałeś znaleźć szczęście lub spokój;
Spójrz, wciąż dostrzegasz, bezlitosne, jeszcze więcej opuszczenia.
Wracasz, na chwilę, do uwielbianego Boga, chciał stworzyć świat dla ciebie,
a widzisz tylko jego nierozsądek,
litością, której odmawiasz sobie, obdarzasz Jego.
Teraz wszedłeś na twardy szpic kołka pustki,
i zrobiłeś to prawą nerką,
boleśnie i bez łez.
I tak wieczór toczy się w tym pokoju, bez miłości
podczas gdy jakieś ciało śpi w twoich ramionach.
Przyjrzyj się w jaki sposób życie to błaha śmierć, choć swym gestem chciałoby ci dogodzić,
i sterylnie przelewasz miłość, która jest tylko twoja, a mogła być szczęściem,
zaś warta jest w ukryciu tyle, co pyłek kurzu.

Wróciłeś z jądra nocy, bo mogłeś widzieć,
wtedy, najbardziej nieudolny anioł, ten, który nie istnieje,
nagą klingą przywrócił twoim oczom
moc płynącej wody,
i płaczesz jak dziecko, które, zgubiwszy się w lesie, nie chciało się urodzić,
a ciało obejmujące cię z udawanym żarem, wciąż pustoszy twoje stetryczałe ciało.

Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

El largo viaje a Oriente

En aquella mañana de luz azul,
en barcas jubilosas, las velas desplegadas, partimos al Oriente.
Y entramos en el bronce del pecho de aquel sol.
El mar quedó desierto tras nosotros, bajo una lluvia de oro.
Así tuvo lugar el único viaje.

A la tarde volvimos, caídas ya las velas,
derramada en las aguas la púrpura extendida
de aquel día cansado.

(Ya solo miro el mar por la abierta ventana,
y otras velas que parten, matutinas,
regresan a la tarde, sin color,
fatigadas.)

Me han borrado los años con piedad,
y el cuerpo es solo un bulto. Aún con vida en los ojos
vigilo los navíos de luz, distantes y amarrados,
en el puerto celeste.
Igual que en la niñez los miro ahora.
                                                                Son eternos,
y tiemblan sus fanales en lo oscuro. Son el feliz engaño
del mundo que no ha sido.
Y allí, me lo dijeron y nunca les creí,
habita Dios.

Fotogramas de Nostos: El retorno de Franco Plavoli

Tłum. Ada Trzeciakowska

Długa podróż na Wschód

W tamten poranek z niebieskiego światła
w beztroskich łodziach, rozpostarłszy żagle, wyruszyliśmy na Wschód.
I wniknęliśmy w brązową pierś tamtego słońca.
Morze opustoszało za nami, pod złotym deszczem.
Tak oto odbyła się ta wyjątkowa podróż.

Wieczorem wróciliśmy, opuściwszy już żagle,
rozlana na wodach rozciągała się purpura
znużonego dnia.

(Teraz spoglądam na morze tylko przez otwarte okno,
i inne żagle odpływają, poranne,
by powrócić wieczorem, wyblakłe,
umęczone).

Lata wymazały mnie litościwie,
a ciało jest już tylko niewyraźnym garbem. Żywe pozostały moje oczy:
czuwam nad statkami ze światła, w oddali, przycumowanymi
w błękitnym porcie.
Tak jak w dzieciństwie patrzę na nie teraz.
                                                                     Są wieczne,
a ich lampy drżą w ciemnościach. Są szczęśliwą złudą
świata, którego nie było.
I właśnie tam, mówiono mi, choć nie wierzyłem,
mieszka Bóg.

Robert Krajewski

1970 – 1991, Polonia

Después de ocho meses he vuelto a Polonia, a casa de mi madre y a la ciudad donde crecí. Lo celebro hoy con la vodka de frambuesa de mi madre y este poema de Robert.

Robert fue un poeta que creció en la misma ciudad que yo, una mediana y postindustrial ciudad de provincia en Polonia central. También estudiábamos en el mismo instituto. Las clases de Lengua y Literatura nos marcaron a ambos. Nos enseñaba el profesor Włodzimierz Rutkowski, que convertía estas horas en obras de arte, en unas clases magistrales de nivel académico. Participábamos en los mismos concursos literarios solo que yo lo hice siete años más tarde. Robert murió a los 21 años a causa de un hematoma intracraneal cuya existencia ignoraba. Dejó 77 poemas, que los críticos incluyen dentro de la corriente de la imaginación envalentonada (junto con Roman Honet). Le obsesionaba la muerte, la búsqueda de la ternura en un mundo donde el amor es imposible. Su fuerza radica en la absoluta sinceridad que implica nihilismo y una postura crítica. Su último poemario (1991) se titula Algo de una tortura latente.

Trad. Ada Trzeciakowska

EN LA ORILLA DE NADIE

Del dolor justo mejor
No te protejas, ni pienses
que la pena justa te ofenderá.
(C.K. Norwid)

Vinisteis  de un país
donde todos los ojos se apagaron una noche

Amasteis esta orilla no invadida por el dolor

alimentasteis a los cisnes
que, con su blancura, os separaban de las cenizas

a veces salían a la orilla
visteis
cómo se arrancaban las plumas
cómo se contoneaban por la orilla
de nadie

poco a poco acortaron la distancia
pensasteis en lo hermoso que sería
cuando sus grandes alas los elevasen con estrépito al cielo

se adormecieron vuestras almas encanecidas

pensasteis que sería hermoso
pero ellos no alzaron el vuelo
cayeron envenenados por vuestro pan

La consagración de la primavera de Pina Busch (collage propoo)

Po ośmiu miesiącach jestem z powrotem w Polsce, w domu mamy, w mieście, w kórym dorastałam. Świętuję malinówką mamy i tym oto wierszem Roberta.

