Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

La perversión

La hermosura de la vida no acaba, y así nos lo parece a los humanos. Y amamos
las cosas que aquí se continúan, los cuerpos que ocuparán, con más belleza, nuestro sitio,
y vamos ya llegando a la quietud difícil, y aceptarán nuestro silencio en comprensión, porque nosotros antes
habremos comprendido y aceptado la noche ya sin fin y sin estrellas.

Quizá hayas venido, ahora que nuestros cuerpos se han amado con furia y alegría,
para escuchar de mí esta verdad sencilla, y que aún desconoces:
ningún hombre es feliz.

Rtograma de Altered States de Ken Russell

Tłum. Ada Trzeciakowska

Perwersja

Piękno życia nie ma końca, tak nam, ludziom, się wydaje. Kochamy
rzeczy, które trwają tutaj, ciała, które zajmą, jeszcze piękniej, nasze miejsca,
i dochodzimy do trudnego stanu wyciszenia, oni zaś nasze milczenie przyjmą ze zrozumieniem, bo wcześniej i my zdążymy już zrozumieć i zaakceptować tę noc bez końca już i bez gwiazd.

A może przyszłaś, teraz, gdy nasze ciała kochały się z furią i radością,
by usłyszeć ode mnie tę prostą prawdę, która wciąż jest ci obca:
żaden człowiek nie jest szczęśliwy.

Cristina Peri Rossi

1941, Uruguay/España

ALEJANDRA ENTRE LAS LILAS

He de morir de cosas así*
ALEJANDRA PIZARNIK
(suicidada el 27 de setiembre de 1972)

I

Quizás fuera el nombre
dulce de Alejandra
o esas lilas de los muros
soplando en la noche densa
o fuera
la nocturna cacería
de palabras deslizándose
en el vidrio
que te precipitó a la muerte
en la solitaria
duración de un grito
a medianoche
cómplice de nombres oscuros
impronunciables.

X

Después de haberte leído
los puntos y las comas
las metáforas tristes
y las niñas que llevabas
a lomos de los versos
sus pubis rosados
humedeciéndote el vestido
y los silencios
ah los silencios
esos silencios
que las niñas no hacen
porque gritaban
cuando tú las invitabas
a andar en barca
o cuando les regalabas
caballitos de juguete.

*VÉRTIGOS O CONTEMPLACIÓN DE ALGO QUE TERMINA

Esta lila se deshoja.
Desde sí misma cae
y oculta su antigua sombra.
He de morir de cosas así.

Collage a partir de un fotograma de Liberté de Albert Serra

Trad. Ada Trzeciakowska

Alejandra wśród bzów

Od czegoś takiego muszę umrzeć.*

ALEJANDRA PIZARNIK
(samobójstwo 27 września 1972)

I

Może było to
słodkie imię Alejandra
albo tamte liliowe bzy murów
które natchnęły cię gęstą nocą
czy też
nocne polowanie
na słowa prześlizgujące się
po szkle
tym co popchnęło cię ku śmierci
w samotnej
przeciągłości krzyku
o północy
wspólniczce ciemnych
niewymawialnych imion.

X

Po przeczytaniu ciebie:
te kropki i przecinki
smutne metafory
i dziewczęta, które woziłaś
na grzbiecie wersów
ich różowe łona
zraszające ci sukienkę
i ciche pauzy
ah pauzy
te pauzy
których dziewczęta nie robią
bo krzyczały
kiedy zapraszałaś je
na spacer łódką
lub gdy dawałaś im w prezencie
koniki na biegunach.

*ZAWROTY GŁOWY LUB KONTEMPLACJA CZEGOŚ, CO SIĘ KOŃCZY

Bez zrzuca płatki.
Sam od siebie odpada
i ukrywa swój prastary cień.
Od czegoś takiego muszę umrzeć.

Juan Gelman

1930-2014, Argentina

no cesa

A ver si esta pena se deshace
en cuatro pájaros, uno
que toque tu cristal
con mano suave. Es
lo oculto que a veces
saca cabeza y pía
en el incendio de lo andado.
Tanto se vive sin vivir.
Bracea la medialma en órbitas
de voces, frases, la marea
de lo que se perdió.
Allá lo arriba, aquí
la lengua del burlado.
Una inocencia pasa
a horcajadas de la culpa, cae
el otoño en
la muerte íntima.

Dibujos de Judith Roston Freilich

Tłum. Ada Trzeciakowska

Nie ustaje

Zobaczmy, czy ból się rozpadnie
na cztery ptaki, jeden
niech dotknie twej szyby
łagodnym ramieniem. Jest
tym co ukryte, co czasem
wystawia łepek i kwili
w pożodze tego co przebyliśmy.
Przeżywamy tyle nie doświadczając.
Półduszy macha skrzydłami na orbitach
głosów, zdań, pływów
tego, co utracone.
Tam, to co w górze, tu
język wyszydzonych.
Niewinność uchodzi
okrakiem na winie, jesień
zapada w
intymną śmierć.

Ada Salas

1965 – , España (Cáceres)

***

¿Para quien edifiqué torres?
Fernando de Rojas

A veces el error contra natura
la perla equivocada azul del sufrimiento
-cómo
decirle al corazón
ama lo que
te ama-. En la orilla
se pudren
las quillas de los barcos
-y digo
para quién
edificamos torres
-. Como lo que
rebosa
y que mancha el mantel
y sigue y continúa y hace un charco
como todo lo que es pensamiento
-y solo
pensamiento-
el amor como un lujo el amor se derrocha se da
a comer al olvido. Así como si no
supieras lo que es hambre
-así
como si no
muy terco y desde siempre-.
Bajo la superficie una fuerza que no puedes parar no se puede
parar
             -Ah,
lo que arrastra.

de Descendimiento (2018)

Fotogramas de La mujer del lago de Yoshishige Yoshida (1966)

Tłum. Ada Trzeciakowska

***

Dla kogo wzniosłem wieże?*
Fernando de Rojas

Czasami błąd wbrew naturze
błędna niebieska perła cierpienia
-jak
powiedzieć sercu
kochaj to, co
ciebie kocha. Na brzegu
butwieją
stępki łodzi
-i mówię
dla kogo
wznieśliśmy wieże
. Jak to co
przelewa się
i plami obrus
i płynie dalej i dalej i robi kałużę
jak wszystko, co jest myślą
-i tylko
myślą -.
miłość jak zbytek miłość się marnuje oddaje się
na pożarcie zapomnieniu. Tak jakbyś nie
wiedział co to głód
-taki
jakże by nie
uporczywy i odwieczny.
Pod powierzchnią siła, której nie możesz powstrzymać nie można
jej powstrzymać
             -Ah,
co porywa.

*Cytat z Celestyny, piętnastowiecznego dramatu uznawanego za pierwszą powieść

Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

Recuerdo de la belleza humana

No la rosa, que existe en el olor,
ni el verso que ha entregado, en su milagro,
una invisible luz, y se hace el mundo,
ni el mar, que es un sólido espacio.

Dime si te destruye mi mirada,
tan suave como el aire,
posada como el tiempo.
¿Qué añade tu belleza a la belleza?
Si tú no hubieras sido, nada sería tú,
como el posible Dios es solo uno,
y mi mirada (el tiempo) te destruye.
Tu belleza es aún más:
puede darse a quien mira,
y hacerse humilde, y torpe, porque existo.
No se puede expresar desde esta vida,
pues no hay comparación, nada
que signifique lo que es.
Si acaso confesarte mi deseo
de ser yo tú,
y así ofrecerte al fin lo que mereces
cuando acercas tus manos a las mías:
saber que me mirabas con mis ojos.

Fotograma de Hiroshima Mon Amour de Alain Resnais

Tłum. Ada Trzeciakowska

wspomnienie ludzkiego piękna

Nie róża, która istnieje w zapachu,
ani wiersz, który przyniósł, jak cud,
niewidzialne światło, i staje się światem,
ani morze, które jest litą przestrzenią.