Robert był poetą, który dorastał w tym samym mieście co ja – średniej wielkości, postindustrialnym, prowincjonalnym mieście w centralnej Polsce. Uczyliśmy się również w tym samym liceum. Zajęcia z języka i literatury odcisnęły piętno na nas wszystkich. Uczył nas profesor Włodzimierz Rutkowski, który potrafił zamienić te godziny w dzieła sztuki, w mistrzowskie wykady na poziomie akademickim. Braliśmy udział w tych samych konkursach literackich, tylko, że ja siedem lat później. Robert zmarł w wieku 21 lat z powodu krwiaka śródczaszkowego, o istnieniu którego nie wiedział. Pozostawił 77 wierszy, które krytycy zaliczają do nurtu wyobraźni ośmielonej (obok Romana Honeta). Jego obsesją była śmierć, poszukiwanie czułości w świecie, w którym miłość jest niemożliwa. Jego siła tkwi w absolutnej szczerości, która implikuje nihilizm i postawę krytyczną. Jego ostatni zbiór wierszy (1991) nosi tytuł Coś z utajonej kaźni.

NA BRZEGU NICZYIM

Oto lepiej smutku sprawiedliwego
Nie chroń się, ani myśl, że boleść
Sprawiedliwa obrazi cię.
(C.K. Norwid)

przyszliście z kraju
gdzie jednej nocy wszystkie oczy pogasły

pokochaliście ten brzeg nie porośnięty boleścią

karmiliście łabędzie
które bielą swoją oddzielały was od popiołów

czasami wychodziły na ląd
widzieliście
jak łuskają swoje pióra
jak stąpają po brzegu
niczyim

stopniowo zmniejszały dystans
myśleliście jak będzie pięknie
gdy wielkie skrzydła wzniosą je z łoskotem do nieba

ukołysały się wasze dusze siwiejące

myśleliście że będzie pięknie
lecz one nie wzleciały
padły zatrute waszym chlebem

Robert Krajewski

1970 – 1991, Polonia

Robert fue un poeta que creció en la misma ciudad que yo, una mediana y postindustrial ciudad de provincia en Polonia central. También estudiábamos en el mismo instituto. Las clases de Lengua y Literatura nos marcaron a ambos. Nos enseñaba el profesor Włodzimierz Rutkowski, que convertía estas horas en obras de arte, en unas clases magistrales de nivel académico. Participábamos en los mismos concursos literarios solo que yo lo hice siete años más tarde. Robert murió a los 21 años a causa de un hematoma intracraneal cuya existencia ignoraba. Dejó 77 poemas, que los críticos incluyen dentro de la corriente de la imaginación envalentonada (junto con Roman Honet). Le obsesionaba la muerte, la búsqueda de la ternura en un mundo donde el amor es imposible. Su fuerza radica en la absoluta sinceridad que implica nihilismo y una postura crítica. Su último poemario (1991) se titula Algo de una tortura latente.

Trad. Ada Trzeciakowska

Ensayando las alas

está sola y no duerme todavía
observa a un torpe perro
tumbado en el suelo

es bella y espera con humildad el dolor

contempla sonriente la ventana
donde brincan los rayos de sol
«no hace mucho tiempo
era independiente
y a su manera bondadosa
estaba atenta
y se amaba a sí misma por su inquebrantable poder»

ahora le gustaría
ser una mujer más frívola
sensible a los halagos posesivos
desearía curar a las golondrinas
y hacer ofrendas de cuerpos consumidos por el fuego

está sola y no duerme todavía
piensa en una vida
que no le hacía falta

antes de que llegue el dolor
desplegará su poder una vez más
una última vez

Fotografías de Bernard Plossu (1945, Francia) 

Robert był poetą, który dorastał w tym samym mieście co ja – średniej wielkości, postindustrialnym, prowincjonalnym mieście w centralnej Polsce. Uczyliśmy się również w tym samym liceum. Zajęcia z języka i literatury odcisnęły piętno na nas wszystkich. Uczył nas profesor Włodzimierz Rutkowski, który potrafił zamienić te godziny w dzieła sztuki, w mistrzowskie wykady na poziomie akademickim. Braliśmy udział w tych samych konkursach literackich, tylko, że ja siedem lat później. Robert zmarł w wieku 21 lat z powodu krwiaka śródczaszkowego, o istnieniu którego nie wiedział. Pozostawił 77 wierszy, które krytycy zaliczają do nurtu wyobraźni ośmielonej (obok Romana Honeta). Jego obsesją była śmierć, poszukiwanie czułości w świecie, w którym miłość jest niemożliwa. Jego siła tkwi w absolutnej szczerości, która implikuje nihilizm i postawę krytyczną. Jego ostatni zbiór wierszy (1991) nosi tytuł Coś z utajonej kaźni.

próba skrzydeł

jest sama i nie śpi jeszcze
przygląda się pokracznemu psu
leżącemu na podłodze

jest piękna i pokornie czeka na ból

wpatruje się z uśmiechem w okno
po którym skaczą promyki słońca

„tak niedawno
była niepodległa
i na swój sposób przecież dobroduszna
była czujna
i kochała siebie za tę nieprzejednaną moc”

teraz chciałaby
zostać małą płochą kobietką
uległą zaborczym pochlebstwom
chciałaby leczyć jaskółki
i składać ofiary całopalenia

jest sama i nie śpi jeszcze
myśli o życiu
które jej nie było potrzebne

zanim nadejdzie ból
dźwignie swą moc raz jeszcze
raz ostatni

Robert Krajewski

1970 – 1991, Polonia

Robert fue un poeta que creció en la misma ciudad que yo, una mediana y postindustrial ciudad de provincia en Polonia central. También estudiábamos en el mismo instituto. Las clases de Lengua y Literatura nos marcaron a ambos. Nos enseñaba el profesor Włodzimierz Rutkowski, que convertía estas horas en obras de arte, en unas clases magistrales de nivel académico. Participábamos en los mismos concursos literarios solo que yo lo hice siete años más tarde. Robert murió a los 21 años a causa de un hematoma intracraneal cuya existencia ignoraba. Dejó 77 poemas, que los críticos incluyen dentro de la corriente de la imaginación envalentonada (junto con Roman Honet). Le obsesionaba la muerte, la búsqueda de la ternura en un mundo donde el amor es imposible. Su fuerza radica en la absoluta sinceridad que implica nihilismo y una postura crítica. Su último poemario (1991) se titula Algo de una tortura latente.

Trad. Ada Trzeciakowska

la nieve que ha caído

creo
que tiene que ser una nieve hermosa

bella como una ensoñación
que se fue ayer
junto con las aves del Estínfalo

lloré durante toda la noche

ahora estoy jugando
con los dioses sobornables
-lo que está en juego es Platón-

Fotografías de Kansuke Yamamoto (1914–1987) 

Robert był poetą, który dorastał w tym samym mieście co ja – średniej wielkości, postindustrialnym, prowincjonalnym mieście w centralnej Polsce. Uczyliśmy się również w tym samym liceum. Zajęcia z języka i literatury odcisnęły piętno na nas wszystkich. Uczył nas profesor Włodzimierz Rutkowski, który potrafił zamienić te godziny w dzieła sztuki, w mistrzowskie wykady na poziomie akademickim. Braliśmy udział w tych samych konkursach literackich, tylko, że ja siedem lat później. Robert zmarł w wieku 21 lat z powodu krwiaka śródczaszkowego, o istnieniu którego nie wiedział. Pozostawił 77 wierszy, które krytycy zaliczają do nurtu wyobraźni ośmielonej (obok Romana Honeta). Jego obsesją była śmierć, poszukiwanie czułości w świecie, w którym miłość jest niemożliwa. Jego siła tkwi w absolutnej szczerości, która implikuje nihilizm i postawę krytyczną. Jego ostatni zbiór wierszy (1991) nosi tytuł Coś z utajonej kaźni.

ŚNIEG, KTÓRY SPADŁ

myślę
że to musi być piękny śnieg

piękny jak sen
który odszedł wczoraj
z ptakami stymfalskimi

płakałem przez noc

teraz gram
z bożkami sprzedajnymi –
stawką jest Platon

E. M. Forster

1879-1970, Inglaterra

Trad. Alfredo Roman

Una habitación con vistas

Hay una cantidad de bondad, como hay una canti­dad de luz —continuó en tonos mesurados—. Provocamos sombra allí donde estamos y no es adecuado trasladarse de un lugar a otro para salvar cosas, porque la sombra siempre nos sigue. Escoge un lugar donde no molestes… sí, escoge un lugar donde no puedas molestar demasiado y permanece allí para contemplar lo que vale la pena, mirando el resplandor del sol.

Fotogramas de Una habitación con vistas de James Ivory

Tłum. Halina Najder

Pokój z widokiem

– Jest tylko pewna, niewielka ilość dobra – ciągnął – tak jak jest tylko określona ilość światła. Rzucamy swój cień, gdziekolwiek się znajdziemy, dlatego też przenoszenie się z miejsca na miejsce nic nie daje. Cień podąża za nami, dokądkolwiek pójdziemy. Należy znaleźć miejsce, w którym nie czynimy wiele zła, i zostać już tam, patrząc w słońce.

A room with a View

“There is a certain amount of kindness, just as there is a certain amount of light,” he continued in measured tones. “We cast a shadow on something wherever we stand, and it is no good moving from place to place to save things; because the shadow always follows. Choose a place where you won’t do harm—yes, choose a place where you won’t do very much harm, and stand in it for all you are worth, facing the sunshine.”


Antonio Gamoneda

1931 – , España (León)

Lápidas (1977-1986) frg.

En la quietud de madres inclinadas sobre el abismo.  
En ciertas flores que se cerraron antes de ser abrasadas por el infortunio,
antes de que los caballos aprendieran a llorar.
En la humedad de los ancianos.
En la sustancia amarilla del corazón.

* * *
I

Gritos sobre la hierba y el huracán de púrpura.
Giráis envueltos en banderas y exhaláis con dulzura.
Obedecéis a ancianos invisibles cuyas canciones pasan por vuestra lengua.
Ah, jóvenes elegidos por mis lágrimas.

  * * *

Tras asistir a la ejecución de las alondras has descendido aún hasta encontrar tu rostro dividido entre el agua y la profundidad.
Te has inclinado sobre tu propia belleza y con tus dedos ágiles acaricias la piel de la mentira:
ah tempestad de oro en tus oídos; mástiles en tu alma, profecías…
Mas las hormigas se dirigen hacia tus llagas y allí procrean sin descanso
y hay azufre en las tazas donde debiera hervir la misericordia.
Es esbelta la sombra, es hermoso el abismo:
ten cuidado, hijo mío, con ciertas alas que rozan tu corazón.

* * *

Asediados por ángeles y ceniza cárdena enmudecéis hasta advertir la inexistencia
y el viento entra en vuestro espíritu.
Respiráis el desprecio, la ebriedad del hinojo bajo la lluvia: blancos en la demencia como los ojos de los asnos en el instante de la muerte,
ah desconocidos semejantes a mi corazón.

(…)

* * *

Vi la sombra perseguida por látigos amarillos,
ácidos hasta los bordes del recuerdo,
lienzos ante las puertas de la indignación.
Vi los estigmas del relámpago sobre aguas inmóviles, en extensiones visitadas por presagios;
vi las materias fértiles y otras que viven en tus ojos;
vi los residuos del acero y las grandes ventanas para la contemplación de la injusticia (aquellos óvalos donde se esconde la fosforescencia):
era la geometría, era el dolor.
Vi cabezas absortas en las cenizas industriales;
yo vi el cansancio y la ebriedad azul
y tu bondad como una gran mano avanzando hacia mi corazón
Vi los espejos ante los rostros que se negaron a existir:
era el tiempo, era el mar, la luz, la ira.

* * *

A la inmovilidad del gris convocado por un pájaro silencioso,
bajas llorando.
Hay un mar incesante que desconoce la división del resplandor y la sombra,
y resplandor y sombra existen en la misma sustancia,
en tu niñez habitada por relámpagos.

* * *

Oigo hervir el acero. La exactitud es el vértigo. Ah libertad inmóvil, ejecución del día en la materia nocturna.
Es tu madre el clamor, pero tus manos abren los párpados del abismo.
De resistencias invisibles surge un rumor de límites:
ah exactitud de mar, exactitud sin nombre.

* * *

Puedes gemir en la lucidez,
ah solitario, pero entonces líbrate
de ser veraz en el dolor. La lengua
se agota en la verdad. A veces llega
el incesante, el que enloquece: habla
y se oye su voz, mas no en tus labios:
habla la desnudez, habla el olvido.