Powiedz mi, czy moje spojrzenie cię niszczy,
tak łagodne jak powietrze,
opadające jak czas.
Co dodaje twoje piękno do piękna?
Gdybyś nie istniała, nic nie byłoby tobą,
gdyż Bóg możliwy jest tylko jeden,
a moje spojrzenie (czas) cię niszczy.
Twoje piękno jest czymś więcej:
oddaje się temu, kto patrzy,
i staje się pokorne, i nieporadne, bo ja istnieję.
Nie można go wyrazić w tym życiu,
bo nie ma porównania, nic
co mogłoby oznaczać to, czym jest.
Jeśli już, to wyznałbym moje pragnienie:
chciałbym być tobą
i ofiarować ci wreszcie to, co tobie należne
gdy przysuwasz swoje ręce do moich:
świadomość, że patrzyłaś na mnie moimi oczami.

Tamino (Amir Moharam Fouad)

1996 – , Bélgica

La música supone para mí una virtud parecida a Dios. Me encanta sentirme pequeño ante grandes cosas como una canción conmovedora o un paisaje majestuoso. Siento pequeñez como una sensación realmente bella y saludable. (Tamino)

Trad. blew.butter.fly

El Primer Discípulo

Mi viejo amigo, estos poemas que predicas
Se gastan conforme hablas
Recuérdame una vez más como es que llegaron a ser tu vocación
¿Sabes siquiera que estás cayendo?
 
Sabes que por tí yo daría un brazo
Soy uno de los pocos que nunca quisieron lastimarte
Te escucho y respeto como al fuego y a la tormenta
Pero de vez en vez divago
Y últimamente me he preguntado
 
Si todo esto lo has hecho para sentirte deseado
Si lo hiciste para sentirte admirado
Para reemplazar tu vergüenza por amor
 
Impresionante el grupo que has logrado reunir
La mayoría de ellos, solo te quieren de alguna manera
Pagarían cualquier precio por besar tu piel
No me digas que eso es amor
Sabes que eso no vale nada
 
Sabes
Debes saber
Y aún así lo das todo por sentirte deseado
Lo das todo por sentirte admirado
Para reemplazar tu vergüenza por amor
Lo das todo por sentirte deseado
Lo das todo por sentirte admirado
Para reemplazar tu vergüenza por amor
Para reemplazar tu vergüenza por amor
Para que alabemos tu nombre
 
Ahora, amigo mío, no olvidaré
La oscuridad que me cegaba antes de que nos conociéramos
Es todo lo que necesito para recordarte
Como la luz que eras
Incluso aunque es seguro
Que tú no me recordarás

No, no me recordarás
 
Me temo que ninguna fama
Podrá llevarse la vergüenza
De no saber cómo amar a tu único amigo
Quien te amará hasta el fin

Tłum. strifyastrange

Pierwszy uczeń

Mój stary druhu, głoszone przez ciebie poematy
Marnują się w tej chwili
Przypomnij mi raz jeszcze, jak stały się twym powołaniem?
Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę, że upadasz?

Wiesz, że dla ciebie oddałbym własną rękę
Jestem jednym z nielicznych, którzy nigdy nie chcieli twej krzywdy
Słucham cię tak, jak zważam na ogień i burze
Lecz bywa, że błądzę
I ostatnio zastanawiam się:

Czy zrobiłeś to wszystko, aby czuć się pożądanym
Zrobiłeś to wszystko, aby czuć się poważanym
Aby miłość zastąpiła twój wstyd

Niezłą zebrałeś sobie grupę
Większość z nich chce ciebie z jakiegoś powodu
Zapłaciliby każdą cenę, by ucałować twą skórę
Nie mów mi, że tak wygląda miłość
Wiesz, że to nic nie znaczy

Wiesz
Musisz wiedzieć
A jednak oddajesz wszystko, aby czuć się pożądanym
Oddajesz wszystko, aby czuć się poważanym
Aby miłość zastąpiła twój wstyd
Oddajesz wszystko, aby czuć się pożądanym
Oddajesz wszystko, aby czuć się poważanym
Aby miłość zastąpiła twój wstyd
Aby miłość zastąpiła twój wstyd
Abyśmy my wychwalali twe imię

Teraz, przyjacielu, nie zapomnę
Mroku, jaki oślepiał mnie przed naszym spotkaniem
Tylko tego potrzebuję, żeby cię zapamiętać
Jako światło, którym byłeś
Nawet, jeśli z pewnością
Ty zapomnisz mnie
Nie, nie będziesz mnie pamiętał

Obawiam się, że żadna ilość sławy
Nie zmyje nigdy wstydu
Niewiedzy, jak kochać swego jedynego przyjaciela
Który będzie darzyć cię miłością do końca

The First Disciple

My old friend, these poems that you preach
They’re being wasted as you speak
Remind me once more how they came to be your calling
Do you even know you’re falling?

You know that for you I’d give an arm
I’m one of few that never meant you harm
And I heed you like I heed fire and thunder
But from time to time I wander
And lately I did wonder

If you did it all to make you feel desired
Did it all to make you feel admired
For love to replace your shame

That’s quite the group that you have gathered now
Most of them, they just want you somehow
They would pay any price to kiss your skin
Don’t tell me that is loving
You know that don’t mean nothing
You know

You must know
And yet you give it all to make you feel desired
Give it all to make you feel admired
For love to replace your shame

You give it all to make you feel desired
Give it all to make you feel admired
For love to replace your shame
For love to replace your shame
For us to praise your name

Now, my friend, I won’t forget
The darkness blinding me before we met
It’s all I need to remember you
As the light you were
Even though for sure
You won’t remember me
No, you won’t remember me

I’m afraid that no amount of fame
Will ever wash away the shame
Of knowing not how to love your only friend
Who will love you ‘til the end


Blanca Andreu

1959 – , España

Recomiendo leer esta magnífica entrevista:

(…) La fama de Blanca Andreu estalla en 1980. Un día, en época de exámenes, Andreu, estudiante gallega de segundo curso de Filología Hispánica en la Universidad Complutense de Madrid, tiró a la papelera todos los poemas que había escrito en las últimas semanas. Estaba exhausta. No había estudiado nada, y su obra la veía “horrorosa”. Un amigo suyo (¿Francisco Umbral? “Prefiero no decir el nombre de ese amigo”) pidió permiso para cogerlos y leerlos. La chica, pálida, delgada y guapa, le dijo que hiciese lo que le diese la gana. Ese amigo leyó deslumbrado los poemas, los ordenó y les puso un título, De una niña de provincias que se vino a vivir en un Chagall, para enviarlos a espaldas de su autora a uno de los premios de poesía en castellano más prestigiosos del mundo, el Adonáis, de Ediciones Rialp. Un miembro del jurado llegó a pedir que se retirase el poemario del concurso porque estaba hecho “una porquería”, según le contaron a la propia autora, “con manchas de café y de todo”. Pero al final, Luis Jiménez Martos, José García Nieto, Claudio Rodríguez, Rafael Morales y Rafael García García le dieron el premio por ser “audaz, muy imaginativa en la palabra, valiente en el lenguaje y creadora de un mundo poético que parece pertenecerle a ella sola”. El poemario exhibe un surrealismo desatado e insólito en España entonces. Más de 40 años después, está considerado como uno de los libros capitales de la poesía en español.