* * *

Hierves en la erección, dama amarilla,
y estas son aguas preteridas, líquidos invernales.
Dama en mi corazón cuya luz me envejece:
eres la obscenidad y la esperanza.

* * *

En la oquedad de Dios, ah paloma viviente, te obligué a la lectura del silencio. Y fulgías.
Tú eres corporal en dos abismos,
azul entre dos muertes, entre dos lenguas físicas.
Ah paloma final, va a ser noviembre.

* * *

Todos los animales se reúnen en un gran gemido y su dolor es verde.
Tú acaso piensas en desapariciones; veo humedad sobre tu alma.
Háblame para que conozca la pureza de las palabras inútiles,
oiga silbar a la vejez, comprenda
la voz sin esperanza.

Lucian Freud, Mathieu Laca  y dos obras de Francis Bacon

Tłum. Ada Trzeciakowska

Płyty nagrobne (1977-1986) frg.

W bezruchu matek pochylonych nad otchłanią.
W niektórych kwiatach, które zamknęły się nim spopieliło je nieszczęście,
zanim konie nauczyły się płakać.
W wilgoci starców.
W żółtej substancji serca.

* * *
I

Krzyki na trawach i huragan z purpury.
Wirujecie zawinięci w sztandary i słodko wzdychacie.
Posłuszni jesteście niewidzialnym starcom, których pieśni krążą po waszym języku.
Ach, młodzi wybrani przez me łzy.

* * *

Po egzekucji skowronków zszedłeś niżej, aż znalazłeś swą twarz rozdzieloną między wodę i głębokość.
Pochyliłeś się nad własnym pięknem i zręcznymi palcami pieścisz skórę kłamstwa:
ach sztorm ze złota w twoich uszach; maszty w twojej duszy, przepowiednie…
Lecz mrówki kierują się ku twoim wrzodom i tam rozmnażają się niestrudzenie
a w filiżankach, gdzie powinno wrzeć współczucie, jest siarka.
Cień jest wysmukły, otchłań piękna:
Uważaj, dziecko moje, na skrzydła, które muskają twe serce.

* * *

Osaczeni przez aniołów i fiolet popiołu milkniecie, aż dostrzeżecie nieistnienie, a wiatr hula po waszej duszy.
Oddychacie pogardą, upojeniem fenkułu podczas ulewy: biali w demencji jak oczy osłów w chwili śmierci,
ach, nieznajomi na podobieństwo mego serca.

* * *

Widziałem cień ścigany przez żółte bicze,
kwasy aż po brzegi pamięci,
płótna przed bramami oburzenia.
Widziałem stygmaty błyskawic na stojących wodach, w rozszerzeniach nawiedzanych przez przepowiednie;
widziałem płodne materie i te inne, które żyją w twoich oczach;
widziałem pozostałości stali i wielkie okna do kontemplacji niesprawiedliwości (te owale, w których kryje się fosforescencja):
to była geometria, to był ból.
Widziałem głowy pogrążone w industrialnych prochach;
widziałem zmęczenie i niebieskie upojenie
i twą dobroć jako wielką dłoń zbliżającą się do serca.
Widziałem lustra przed twarzami, które wyrzekły się istnienia:
to był czas, to było morze, światło, wściekłość.

(…)

* * *

Przywołany przez cichego ptaka, opadasz z płaczem
w bezruch szarości.
Jest nieprzerwane, ciągłe morze, nieznające podziału na blask i cień,
a blask i cień istnieją w tej samej substancji,
w twoim dzieciństwie zamieszkałym przez pioruny.

* * *

Słyszę jak wrze stal. Wierność jest zawrotem głowy. Ach, niewzruszona wolności, egzekucjo dnia w materii nocy.
To krzyk twojej matki, lecz twe ręce otwierają powieki otchłani.
Z niewidzialnego oporu wydobywa się krańcowy pomruk:
ach wierność morza, bezimienna precyzja.

* * *

Możesz jęczeć na jawie,
ach samotny, lecz wtedy uwolnij się
od szczerości w bólu. Język
wyczerpuje się w prawdzie. Czasami pojawia się
ten nieprzerwany, ciągły, ten, który popadł w obłęd: mówi
i słychać jego głos, ale nie z twoich ust:
przemawia nagość, przemawia zapomnienie.

* * *

Wrzesz w erekcji, żółta pani,
a to są wody wzgardzone, zimowe ciecze.
Pani w moim sercu, której światło postarza mnie:
obsceniczność i nadzieja to ty.
* * *

W dziupli Boga, o żywa gołębico, zmusiłem cię do lektury ciszy. A ty promieniałaś.
Jesteś cieleśnie w dwóch otchłaniach,
niebieska pośród dwóch śmierci, między dwoma fizycznymi językami.
Ach ostatnia gołębica, listopad już blisko.

* * *

Wszystkie zwierzęta zbierają się w wielkim jęku a ból ich zielony.
Myślisz może o znikaniu, dostrzegam wilgoć na twojej duszy.
Mów do mnie, abym mógł poznać dziewiczość próżnych słów, usłyszeć świst starości, zrozumieć głos pozbawiony nadziei. 

León Felipe

1884-1968, España

Comunión

En alguna parte se ha dicho:
Dios se come a los hombres
y los hombres un día se comerán a Dios.
Y también está escrito:
no es más que un pez el hombre
en su mar de tinieblas y de llanto.
Y en alguna otra parte se pregunta:
¿Para qué está allá arriba sentado
en el alto cantil de las nubes heladas
ese Gran Pescador?
¿Para qué está allá arriba
con su cebo,
su anzuelo
y su larga caña de pescar
ese Gran Pescador?
¿No es más que un pez el hombre,
un pez para las brasas del infierno
y para que después, «puro y dorado»,
se lo coma allá arriba
ese Gran Pescador?
Y ahora… aquí… el pez… el hombre es el que arguye:
un día me tragaré el mar…
todo el agua del mar…
todas las tinieblas del mar como una perla negra…
un día me tragaré el mar,
toda el agua del mar,
toda la amargura del mar como un sola lágrima…
y dejaré al descubierto
el cebo el anzuelo
y la larga caña de pescar
de ese Gran Pescador,
¡toda su mentira y su verdad!
Luego me sentaré a llorar sobre la última roca seca del mundo,
a llorar, a llorar otra vez
hasta llenar de nuevo la tierra
con otro mar inmenso,
mucho más negro
y mucho más amargo que el de ahora…
con otro mar que llegue hasta los cielos,
anegue las estrellas
y ahogue a es Gran Pescador
con su cebo
su anzuelo
y su larga caña de pescar.
Entonces
yo seré el pescador
y Dios.
Seré el pescador
y Dios, el Gran Pez, sorprendido y pescado.
Aquel día el Hombre… todos los hombres se comerán a Dios.
Será el día… el Gran Día de la verdadera,
de la gloriosa
y de la sagrada comunión.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Komunia

Gdzieś zostało powiedziane:
Bóg zjada ludzi
a ludzie pewnego dnia zjedzą Boga.
I jest też napisane:
człowiek nie jest niczym więcej niż rybą
w jego morzu mroku i łez.
A gdzie indziej pyta się:
Po co on tam siedzi na górze
na stromych urwiskach lodowych chmur
ten Wielki Rybak?
Po co jest tam, na górze?
ze swoją przynętą,
hakiem
i długą wędką
ten Wielki Rybak?
Czyż nie jest niczym więcej niż rybą człowiek,
rybą dla piekielnego żaru
by potem, «nieskalany i złoty»,
zjadł go tam na górze
ten Wielki Rybak?
A teraz… tutaj… ta ryba… człowiek jest tym, kto argumentuje tak:
pewnego dnia połknę morze…
wszystką morską wodę…
wszystkie morza mroki jak czarną perłę…
pewnego dnia połknę morze,
wszystkie morza wody,
wszystką morza gorycz jak jedną łzę…
i obnażę
przynętę haczyk
i długą wędkę
Wielkiego Rybaka,
wszystkie jego kłamstwa i prawdy!
Potem usiądę i zapłaczę na ostatniej suchej skale świata,
będę płakać i płakać
aż znów napełnię ziemię
innym morzem, ogromnym
i dużo czarniejszym
i o wiele bardziej gorzkim niż to teraz…
innym morzem, które sięgnie nieba,
porwie gwiazdy
i zatopi Wielkiego Rybaka
z jego przynętą
hakiem
i długą wędką.
Wówczas
ja będę rybakiem
i Bogiem.
Ja będę rybakiem
a Bóg, Wielką Rybą, zdziwioną i wyłowioną.
W owym dniu Człowiek… wszyscy ludzie zjedzą Boga.
To będzie dzień… Wielki Dzień prawdziwej
i błogosławionej
świętej komunii.

E. M. Forster

1879-1970, Inglaterra

Trad. Eduardo Mendoza

Howards End (La mansión)

—No se apene —rogó él—. No podría soportarlo. Todo irá bien si encuentro trabajo. Si pudiera encontrar un trabajo… un trabajo permanente, nada volvería a ser tan triste como ha sido hasta ahora. Ya no me interesan los libros como antes. Estoy convencido de que con un trabajo permanente podríamos estabilizarnos de nuevo. Eso hace que uno deje de pensar.
            —¿Estabilizarse en qué?
            —Simplemente estabilizarse.
            —¡Y a esto le llama usted vida! —dijo Helen con un nudo en la garganta—. ¿Cómo puede usted decir… con todas las cosas maravillosas que existen por ver y por hacer… con la música… con los paseos nocturnos…?
            —Los paseos están muy bien cuando se tiene trabajo —respondió Leonard—. En cierta ocasión dije un montón de tonterías, pero no hay nada como ver a un oficial de juzgado en casa para olvidarse de ellas. Cuando le vi manosear mis libros de Ruskin y de Stevenson, vi la vida tal y como es, y le aseguro que no es una visión agradable. Ahora mis libros están otra vez en su sitio gracias a usted, pero nunca volverán a ser lo que fueron para mí; y nunca volveré a pensar que la noche en el bosque es maravillosa.
            —¿Por qué no? —dijo Helen cerrando violentamente la ventana.
            —Porque ahora comprendo que hay que tener dinero.
            —Está usted en un error.
            —Ojalá estuviera en un error, pero, mire, el sacerdote tiene dinero propio o lo recibe de sus feligreses; el poeta y el músico, tres cuartos de lo mismo; el vagabundo, otro tanto. El vagabundo acude al final de su vida al asilo y se le paga con dinero de los demás. Miss Schlegel, lo único real es el dinero, todo lo demás es un sueño.
            —Continúa usted en un error. Ha olvidado la muerte.
            Leonard no entendía.
            —Si viviéramos eternamente, lo que usted dice sería cierto. Pero hemos de morir, hemos de dejar esta vida. La injusticia y la ambición serían lo único real si viviéramos eternamente, pero tal como son las cosas, hemos de ocuparnos de algo más, porque la muerte se aproxima. Me gusta la muerte, no de un modo morboso, sino por lo que tiene de explicación total. La muerte explica la vaciedad del dinero. La muerte y el dinero son los eternos enemigos. No la vida y la muerte. No importa lo que exista después de la muerte, míster Bast; tenga por seguro que el poeta, el músico y el vagabundo serán más felices que el hombre que nunca ha aprendido a decir: «Yo soy».
            —Lo dudo.
            —Estamos todos sumergidos en la niebla, lo sé, pero en este sentido algo le puedo decir: los hombres como los Wilcox están más sumergidos en la niebla que ningún otro. ¡Ah, los sanos y sensatos ingleses, que construyen imperios y nivelan el mundo con lo que ellos llaman sentido común! Nómbreles la muerte y se ofenderán, porque la muerte es auténticamente imperial y se lo grita a la cara constantemente.
            —Yo temo tanto a la muerte como cualquiera.
            —Sí, pero no a la idea de la muerte.
            —¿Cuál es la diferencia?
            —Una diferencia infinita —dijo Helen con mayor gravedad que antes.
            Leonard la miró interrogativamente y tuvo conciencia de que surgían grandes cosas de la noche tenebrosa, pero no podía percibirlas porque su corazón seguía lleno de cosas pequeñas. Como la vez que perdió su paraguas en el concierto del Queen’s Hall, la pérdida reciente había obstruido la visión de la divina armonía. La muerte, la vida y el materialismo eran hermosas palabras, pero ¿le admitiría míster Wilcox en su empresa como administrativo? Dijera lo que dijese, míster Wilcox era un rey en su mundo, un superhombre, con su propia moral y con la cabeza invisible, más allá de las nubes.
            —Debo de ser un idiota —dijo a modo de disculpa.
            Para Helen, en cambio, la paradoja se le aparecía con toda claridad: «La muerte destruye al hombre; la idea de la muerte, le redime». Más allá de los ataúdes y los esqueletos que anidan en las mentes vulgares se oculta algo tan inmenso que todo lo que hay de grande en nosotros responde a su llamada. Los hombres retroceden ante la imagen del sepulcro en el que entrarán algún día, pero el amor sabe algo más: la muerte es su enemiga, pero es también su caballero andante; en el transcurso de su combate secular, los músculos del amor se han fortalecido y su vista se ha aclarado de tal modo que su presencia se ha vuelto irresistible.
            —Nunca abandone —continuó diciendo ella, y repitió una y otra vez la vaga pero convincente tesis de que lo invisible se aloja en lo visible.