Yo te di huesos de palomas rojas…

                                              Los muertos odian el número dos.                                                                                     F. García Lorca 

Yo te di huesos de palomas rojas
de palomas que alientan dentro de los rasguños
desdeñoso licor de herida
pequeño peldaño de muerte

Atrapé las palomas que habitaban en la sangre alterada
                                                                de los niños perversos
robé vuelos morados
vuelos de adelfa y alarido
vuelos de arteria y arañazo
espejos
fiestas
del jacintos del sur

Yo te di huesos de palomas muy pequeñas
astrolabios de tierno esqueleto
guías luciérnagas y otras luces nerviosas
para que oyeras cómo el fósforo declama los viejos versos
                                                                              del número par
para anclarte a mi noche
para anclarte a mi noche con la cal delicada

Yo te di huesos
anclas pequeñitas
para que te encallaras en la sal de las puertas
y dije las palabras que así existen
filtros de Melibea
brujas líquidas
o la voz fuerte de Rilke el poeta:
                                                         retenle
sí, retenle.

Fotografías: Laura Makabresku

Tłum. Ada Trzeciakowska

DAŁAM CI KOŚCI CZERWONYCH GOŁĘBI…


                                              Umarli nienawidzą liczby dwa.
                                                                                    F. García Lorca 

Dałam ci kości czerwonych gołębi
gołębi, które oddychają wewnątrz zadrapań
wzgardliwy likier rany
mały schodek śmierci

Złapałam gołębie zamieszkujące zepsutą krew
                                                                 przewrotnych dzieci
ukradłam fioletowe loty
loty oleandru i krzyku
loty arterii i rysy
lustra
święta
hiacyntów z południa

Dałem ci kości maleńkich gołębi
astrolabia z tkliwych szkieletów
świetliki przewodnie  i inne unerwione światła
abyś posłuchał, jak fosfor deklamuje stare wersy
                                                                             parzystej liczby
by zakotwiczyć cię w mojej nocy
by zakotwiczyć cię w mojej nocy delikatnym wapnem

Dałam ci kości
maleńkie kotwice
abyś osiadł na mieliźnie soli drzwi
i wypowiedziałam słowa, które istnieją w ten sposób
miłosny napój Melibei
wiedźmy w płynie
lub głęboki głos poety Rilkego:
                                                         zatrzymaj go
tak, zatrzymaj go.

Urszula Kozioł

1931 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

***

Tu patria
                 zarzamora
te hace pagar caro
con sangre
por la fruta fresca
que en tiempos de sequía devuelve
a la vida.

***

Twa ojczyzna
                         krzak jeżyn
słono sobie każe płacić
krwią
za rześki owoc
który w czas posuchy przywraca
do życia.

Halina Poświatowska

1935-1967, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

***

Levanté una gran cruz negra
y ardí en el fuego del amor
en vano Bizancio
se retorcía sus flácidos dedos
las aureolas de los mártires rodaron por el cielo
una llama iluminó la tierra
la gente miraba inquisitivamente
hacia la estrella Venus
creía entender

Fotogramas del vídeo Mea culpa de Enigma

***

postawiłam sobie wielki czarny krzyż
i spłonęłam w ogniu miłości
na próżno Bizancjum
załamywało wiotkie palce
aureole męczenników toczyły się po niebie
ziemię oświetlił płomień
ludzie badawczo
patrzyli w stronę gwiazdy Wenus
zdawało im się że rozumieją

Guadalupe Grande

1965 – 2021, España (Madrid)

Las estaciones y el pájaro afilador

Hace extraño en las primeras lluvias
esto nadie lo sabe, pero siempre hace más verdad
en la sabiduría de las terceras nieves.

Pero dónde entonces la marca del herrero.
Llega el invierno y los que se aman
acuden al frío como acudieron al vuelo
los cormoranes en tiempo de guerra.

Es difícil seguir vivos, amor mío
pero es más triste aún abandonar la casa de las palomas ciegas.
No es en la tarde de los cuadros
donde dejamos la caja fuerte de las pérdidas
sino en la cuchara de palo
que regalamos al afilador.

Nada salpica nuestra inocencia
salvo la casi certeza de que regresará el verano
a la hoguera del frío
y habremos de ocuparnos de quienes más nos necesitan.

Fotogramas de Memoria (2021) de Apichatpong Weerasethakul

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pory roku i ptak szlifierz

Dziwnie pada przy pierwszych deszczach
nikt o tym nie wie, lecz zawsze pada więcej prawdy
z mądrością trzecich śniegów.

Ale gdzie wtedy znak kowala.
Nadchodzi zima i kochający się ludzie
ciągną do zimna jak kormorany ciągnęły do lotu
w porze wojny.

Trudno jest wytrwać przy życiu, kochanie,
i jeszcze smutniej opuszczać ten dom ślepych gołębi.
Nie w wieczorze obrazów
zdeponowaliśmy skrytkę na straty
lecz w drewnianej łyżce
ofiarowanej szlifierzowi.

Nic nie mąci naszej niewinności
oprócz niemal pewności, że lato powróci
do ogniska chłodu
i przyjdzie nam zająć się tymi, co potrzebują nas najbardziej.

Inger Christensen

1935-2009, Dinamarca

Trad. Francisco J. Uriz

Alfabeto (frag. 10, I)

la noche de junio existe, la noche de junio existe,
el cielo por fin como elevado a las alturas celestes
y al mismo tiempo descendido tan delicadamente
         como cuando
los sueños pueden vislumbrarse antes de ser soñados;
         un espacio como
esfumado, como saturado de blancura, un repique

intemporal de rocío e insectos, y nadie en
este verano fugitivo, nadie comprende que
el otoño existe, el regusto y la reflexión
existen, sólo esas vertiginosas filas
de ultrasonidos inquietos y la oreja de jade
del murciélago vuelta hacia el tictac de la niebla;

nunca había sido tan hermosa la inclinación del
         globo terráqueo
nunca las noches blancas como el zinc tan blancas,

tan indefensamente disueltas, suavemente ionizadas
blancas, y nunca el límite de la invisibilidad tan casi
rozado; junio, junio, tus escaleras de Jacob
existen, tus bichos durmientes y sus sueños de sueño
existen, un revoloteo de gérmenes galácticos entre
la tierra tan terrenal y el cielo tan celestial,
el valle de lágrimas sereno, muy sereno, y el llanto
hundido, hundido, como las aguas freáticas de nuevo

bajo tierra; la Tierra, la Tierra en su órbita
alrededor del sol existe; la Tierra en su ruta
por la Vía Láctea existe; la Tierra en camino
con su cargamento de jazmines, con jaspe y hierro,
telones de acero, presagios y júbilo, con besos de Judas
dados promiscuamente e ira virginal
en las calles, Jesús de sal; con la sombra de la jacaranda
sobre el agua del río, con halcones, cazabombarderos
y enero en el corazón, con el pozo Fonte Gaia
de Jacopo della Quercia en Siena y con julio
pesado como una bomba? con cerebros hogareños,
con dolencia cardíaca y cedacillo y fresas,
con las raíces de la casuarina en la tierra cansada de
         la tierra

la Tierra que Yaiádeva canta en su poema místico
del siglo XII; la Tierra con la línea
azul costera de la conciencia y con nidos donde
la garza real existe con su espalda
gris azulada y encorvada existe, o el avetorillo común
         existe, misterioso
y tímido, o el martinete, la garceta existen,
y las variaciones en el aleteo del acentor común, grullas
y palomas; la Tierra con Jalandhar, Jabalpur y
Jungfrau existe, con Jotunheimy Jura
existe, con Jabrony Jambo, Jogjakarta
existe, con corrimientos de tierras, fumaria existe,
con masas de agua, masas de tierra, terremotos existe,
con Judenburg, Johannesburgo, la Jerusalén de Jerusalén