Fotogramas de Howards End de James Ivory (1992)

Tłum. Ewa Krasińska

Howards End (Domostwo pani Wilcox)

Niech się pani nie przejmuje — powiedział błagalnie. — Nie mogę tego znieść. Jeśli tylko otrzymam posadę, wszystko będzie dobrze. Gdybym tylko znalazł pracę — jakieś stałe zajęcie. Wtedy wszystko znów się ułoży. Książki już mnie tak nie zajmują jak dawniej. Wyobrażam sobie, że mając stałą pracę potrafię się na nowo urządzić. Praca pozwala człowiekowi nie myśleć.
—    Urządzić się? Jak?
—    Ot, po prostu urządzić się.
—    I to ma być życie! — zawołała Helena czując ucisk w gardle. — Jak pan może, kiedy jest tyle pięknych rzeczy, które można zobaczyć i zrobić… i muzyka… i nocne spacery…
—    Na nocne spacery może sobie pozwolić człowiek, który ma stałą posadę — powiedział. — Och, tak, opowiadałem kiedyś masę głupstw, ale nic tak ich nie wypędza z głowy jak wizyta komornika. Kiedy przewracał moich Ruskinów i Stevensonów, to było tak, jakbym zobaczył nagie życie bez żadnych obsłonek, i nie był to przyjemny widok. Dzięki pani odzyskałem swoje książki, ale już nigdy nie będą dla mnie tym, czym dawniej, i noc spędzona w lesie nigdy już nie będzie miała dla mnie tego uroku, co kiedyś.
—    Dlaczego? — zapytała Helena odchodząc od okna.
—    Bo zrozumiałem, że trzeba mieć pieniądze.
—    Nie, nie ma pan racji.
—    Chciałbym się mylić, ale… Ksiądz ma albo własne pieniądze, albo pensję, tak samo poeta czy muzyk; z włóczęgą jest podobnie. Albo kończy w przytułku, albo dostaje pieniądze od innych ludzi. Proszę pani, pieniądze są najważniejsze — reszta to tylko marzenie.
—    Mimo wszystko nie ma pan racji. Zapomniał pan o śmierci.
Leonard nie rozumiał.
—    To, co pan powiedział, byłoby prawdą, gdybyśmy żyli wiecznie. Ale musimy umrzeć, musimy w którymś momencie opuścić życie. Niesprawiedliwość i zachłanność byłyby istotnie najważniejsze, gdybyśmy żyli wiecznie. Ale ponieważ jest tak, jak jest, musimy się trzymać innych rzeczy — bo czeka nas śmierć. Kocham śmierć, nie jakąś chorobliwą miłością, ale za to, czego nas uczy. Obnaża pustkę pieniądza. Śmierć jest najzaciętszym wrogiem pieniądza. Nie życia. Obojętne, co nas czeka po śmierci, panie Bast, najważniejsza rzecz, to pewność, że każdego poetę, muzyka i włóczęgę czeka po tamtej stronie lepszy los niż człowieka, który nigdy nie nauczył się mówić: „ja jestem ja”.
—    Czy ja wiem?
—    Wiem, że nic nie wiemy, ale mogę pana pocieszyć, że tacy ludzie jak Wilcoxowie wiedzą jeszcze mniej niż inni. Rozsądni, solidni Anglicy. Twórcy imperiów, sprowadzający świat do poziomu tak zwanego zdrowego rozsądku. Ale kiedy im przypomnieć o śmierci czują się obrażeni, bo śmierć jest prawdziwym imperium, które gromić ich będzie po wieczne czasy.
—    Ja też boję się śmierci, jak każdy człowiek.
—    Ale nie idei śmierci.
—    Co to za różnica?
—    Nieskończona — odparła Helena z jeszcze większą powagą.
Leonard patrzył na nią w zadumie, czując, iż z ciemności nocy płyną ku niemu jakieś wielkie sprawy. Ale nie potrafił ich przyjąć, ponieważ umysł miał wciąż zaprzątnięty drobnymi sprawami. Podobnie jak utrata parasola zepsuła mu kiedyś koncert w Queen’s Hall, tak teraz utrata posady zagłuszyła anielskie chóry. Śmierć, życie, materializm — to piękne słowa, ale czy pan Wilcox da mu posadę? Cokolwiek by się powiedziało, nie zmieni to faktu, że prawdziwym władcą tego świata, nadczłowiekiem, który rządzi się własnymi prawami moralnymi i głową sięga chmur, jest pan Wilcox.
—To dla mnie za mądre — powiedział ze skruchą.
Natomiast Helena coraz bardziej upewniała się w swym paradoksalnym odkryciu. „Śmierć niszczy człowieka; idea śmierci zbawia go”. Poza trumnami i szkieletami, które paraliżują przyziemne umysły, jest coś ogromnego, co budzi w nas i wyzwala wielkość. Niech się światowcy wzdragają na myśl o kostnicy, do której pewnego dnia i tak muszą trafić — miłość jest mądrzejsza. Śmierć jest jej przeciwnikiem, ale godnym przeciwnikiem i w odwiecznej walce miłość nabierać będzie tężyzny i jasności widzenia, aż stanie się silniejsza od wszystkiego.
—I dlatego nie wolno się poddawać — ciągnęła dziewczyna powtarzając wciąż i wciąż na nowo mglistą, ale przekonywającą myśl, że widzialne czai się naprzeciwko niewidzialnego.