Fotografías de Tamara Dean

Tłum. Bogusława Sochańska

Alfabet (10, frgm. 1)

jasność czerwcowej nocy istnieje, jasność czerwcowej nocy,
niebo nareszcie jakby wzniesione na niebiańskie
wysokości i zarazem chylące się tak tkliwie jak w chwilach
gdy widzisz sny, nim ci się przyśnią; przestrzeń jakby
omdlała, jak nasycona bielą, bezbrzeżne

dźwięczenie owadów i rosy, i nikt
w to szybujące lato nie pojmuje że
istnieje elegia jesieni, zaduma, posmak;
tylko te oszalałe serie rozedrganych
ultradźwięków istnieją i jadeitowe ucho
nietoperza zwrócone ku tykającej mgle;
nigdy przechylenie globu nie było tak cudowne,
nigdy cynkowej bieli noce tak biale,

tak bezbronnie rozproszone, łagodnie zjonizowane
białe, i nigdy granica niewidzialności tak niemal
dotykalna; czerwcu, czerwcu, twoje drabiny Jakubowe
istnieją, twoje śpiące stworzenia i ich sny
istnieją, plankton galaktycznych zarodków między
ziemią tak ziemską i niebem tak niebiańskim,
dolina płaczu cicha, tak cicha, i płacz
co jak wody gruntowe na powrót wsiąkł

w ziemię; Ziemia; Ziemia krążąca
wokół Słońca istnieje; Ziemia w wędrówce
przez Drogę Mleczną; Ziemia w drodze
z bagażem jaśminów, jaspisu i żelaza, żelaznych
kurtyn, znaków i wiwatów, Judaszowych pocałunków
rozdawanych na prawo i lewo i dziewiczej złości na
ulicach, Ziemia z Jezusem z soli, cieniem jakarandy
nad rzeką, z jastrzębiami, jazgotem myśliwców,
Ziemia ze styczniem w sercu, z fontanną Fonte Gaia
Jacopa della Quercia w Sienie i z lipcem
ciężkim jak bomba; Ziemia z lokalnymi mózgami,
wadami serca, jaskrami i jagodami,
z korzeniami jodeł w zmęczonej ziemią ziemi

Ziemia, którą w dwunastym wieku w mistycznym
wierszu opiewał Dżajadewa; Ziemia z błękitną
linią brzegową świadomości i gniazdami w których
istnieją czaple o szaroniebieskim łukowatym
grzbiecie lub bączki, tajemnicze
i nieśmiałe, albo ślepowrony, czaple nadobne
i rytm trzepotu skrzydeł jaskółek, jerzyków
gołębi; Ziemia z Dźalandharem, Džabalpurem
i Jungfrau istnieje, z Jotunheim Jurą
Jabronem i Jambo, z Yogyakartą
istnieje, z burzami pyłowymi jeżynami
masami wód i lądów, trzęsieniami istnieje,
z Judenburgiem, Johannesburgiem, Jerozolimą Jerozolimy

Transl. Susanna Nied

Alphabet (10, part I)

June nights exist, June nights exist,
the sky at long last as if lifted to heavenly
heights, simultaneously sinking, as tenderly as
when dreams can be seen before they are dreamed; a space
as if dizzied, as if filled with whiteness, an hourless

chiming of insects and dew, and no one in
this gossamer summer, no one comprehends that
early fall exists, aftertaste, afterthought;
just these reeling sets of restless ultrasounds
exist, the bat’s ears of jade
turned toward the ticking haze;
never has the tilting of the planet been so pleasant,
never the zinc-white nights so white,

so defencelessly dissolved, gently ionized and
white, never the limit of invisibility so nearly
touched; June, June, your Jacob’s ladders,
your sleeping creatures and their dreams exist,
a drift of galactic seed between
earth so earthly and sky so heavenly,
the vale of tears so still, so still, and tears
sinking, sinking like groundwater back

into earth; Earth; Earth in its trajectory
around the sun exists, Earth on its journey
along the Milky Way, Earth on its course with
its cargo of jasmine, jasper, iron,
iron curtains, omens, jubilation, Judas’s kiss
kissed right and left, and virgin anger in
the streets, Jesus of salt; with the shadow of the
jacaranda over the river, with gyrfalcons, jet planes,
and January in the heart, with Jacopo della Quercia’s
well Fonte Gaia in Siena and with July
heavy as a bomb, with domestic brains
heart defects, quaking grass and strawberries
the ironwood‘s roots in the earthworn earth

Earth sung by Jayadeva in his mystical
poem from the 12th century, Earth with
the coastline of consciousness blue, with nests where
fisherbird herons exist, with their grey-blue arching
backs, or where bitterns exist, cryptic
and shy, or night herons, egrets,
with the wingbeat variations of hedge sparrows, cranes
and doves; Earth exists with Jullundur, Jabalpur and
the Jungfrau, with Jotunheim, the Jura,
with Jahrun, Jambo, Jogjakarta,
with duststorms, Dutchman’s breeches
with water and land masses jolted by tremors
with Judenburg, Johannesburg, Jerusalem’s Jerusalem

Alfabet (10, I)

juninatten findes, juninatten findes,
himlen omsider som løftet til himmelske
højder og samtidig sænket så ømt som når
drømme kan ses før de drømmes; et rum som
besvimet, som mættet med hvidhed, en timeløs

kimen af dug og insekter, og ingen i
denne flyvende sommer, ingen begriber at
efteråret findes, eftersmagen og eftertanken
findes, kun disse rastløse ultralydes
svimlende rækker findes og flaggermusens
jadeøre vendt mot den tikkende dis;
aldrig var jordklodens hældning så dejlig,
aldrig de zinkhvide nætter så hvide,

så værgeløst opløste, mildt ioniserede
hvide, og aldrig usynlighedsgrændsen så næsten
berørt; juni, juni, dine jakobsstiger
findes, dine sovende kræ og deres søvndrømme
findes, et svæv af galaktiske kim mellem
jorden så jordisk og himlen så himmelsk,
jammerdalen stille, så stille, og gråden
sunket ned, sunket ned, som grundvand igen

i jorden; Jorden; Jorden i sit omløb
om Solen findes; Jorden på sin rute
gennem Mælkevejen findes; Jorden på vej
med sin last af jasminer, med jaspis og jern,
med jerntæpper, jærtegn og jubel, med Judaskys
kysset i flæng og jomfruelig vrede i
gaderne, Jesus af salt; med jacarandatræets
skygge over flodvandet, med jagtfalke, jagerfly
og januar i hjertet, med Jacopo della Quercias
brønd Fonte Gaia i Siena og med juli
så tung som en bombe; med hjemlige hjerner,
med hjertefeil og hjertegræs og jordbær,
med jerntræets rødder i den jordtrætte jord

Jorden Jayadeva besynger i sit mystiske
digt fra det 12. århundrede; Jorden med
bevidsthedens kystlinie blå og med reder hvor
fiskehejren findes, med sin gråblå hvælvede
ryg, eller dværghejren findes, kryptisk
og sky, eller nathejren, siljehejren findes,
og graden af vingeslag hos jernspurve, traner
og duer; Jorden med Jullundur, Jabalpur og
Jungfrau findes, med Jotunheim og Jura
findes, med Jabron og Jambo, Jogjakarta
findes, med jordfygning, jordrøg findes,
med vandmasser, landmasser, jordskælv findes,
med Judenburg, Johannesburg, Jerusalems Jerusalem




Aurora Luque

1962 – , España

Espigar

A Agnès Varda
y al LP de «La rosa del azafrán» que había en mi casa

La segunda existencia de las cosas
derecho de espigueo
le glâneur / la glâneuse

un edicto del siglo dieciséis autorizaba
a espigar a los pobres después de la cosecha
tras la puesta del sol
y antes de amanecer

esta mañana muy tempranico
coros de espigadoras encerradas
en un círculo negro de vinilo
hambre de trigos vístete de canciones
hambre de canciones sáciate de pasiones diminutas

por los carriles de los rastrojos
la espigada
la muchacha-espiga pasó a ser la mujer espigante

si a tu lado me aguarda un querer
no me importan los aires ni el sol
ni que arranques de cuajo la mies