Howards End

«Don’t you worry,» he pleaded.  «I can’t bear that.  We shall be all right if I get work.  If I could only get work–something regular to do.  Then it wouldn’t be so bad again.  I don’t trouble after books as I used.  I can imagine that with regular work we should settle down again.  It stops one thinking. «
    «Settle down to what?»
    «Oh, just settle down.»
    «And that’s to be life!» said Helen, with a catch in her throat.  «How can you, with all the beautiful things to see and do–with music–with walking at night–«
    «Walking is well enough when a man’s in work,» he answered.  «Oh, I did talk a lot of nonsense once, but there’s nothing like a bailiff in the house to drive it out of you.  When I saw him fingering my Ruskins and Stevensons, I seemed to see life straight real, and it isn’t a pretty sight.  My books are back again, thanks to you, but they’ll never be the same to me again, and I shan’t ever again think night in the woods is wonderful.»
    «Why not?» asked Helen, throwing up the window.
    «Because I see one must have money.»
    «Well, you’re wrong.»
    «I wish I was wrong, but–the clergyman–he has money of his own, or else he’s paid; the poet or the musician–just the same; the tramp–he’s no different.  The tramp goes to the workhouse in the end, and is paid for with other people’s money.  Miss Schlegel, the real thing’s money and all the rest is a dream.»
    «You’re still wrong.  You’ve forgotten Death.»
    Leonard could not understand.
    «If we lived for ever what you say would be true.  But we have to die, we have to leave life presently.  Injustice and greed would be the real thing if we lived for ever.  As it is, we must hold to other things, because Death is coming.  I love Death–not morbidly, but because He explains.  He shows me the emptiness of Money.  Death and Money are the eternal foes.  Not Death and Life.  Never mind what lies behind Death, Mr. Bast, but be sure that the poet and the musician and the tramp will be happier in it than the man who has never learnt to say, ‘I am I.'»
    «I wonder.»
    «We are all in a mist–I know but I can help you this far–men like the Wilcoxes are deeper in the mist than any.  Sane, sound Englishmen!  building up empires, levelling all the world into what they call common sense.  But mention Death to them and they’re offended, because Death’s really Imperial, and He cries out against them for ever.»
    «I am as afraid of Death as any one.»
    «But not of the idea of Death.»
    «But what is the difference?»
    «Infinite difference,» said Helen, more gravely than before.
    Leonard looked at her wondering, and had the sense of great things sweeping out of the shrouded night.  But he could not receive them, because his heart was still full of little things.  As the lost umbrella had spoilt the concert at Queen’s Hall, so the lost situation was obscuring the diviner harmonies now.  Death, Life and Materialism were fine words, but would Mr. Wilcox take him on as a clerk?  Talk as one would, Mr. Wilcox was king of this world, the superman, with his own morality, whose head remained in the clouds.
    «I must be stupid,» he said apologetically.
    While to Helen the paradox became clearer and clearer.  «Death destroys a man: the idea of Death saves him.» Behind the coffins and the skeletons that stay the vulgar mind lies something so immense that all that is great in us responds to it.  Men of the world may recoil from the charnel-house that they will one day enter, but Love knows better.  Death is his foe, but his peer, and in their age-long struggle the thews of Love have been strengthened, and his vision cleared, until there is no one who can stand against him.
    «So never give in,» continued the girl, and restated again and again the vague yet convincing plea that the Invisible lodges against the Visible.  


David Gilmour/Pink Floyd

1946 – , Gran Bretaña

Una profunda reflexión sobre el paso del tiempo y cambio de la percepción y perspectiva que provoca el desengaño y la pérdida inscritas en nuestra existencia. El vídeo es una obra de arte que profundiza y refleja metafóricamente la decepción y la nostalgia.

Trad. A. Trzeciakowska a partir de OurBside

Grandes esperanzas

Más allá del horizonte donde vivíamos cuando éramos jóvenes
En un mundo de imanes y milagros
Nuestros pensamientos deambulaban sin ataduras
El toque de la campana de la división* ha comenzado

Siguiendo el Largo Camino, por debajo de la Senda
¿Todavía se reúnen en el Cruce?

Había una banda harapienta que seguía nuestros pasos
Corriendo antes de que esos tiempos ahogaran nuestra fantasía
Dejando a una miríada de diminutas criaturas que intentaban atarnos al suelo
A una vida consumida por un lento decaer

La hierba era más verde
Las luces más brillantes
Rodeado de amigos
Noches de maravillas incesantes

Mirando más allá de las brasas incandescentes de puentes cruzados
Vislumbrando lo verde que era el otro lado
Pasos dados hacia delante y sonámbulamente desandados
Arrastrados por una marea interior

A más altura con la bandera desplegada
Alcanzábamos con vértigo ese mundo soñado

Cargados por siempre del deseo y la ambición
Persiste un anhelo por satisfacer
Nuestros fatigados ojos siguen perdidos en el horizonte
Aunque hayamos recorrido este camino tantas veces

La hierba era más verde
Las luces más brillantes
Los sabores más dulces
Noches de maravillas incesantes
Rodeado de amigos
El rocío del alba brillando
El agua fluyendo
El río sin fin

Por siempre y para siempre

*Division Bell es también el nombre de la campana utilizada en el Parlamento del Reino Unido que indica que se va a llevar a cabo una votación. El baterista Nick Mason comentó más sobre esto en 1994, diciendo que «sí tenía algo de significado. Trata sobre que la gente tome decisiones, sí es o no es».

Tłum. Alexandrine

Wielkie nadzieje

Za linią horyzontu miejsca, gdzie żyliśmy gdy byliśmy młodzi,
W świecie magnesów i cudów.
Nasze myśli błądziły stale i bez granic,
Oto rozbrzmiał Dzwon Podziału*.

Wzdłuż Długiej Drogi i dalej nabrzeżem,
Czy oni wciąż się tam spotykają?