Agnès glâneuse de nuevo va a nombrar
este desatendido microamor hacia el mundo

—Dos momentos son buenos
para espigar moluscos en la arena
después de las tormentas fabulosas
o tras la alta marea
(pues llega la tormenta de la trágica muerte
desordena lo alzado en las orillas
y has de salir descalza solitaria
a espigar los residuos de ánima y de ánimo
caracolas con un poco de carne
salada y comulgable)

Agnès ha regresado de Japón
la espigadora con su esportilla
entra en su casa vieja
trae su maleta llena de trouvailles
soy la hormiguita de los despojos
—Hormiguea y espiga, mas no pierdas
tu musical carácter de cigarra
canta la dignidad de lo que arrastra vida con ahínco
nadie escriba por ti la canción de lo útil

por esos trigos van ellas solas
y se engalanan con amapolas
la mujer espigante pasó a ser la anciana espigadora

Agnès filma su mano izquierda con una
cámara en la derecha
y encuentra a un animal autónomo.
—Me gusta ser vieja, creo —dice

Y como tiene muy buenos ojos
espiga a veces de los manojos

Varda espiga espigadores.
Me quisiera enrolar
ser una de las suyas
en los silencios de horas despojadas
contra el mundo que eleva vacíos deslumbrantes
y luminosas nadas flatulentas
que fabrica furiosamente ruidos
y ficción de alimentos impolutos

ir detrás de las hoces
cuidando los descartes
espigas en el borde lodoso de la acequia
manzanas olvidadas en lo alto de las ramas
la carne irregular la piel manchada
los malformados frutos
las horas malvividas calientes y deformes
palabras averiadas

que olvidamos guardar
y están a la intemperie entre los surcos

levantarse y volverse a agachar
todo el día a los aires y al sol
si acaricio lo roto entre mis manos
volverá a germinar

¿y si escribir no fuera
sino un himno al final de la cosecha
sino un recolectar despreocupadas
aceitunas o díscolas espigas
o un racimo en la helada

celebrar la segunda existencia de las cosas
recuperar la vida que acusaron de inútil
el amor del camino?

Ten memoria de mí, segadora

Fotogramas de Espigadores, espigadoras de Agnès Varda (1928-2019)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Zbierać pokłosie

Agnès Vardzie
i LP „Róża szafranu”, który mam w domu

Drugi żywot rzeczy
prawo do zbierania pokłosia
le glâneur / la glâneuse*

szesnastowieczny edykt zezwalał
biednym zbierać pokłosie po żniwach
po zachodzie słońca
lecz przed świtem

dziś o poranku, całkiem raniusieńko
chóry zbieraczek zamknięte
w czarnym winylowym okręgu
głodzie pszenicy przywdziej pieśń
głodzie pieśni nasyć się małymi pasjami

przez bruzdy ścierniska
zbierana
dziewczyna-kłos stała się zbierającą kobietą

jeśli u twego boku czeka na mnie miłość
nie dbam o powietrze ani o słońce.
ani o to, że wyrywasz zboże z korzonkami

Agnès glâneuse raz jeszcze nada nazwę
tej zaniechanej formie mikromiłości do świata

-Dwa momenty są dobre
na zbieranie mięczaków z piasku
po niezwykłych sztormach
lub tuż po przypływie.
(bo nadciąga nawałnica tragicznej śmierci
rujnuje to, co wyrosło na brzegach
i musisz sama wyjść na boso
by zebrać resztki duszy i ducha
muszle z odrobiną mięsa
solone i komunijne)

Agnès wróciła z Japonii
zbieraczka ze swoim koszem
wchodzi do starego domu
taszczy walizkę pełną trouvailles
jestem mróweczką od odpadków
-kręć się i zbieraj, lecz nie trać
swojego muzykalnego ducha cykady
śpiewaj o godności tego co gorliwie przyciąga życie
oby nikt nie napisał za ciebie pieśni o rzeczach użytecznych

łanami pszenicy idą samotne
makami przystrojone
kobieta zbierająca stała się staruszką zbieraczką

Agnès filmuje swoją lewą rękę
kamerę trzyma w prawej
i odkrywa niezależne stworzenie.
-Lubię być stara, tak mi się wydaje – mówi.

A skoro ma dobry wzrok czasami
bywa, że zbiera garściami

Varda zbiera zbieraczy.
Chciałbym się zaciągnąć
                                        by być jedną z nich
w ciszy godzin odrzuconych
przeciwko światu, który wznosi olśniewające próżnie
i świetliste nicości wywołujące wzdęcia
który wściekle produkuje hałasy
i fikcję nieskażonej żywności

idąc za sierpami
troszcząc się o odrzuty
kłosy na błotnistym brzegu rowu
zapomniane jabłka wysoko pośród gałęzi
nierówny miąższ, przebarwiona skórka
brzydkie kształtem owoce
godziny źle przeżyte, gorące i niekształtne
uszkodzone słowa

które zapominamy zachować
i leżą na ziemi między bruzdami

wstać i ponownie się schylić
przez cały dzień na wietrze i słońcu
jeśli pogłaszczę to, co zepsute w moich rękach
wykiełkuje ponownie

i gdyby pisanie było niczym innym
jak tylko hymnem na zakończenie żniw
jak tylko beztroskim zbieraniem
oliwek lub niesfornych kłosów
lub kiści na mrozie

świętowaniem drugiego żywota rzeczy
odzyskaniem życia, któremu zarzucono bezużyteczność
miłością do drogi?
Pamiętaj o mnie, żniwiarzu

*Aluzja do filmu Agnès Vardy Zbieracze, zbieraczki (2000)

Ilona Witkowska

1987 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Ninfa de duelo (Nymphalis antiopa)

es una fábula sobre el secuestro de la realidad:
siempre queda una esquirla
y nosotros vamos descalzos

Fotogramas de La mujer del lago (1966) de  Yoshishige Yoshida

rusałka żałobnik

to jest fabuła o porwaniu rzeczywistości:
zawsze jeden odłamek zostaje
a my idziemy boso


Edward Stachura

1937-1979, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Verás

Ah, cuando ella deje de amarte:
¡Ya lo verás!
Verás la noche en medio del día,
Negro cielo en lugar de estrellas;
Lo verás todo igual
Como lo veo yo.

Y la tierra, ya lo verás,
La tierra no será más tierra:
No te querrá llevar.

Y el fuego, ya lo verás,
El fuego no será más fuego:
No podrás vadearlo.

Y el agua, ya lo verás,
El agua no será más agua:
No te refrescará.

Y el viento, ya lo verás,
El viento no será más viento:
No te calmará.

Ah, cuando ella deje de amarte:
Ya lo verás.
Verás tu propio rostro extraño,
Los ojos tan grandes que tiene el miedo;
Lo verás todo igual
Como lo veo yo.

Y todos los elementos,
Todos te maldecirán:
¡Más vale que desaparezcas sin dejar rastro!

Fotografías: René Groebli

Zobaczysz

Ach, kiedy ona cię kochać przestanie:
Zobaczysz!
Zobaczysz noc w środku dnia,
Czarne niebo zamiast gwiazd;
Zobaczysz wszystko to samo,
Co ja.

A ziemia, zobaczysz,
Ziemia to nie będzie ziemia:
Nie będzie cię nosić.

A ogień, zobaczysz,
Ogień to nie będzie ogień:
Nie będziesz w nim brodzić.

A woda, zobaczysz,
Woda to nie będzie woda:
Nie będzie cię chłodzić.

A wiatr, zobaczysz,
Wiatr to nie będzie wiatr:
Nie będzie cię koić.

Ach, kiedy ona cię kochać przestanie:
Zobaczysz!
Zobaczysz obcą własną twarz,
Jakie wielkie oczy ma strach;
Zobaczysz wszystko to samo,
Co ja.

I wszystkie żywioły,
Wszystkie będą ci złorzeczyć:
Lepiej byś przepadł bez wieści!

Mirka Szychowiak

1956 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

CONCERTO D’HIVER

El sol mutila las colinas nevadas, se les pela
la piel. De reblandecidas grietas sale hacia

la luz -correrá por la pendiente de piedra,
liberará los arroyos ¡que fluyan y desaten

un concierto libre por fin! con sus partes
superiores no reventarán los picos-, y tú,

lejos del borde, te deslizarás hacia ella
y serás como la corriente, como un fuego

que quema, quizá corra sangre si la tocas.
No has de amar de inmediato, eso sucede,

no digas nada, sólo mira cómo rueda.

Fotograma de Mi noche con Maud de Éric Rohmer con Jean-Louis Trintignant

Concerto d’hiver

Słońce kaleczy zaśnieżone wzgórza, złazi
im skóra. Z rozmiękłych szczelin wyszła

do światła – zbiegnie kamiennym zboczem,
górskie rzeki uwolni, niech płyną

i będzie koncert spuszczony z łańcucha
– górne partie nie rozsadzą szczytów, a ty

z dala od krawędzi – zsuniesz się do niej
i będziesz jak prąd, jak ogień palący, może

nawet popłynie krew, kiedy jej dotkniesz.
Nie musisz kochać od razu, to się zdarza,

ale nic nie mów, tylko patrz, jak się toczy.



Chantal Maillard

1951 – , Bélgica/España

HAINUWELE (frg.)

Si estuvieras un día fuera de ti solamente sabrías
lo intensa que es la muerte.
Si estuviera sin ti la muerte solamente una noche
no se despertaría el oso blanco
de la aurora.
Poco sabes de ella pues se esconde en tu risa justo cuando se apaga.
Si en ese mismo instante mirases como miran las garzas
verías cómo de mi pecho se cuelga cada tarde
para mamar un resto de amapola.
Luego se duerme en mi vientre y espera
tu abrazo y mi delirio.
La beso entonces con ternura.
Es tan blanca que apenas puedo saber cuándo se ausenta.

La muerte de la que hablo es mi muerte.
Ella no existe en nada
de lo que veo: el rocío alimenta
los cuerpos que se pudren y nacen en la aurora
otros, iguales o distintos.
Sólo aquello que tiene nombre muere.
Mi nombre es la máscara que llevaré por ti
en la danza.
Cuando al fin me la arranquen
estaré tan desnuda
que ni siquiera tú podrás nombrarme.
Existiré entonces en todo lo que veo,
naceré del rocío,
ciega, igual y distinta en cada aurora.

Digo «el tiempo transcurre»
porque recuerdo la flor amarilla
en el tallo desnudo que el viento balancea.
La sombra de un ciruelo cubre ahora su sombra
y yo me invento el tiempo para poder dormir y no arder en tus
labios.
Cuando dance, Señor, seré contigo
la flor, la savia y la semilla,
todos los nacimientos y todas las imágenes
y todo lo que ahora distingo por su sombra,
y en aquel gesto que presiento largo
como nueve crepúsculos,
será contigo este presente eterno
en el que nada puede ser nombrado.
Será mi danza, Señor, el reflejo
de la luna apresada en los guijarros
del bosque.

de Hainuwele y otros poemas

Fotografías de Tamara Dean (1) y Arguiñe Escandón

Tłum. Ada Trzeciakowska

HAINUWELE (frg.)

Gdybyś przez jeden dzień pozostał poza sobą, dowiedziałbyś się
jak intensywna jest śmierć.
A gdyby śmierć została bez ciebie tylko jedną noc
nie przebudziłby się biały niedźwiedź
świtu.
Niewiele o niej wiesz, kryje się w twoim śmiechu, wtedy, gdy gaśnie.
Gdybyś w tej samej chwili spojrzał tak, jak patrzą czaple
zobaczyłbyś, jak u mej piersi co wieczór wisi
by ssać ostatnią stróżkę polnych maków.
Potem zasypia na moim łonie i czeka na
twój uścisk i moje majaczenie.
Całuję ją wtedy czule.
Jest tak biała, że z trudem mogę rozpoznać, kiedy jej nie ma.

Śmierć, o której mówię, jest moją śmiercią.
Ona nie istnieje w niczym
z tego, co widzę: rosa odżywia
ciała, które rozkładają się i rodzą o brzasku
inne, takie same lub różne.
Tylko to, co ma imię, umiera.
Moje imię to maska, którą założę dla ciebie
w tańcu.
Gdy w końcu mi ją zerwą
będę tak naga
że nawet ty nie będziesz umiał mnie nazwać.
Wówczas będę istniała we wszystkim, co widzę,
narodzę się z rosy,
ślepa, taka sama i różna w każdym brzasku.

Mówię «czas płynie».
bo pamiętam żółty kwiat
na nagiej łodyżce kołysanej przez wiatr.
Cień śliwy kryje teraz jej cień
i wymyślam czas, żeby zasnąć i nie spłonąć na twoich
wargach.
Kiedy zatańczę, Panie, będę z Tobą
kwiatem, sokiem i nasieniem,
wszelkimi narodzinami i obrazami
i wszystkim, co teraz rozróżniam po jego cieniu,
i w tym geście, który przeczuwam, że będzie długi
jak dziewięć zmierzchów,
będzie z tobą ta wieczna teraźniejszość
w której nic nie może być nazwane.
To będzie mój taniec, Panie, odbicie
księżyca uwięzionego w okrągłych kamykach
lasu.

Stąpałam po grzbiecie twojej dłoni, ufna,
jak ten, co idzie wzgórzami
pewny, że wiatr istnieje,
że ziemia jest niewzruszona,
a rzeczy wiecznie się powtarzają.
Lecz nagle wszechświat zadrżał:
wyciągnąłeś palce
i ziewnięciem otworzyłeś noc
jak ciepłą grotę.
Budziłeś się od dziesięciu tysięcy wieków
a ogień płonął niecierpliwy w twoich ustach.

z tomiku Hainuwele i inne wiersze

Inger Christensen

1935-2009, Dinamarca

Trad. Francisco J. Uriz

Alfabeto (frag. 12, I)

la vida, el aire que respiramos existe
una levedad en todo, una semejanza en todo,
una ecuación, una declaración abierta y móvil
en todo, y mientras árbol tras árbol estallan en espuma
en este verano temprano, una pasión, pasión
en todo, como si hubiese para el juego del aire
con el maná que cae un sencillo boceto,
sencillo como cuando la felicidad tiene montones de comida
y la desgracia nada, sencillo como cuando la nostalgia
tiene un montón de caminos y el sufrimiento ninguno,
sencillo como el sagrado loto es sencillo
porque es comestible, un dibujo tan sencillo
como cuando la risa dibuja tu rostro en el aire

Fotografía de Astrid Kruse Jensen

Tłum. Bogusława Sochańska

Alfabet (12, frgm. 1)

Lekkość istnieje, łatwość, równość we wszystkim,
życie istnieje, powietrze które wdychamy,
równanie, twierdzenie otwarte i zmienne
we wszystkim, a gdy wczesnym latem jedno
po drugim eksplodują drzewa, pasja,
pasja we wszystkim, jak gdyby istniał prosty rysunkowy
wzór dla zabaw powietrza z manną nasion lip,
tak prosty jak szczęście, kiedy ma w bród jedzenia
i nieszczęście, kiedy nie ma nic, tak prosty jak tęsknota
która ma mnóstwo dróg i cierpienie które nie ma żadnej,
prosty jak prosty jest święty kwiat lotosu
bo można go zjeść, rysunek tak prosty
jak śmiech rysujący w powietrzu twoją twarz

Transl. Susanna Nied

Alphabet (12, part I)

life, the air we inhale exists
a lightness in it all, a likeness in it all,
an equation, an open and transferable expression
in it all, and as tree after tree foams up in
early summer, a passion, passion in it all,
as if in the air’s play with elm keys falling
like manna there existed a simply sketched design,
simple as happiness having plenty of food
and unhappiness none, simple as longing
having plenty of options and suffering none,
simple as the holy lotus is simple
because it is edible, a design as simple as laughter
sketching your face in the air