Istniała banda obdartusów, która podążała z naszymi krokami,
Gnaliśmy, nim czas odebrał nam nasze marzenia,
Zostawiając miriady stworzeń, próbujących przywiązać nas do ziemi,
Do życia trawionego powolnym rozkładem.

Trawa była zieleńsza,
Światło było jaśniejsze,
Otoczeni przyjaciółmi,
W pełne cudów noce.

Patrząc wstecz na żar płonących za nami mostów,
Na przelotnie wspomnienie, jak zielono było tam po drugiej stronie,
Kroczymy naprzód, lecz lunatykujemy wstecz,
Ciągnięci mocą wewnętrznego pływu.

Na większej wysokości, z rozpostartą flagą,
Osiągnęliśmy zawrotne szczyty, o jakich marzył świat.

Obarczeni na wieki pragnieniami i ambicją,
Wciąż odczuwamy niezaspokojony głód.
Nasze znużone oczy wciąż błądzą po horyzoncie,
Mimo, że jest to droga, którą już tyle razy szliśmy.

Trawa była zieleńsza,
Światło było jaśniejsze,
Smak był słodszy,
Noce zastanowień
Otoczeni przyjaciółmi,
Mgła świtu błyszczała,
Woda płynęła
Niekończącą się rzeką.

Na zawsze i bez końca

*Tekst mówi o przemijaniu i rozczarowaniu niespełnieniem młodzieńczych marzeń. Tytuł albumu «Division Bell», z którego pochodzi utwór, został zaczerpnięty z tekstu piosenki, a dzwon wzywający do głosowania w Izbie Gmin jest tutaj symbolem przemijającego beztroskiego dzieciństwa i zbliżającej się dorosłości. Więcej tu

High hopes

Beyond the horizon of the place we lived when we were young
In a world of magnets and miracles
Our thoughts strayed constantly and without boundary
The ringing of the division bell had begun

Along the Long Road and on down the Causeway
Do they still meet there by the CutThere was a ragged band that followed in our footsteps
Running before times took our dreams away
Leaving the myriad small creatures trying to tie us to the ground
To a life consumed by slow decay

The grass was greener
The light was brighter
With friends surrounded
The nights of wonder

Looking beyond the embers of bridges glowing behind us
To a glimpse of how green it was on the other side
Steps taken forwards but sleepwalking back again
Dragged by the force of some inner tide

At a higher altitude with flag unfurled
We reached the dizzy heights of that dreamed of world

Encumbered forever by desire and ambition
There’s a hunger still unsatisfied
Our weary eyes still stray to the horizon
Though down this road we’ve been so many times

The grass was greener
The light was brighter
The taste was sweeter
The nights of wonder
With friends surrounded
The dawn mist glowing
The water flowing
The endless river

Forever and ever

Marcin Świetlicki

1961 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

El lunes negro

El instante en el que se encienden a la vez todas
las farolas de la ciudad. El instante cuando dices
aquel inconcebible ´no´ y de repente no sé qué hacer
a continuación: ¿morir? ¿salir? ¿no reaccionar?
El instante al sol cuando te observo desde la ventana del autobús,
tu cara es distinta a la que tienes cuando sabes que te miro
-ahora no me ves, miras la nada, el cristal
brillante detrás del que se supone que estoy yo-.
No más yo, no conmigo, no de esta forma, no aquí.
Puede pasar de todo, porque aquí pasa de todo.
Todo lo determinan tres posturas básicas:
hombre sobre mujer, mujer sobre hombre o la de ahora
-mujer y hombre separados por la luz.

Fotogramas de My Blueberry Nights (2007) de Wong Kar-Wai

Czarny Poniedziałek

Moment, kiedy się zapalają jednocześnie wszystkie
lampy uliczne w mieście. Moment, kiedy mówisz
to niepojęte «nie» i nagle nie wiem co z tym robić
dalej: umrzeć? wyjechać? nie zareagować?
Moment w słońcu, kiedy cię obserwuję z okna autobusu,
masz inną twarz niż w chwilach, kiedy wiesz, że patrzę
-a teraz mnie nie widzisz, patrzysz w nic, w błyszczącą
szybę, za którą niby jestem. Już nie ja, nie ze mną,
nie ten sposób, nie tutaj. Może zdarzyć się
wszystko, bo wszystko się wydarza. Wszystko określają
trzy podstawowe pozycje: mężczyzna na kobiecie,
kobieta na mężczyźnie albo to, co teraz
-kobieta i mężczyzna przedzieleni światłem.

Mariusz Jagiełło

1977- , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

El animus

Carl Jung creó la concepción y no sospecharía
que viendo las caderas femeninas pensaría en cicatrices
de postparto. Me estimulan
más que un red bull después del entrenamiento vespertino.

Mirando atrás no me acuerdo de los errores,
solamente de anomalías, discusiones sobre el ego. Que solías aceptar
(al menos es lo que me parecía),
cuando, como amantes de las sensaciones fuertes, acordábamos
en qué habitación de hotel pasaríamos la noche

o el resto de la vida. Esta “sombra” es alguna estafa. Desde que no te veo
me estimulan el café, cigarrillos y psicotrópicos.
Continúo siendo un hombre ideal. Aun cuando me quedo dormido
en la alfombra.

Mi videopoema con textos de S. Plath, A. Pizarnik, A. Dickinson, J. Clariond

Animus

Carl Jung stworzył koncepcję i nie podejrzewałby,
że zerkając na kobiece biodra, będę myślał o bliznach
po urodzonych dzieciach. Pobudzają mnie
bardziej, niż wypity po wieczornym treningu red bull.

Patrząc wstecz nie przypominam sobie błędów,
jedynie anomalie, dyskusje o ego. Takie jakie akceptowałaś,
(a w każdym razie tak mi się wydawało),
kiedy, niczym amatorzy mocnych wrażeń, uzgadnialiśmy
w którym hotelowym pokoju spędzimy noc

albo resztę życia. Ten „cień” to jakaś ściema. Od kiedy cię nie widuję
pobudzają kawa, papierosy i tabletki psychotropowe.
Pozostaję idealnym mężczyzną. Nawet wtedy, gdy zasypiam
na dywanie.

Mi montaje con la traducción de la letra al español