Alfabet (12, I)

livet, luften vi indånder findes.
en lethed i alt, en lighed i alt,
en ligning, et åbent bevægeligt udsagn
i alt, og mens træ efter træ bruser op i
den tidlige sommer, en lidenskab, lidenskab
i alt, som fandtes der til luftens leg med
den faldende manna en enkel principtegning,
enkel som når lykken har masser af mad
og ulykken ingen, enkel som når længslen
har masser af veje og lidelsen ingen,
enkel som den hellige lotus er enkel
fordi den kan spises, en tegning så enkel
som når latteren tegner dit ansigt i luft




Zbigniew Herbert

1924-1998, Polonia

Trad. Xaverio Ballester

Los Cinco

1
Se los llevan de buena mañana
al patio de piedra
y los colocan contra la pared

cinco hombres
dos muy jóvenes
los demás en plena madurez

nada más
se puede decir de ellos

2
cuando el pelotón levanta
el arma y apunta
todo de repente aparece
bajo la deslumbrante luz
de la evidencia

la tapia amarilla
el frío azul del cielo
una negra alambrada sobre la tapia
haciendo de horizonte

este es el momento
para la rebeldía de los cinco sentidos
que de buen grado huirían
como las ratas del barco que naufraga

antes de que la bala alcance su objetivo
el ojo percibirá el vuelo del proyectil que se acerca
el oído registrará un susurro de acero
las narices se llenarán de un humo acre
un pétalo de sangre rozará el paladar
y el tacto se contraerá y relajará

ahora yacen ya sobre tierra
cubiertos por una sombra hasta sus ojos
el pelotón se aleja
sus botones correas
y cascos de acero
están más vivos
que los yacentes al pie del muro

3
no me he enterado hoy de esto
lo sabía no precisamente desde ayer
entonces por qué estuve escribiendo
fútiles poemas sobre flores

de qué hablaban los cinco
la noche antes de su ejecución

de sueños proféticos
de una aventurilla en un burdel
de recambios de coche
de una travesía en barco
de que cuando le salieron las picas
no debía haber abierto
de que el vodka es mejor
el vino da dolor de cabeza
de chicas
de frutas
de la vida

así pues podemos
usar en poesía nombres de pastores griegos
podemos dejarnos tentar por perpetuar el color del cielo matinal

escribir sobre el amor
y también
una vez más
con seriedad de mortales
ofrecer al mundo traicionado
una rosa

Foto propia

Pięciu

1
Wyprowadzają ich rano
na kamienne podwórze
i ustawiają pod ścianę
pięciu mężczyzn 
dwu bardzo młodych
pozostali w sile wieku

nic więcej
nie da się o nich powiedzieć

2
kiedy pluton podnosi
broń do oka
wszystko nagle staje
w jaskrawym świetle
oczywistości

żółty mur
zimny błękit
czarny drut na murze
zamiast horyzontu

jest to moment
buntu pięciu zmysłów
które rade by uciec
jak szczury z tonącego okrętu

zanim kula dojdzie do miejsca przeznaczenia
oko zauważy nadlatujący pocisk
słuch utrwali stalowy szelest
nozdrza napełnią się ostrym dymem
muśnie podniebienie płatek krwi
a dotyk skurczy się i rozluźni

teraz już leżą na ziemi
cieniem nakryci po oczy

pluton odchodzi
ich guziki rzemienie
i stalowe hełmy
Są bardziej żywe
od tych leżących pod murem

3
nie dowiedziałem się dzisiaj
wiem o tym nie od wczoraj
więc dlaczego pisałem
nieważne wiersze o kwiatach
o czym mówiło pięciu
w nocy przed egzekucją

o snach proroczych
o przygodzie w burdelu
o częściach samochodu
o morskiej podroży
o tym że jak miał piki
nie trzeba było zaczynać
o tym że wódka najlepsza
po winie boli głowa
o dziewczynach
owocach
o życiu

a zatem można
używać poezji imion greckich pasterzy
można kusić się o utrwalenie barwy porannego nieba
pisać o miłości
a także
jeszcze raz
ze śmiertelną powaga
ofiarować zdradzonemu światu
różę

Transl. Czesław Miłosz and Peter Dale Scott

Five men

1
They take them out in the morning
to the stone courtyard
and put them against the wall

five men
two of them very young
the others middle-aged

nothing more
can be said about them

2
when the platoon
level their guns
everything suddenly appears
in the garish light
of obviousness

the yellow wall
the cold blue
the black wire on the wall
instead of a horizon

that is the moment
when the five senses rebel
they would gladly escape
like rats from a sinking ship

before the bullet reaches its destination
the eye will perceive the flight of the projectile
the ear record a steely rustle
the nostrils will be filled with biting smoke
a petal of blood will brush the palate
the touch will shrink and then slacken

now they lie on the ground
covered up to their eyes with shadow
the platoon walks away
their buttons straps
and steel helmets
are more alive
than those lying beside the wall

3
I did not learn this today
I knew it before yesterday
so why have I been writing
unimportant poems on flowers
what did the five talk of
the night before the execution

of prophetic dreams
of an escapade in a brothel
of automobile parts
of a sea voyage
of how when he had spades
he ought not to have opened
of how vodka is best
after wine you get a headache
of girls
of fruit
of life

thus one can use in poetry
names of Greek shepherds
one can attempt to catch the color of morning sky

write of love
and also
once again
in dead earnest
offer to the betrayed world
a rose

Joan Margarit

1938 – 16 de febrero de 2021 , España

UN mal poema ensucia el mundo. Ensayos sobre poesía (1988-2004)

Cantamos al propio misterio. Queda por decidir desde dónde cantar, y esa es la búsqueda que cada poeta realiza a su manera. En esto consiste el estilo, la voz propia, esa voz que hay que encontrar si se quiere ser escuchado. El lugar desde el cual yo lo intento es un lugar en el tiempo. Es el instante durante el cual se conecta el mundo con el sentimiento. El instante del fogonazo, cuando se ilumina lo que es opaco y oscuro. Intento ejercer una inteligencia sentimental a través de la poesía, a la cual no pienso que le quede más característica para identificarse respecto de la prosa que la concisión y la exactitud. Es la más exacta de las letras en el mismo sentido que las matemáticas son la más exacta de las ciencias. Y si se trata de un mal poema, ensuciará el mundo, como una bolsa de basura dejada en medio de la calle. Porque un mal poema no es neutral, sino que contribuye a ensuciar, a desordenar el mundo, igual que un buen poema contribuye de algún modo al orden y la higiene del mundo. Aunque sepamos que al fin predominará la basura: así lo asevera el segundo principio de la termodinámica, que es un principio serio y terrible, que también establece la relación entre vejez, gloria y muerte.
Dejar constancia de lo que se ha sentido en un momento dado, o sea, intentar conservarlo contra el desgaste del tiempo, es una de las defensas más elementales contra la angustia por el carácter efímero de nuestra vida. Darwin escribió que «el deseo de señalar un acontecimiento cualquiera con un montón de piedras en el punto más alto de los alrededores parece ser una pasión inherente a la humanidad». Cada poema señala un hecho en mi vida, pero la intención al escribirlo va más allá. Su finalidad última es que haya alguien en algún lugar que, al leerlo, se dé cuenta de que también es él o ella quien ha puesto un montón de piedras en algún lugar elevado de su propia vida para señalar algún episodio interior.

Fotografía de Juan Manuel Castro Prieto

Tłum. Ada Trzeciakowska

Zły wiersz zaśmieca świat. Eseje o poezji (1988-2004)

Opiewamy naszą własną tajemnicę. Pozostaje zdecydować, z którego miejsca mamy ją opiewać, i właśnie to jest poszukiwanie, które każdy poeta powinien prowadzić na swój własny sposób. Na tym polega styl – na własnym głosie, głosie, który trzeba odnaleźć, jeśli chce się być usłyszanym. Miejsce, z którego ja staram się to robić, to miejsce w czasie. Jest to moment, w którym świat łączy się z uczuciem. Moment rozbłysku, kiedy to, co nieprzezroczyste i ciemne, jest rozświetlane. Staram się ćwiczyć inteligencję emocjonalną poprzez poezję, która, jak sądzę, nie ma żadnej innej cechy charakterystycznej odróżniającej ją od prozy niż zwięzłość i dokładność. Jest to najbardziej precyzyjny z rodzajów literackich w tym samym sensie, w jakim matematyka jest najprecyzyjniejszą z nauk. A w przypadku kiepskiego wiersza będzie on zaśmiecał świat, jak worek pełen śmieci pozostawiony na środku ulicy. Bo zły wiersz nie jest neutralny, lecz przyczynia się do zanieczyszczania, do gmatwania świata, tak jak dobry wiersz przyczynia się w jakiś sposób do utrzymania ładu i higieny świata. Nawet jeśli wiemy, że w końcu przeważą śmieci: tak mówi druga zasada termodynamiki, która jest prawem głębokim i straszliwym, i ustanawia także związek między starością, chwałą i śmiercią.
Zapisywanie tego, co w danej chwili odczuwaliśmy, czyli próba ocalenia tego przed niszczącym działaniem czasu, jest jednym z najbardziej elementarnych sposobów obrony przed cierpieniem wynikającym z efemerycznej natury naszego życia. Darwin napisał, że «pragnienie uczczenia każdego wydarzenia za pomocą stosu kamieni ułożonego na najwyższym wzniesieniu w okolicy wydaje się być pasją właściwą rodzajowi ludzkiemu». Każdy wiersz odnosi się do jakiegoś wydarzenia z mojego życia, ale zamysł, jaki przyświecał mi przy jego pisaniu, wykracza poza nie. Jego ostatecznym celem jest to, aby gdzieś znalazł się ktoś, kto czytając go, uświadomi sobie, że oto i on właśnie ułożył kupkę kamieni na jakimś wzniesieniu w swoim życiu, aby zaznaczyć pewien wewnętrzny epizod.


Joan Margarit

1938 – 16 de febrero de 2021 , España

UNA ESTRUCTURA

Cuando era un hombre joven
levanté la estructura de hierro de una cúpula.
Hace unos meses que la derribaron.
Vista desde el lugar en donde va acabándose,
la vida es absurda.
Pero el sentido se lo da el perdón.
Cada vez pienso más en el perdón.
Vivo bajo su sombra.
Perdón por una cúpula de hierro.
Y perdón para aquellos que ahora la han demolido.

Fotografía de Juan Manuel Castro Prieto

Tłum. Ada Trzeciakowska

Struktura

Kiedy byłem młodym człowiekiem
Wzniosłem żelazną konstrukcję kopuły.
Kilka miesięcy temu rozebrano ją.
Widziane z miejsca, w którym dobiega końca,
życie jest absurdalne.
Ale sensu nabiera dzięki przebaczeniu.
Coraz częściej myślę o przebaczeniu.
Żyję w jego cieniu.
Przebaczenie za żelazną kopułę.
I przebaczenie dla tych, którzy ją teraz zburzyli.

José Iniesta

1962 – , España (Valencia)

LLANTO EN LAS SELVAS DE POLONIA

a Kamisa Djamaldinova, porque sentí mío su dolor: la muerte de sus hijos en la ruta del hambre. La frontera verde, Polonia, Septiembre 2007

No soy nadie. Se derrama la pena sobre mármoles rotos, la ladera se inclina a sus abismos. El viento se revuelve en el hayedo, y ha cantado una lágrima. También está el amor, y va desnudo. Yo no soy nada aquí, qué lejanía. Mi piedad es inútil, mi oración humareda. Hay sucesos que nunca se borrarán: Kamisa con sus hijos por el bosque, y los valles heridos por el último sol. Es la nada y el mundo unidos por un nudo, la arquitectura del dolor, la raíz de los cielos en la carne. Donde el amor, todo será presente. Qué silencio, todo es grito en las selvas de Polonia. Arden los horizontes, oscurece. Kamisa arropa al niño entre sus brazos. En la noche canta a sus hijas que el mundo es extravío, que en su pecho la leche es amarga, que allá abajo en el valle existe un río de manzanas y miel. La belleza es creer, a veces, y allí miran las estrellas de la nada. Desde ese precipicio la madre les promete, permaneced aquí, es solo sed y tiempo. Aguardadme en la cueva poblada de la noche. Mis dioses lares os amparan en la niebla. Me voy con vuestro hermano, y al alba volveré con pan y ayuda, y una manta de amor.

II parte de «La frontera verde» en Cantar la vida

Collage propio: fotogramas de Lore (2012) de Cate Shortland

Tłum. Ada Trzeciakowska

Kamisie Djamaldinowej, ponieważ jej ból odczułem jak własny, po śmierci jej dzieci na szlaku głodu, Zielona granica, Polska, wrzesień 2007.

PŁACZ W POLSKICH BORACH

Ja nic nie znaczę. To ból rozlewa się po spękanych marmurach, a zbocza nachylają się nad przepaściami. Wiatr trzepocze w buczynie i wyśpiewał łzę. Jest też miłość, kroczy naga. Jestem tu nikim, jak to daleko ode mnie. Mój żal jest bezużyteczny, modlitwy to słup dymu. Są wydarzenia, które nie dadzą się wymazać: Kamisa z dziećmi w lesie, doliny okaleczone przez ostatnie promienie słońca. To nicość i świat splecione węzłem, architektura bólu, korzeń nieba wbity w ciało. Tam, gdzie miłość, wszystko jest teraźniejszością. Jaka cisza, a w polskich lasach wszystko krzyczy. Horyzonty płoną, zapada zmrok. Kamisa tuli dziecko w ramionach. Nocą śpiewa córkom o tym, że świat to bezdroża, że mleko jej w piersiach zgorzkniało, a gdzieś w dali doliną płynie rzeka jabłek i miodu. Piękno bywa wiarą, niekiedy i tam spoglądają gwiazdy nicości. Z otchłani nieszczęścia matka przyrzeka im: pozostańcie tutaj, to tylko pragnienie i czas. Zaczekajcie na mnie w jaskini zamieszkałej przez noc. Bogowie domowego ogniska udzielą wam schronienia we mgle. Pójdę z waszym bratem, a o świcie będę tu z powrotem z chlebem i pomocą, i okryciem utkanym z miłości.

II część «Zielonej granicy» w Sławić życie

Rainer Maria Rilke

1875-1926, Austria

21 de marzo. Por la primavera, por la poesía, por Adam Zagajewski (en I aniversario de su muerte), por la gente de Ucrania: Rilke.

Adam Zagajewski escribió el poema, para el que realicé un ensayo cinematográfico (abajo), conmocionado por el atentado contra las Torres Gemelas. El poema es de inspiración rilkiana, quien, a su vez, escribió las elegías tras el trauma de la Primera Guerra Mundial (1912-1815; 1922 -con una pausa provocada por la apatía y depresión). El momento que vivimos me ha llevado a cuestionar el valor de la palabra poética, del arte, junto con Adorno, Godard, Różewicz. Este ano me sabe amargo el Día Internacional de la Poesía. Por mí, por esas valientes poetas ucranianas que ahora luchan tanto con la pluma como con las ametralladoras, intento buscar argumentos para convencerme de que sus versos y testimonios son importantes. Que no podemos callar, apartar la vista porque el silencio se traduce en una aceptación muda de los hechos. También evoco estas palabras de Dylan Thomas:
No entres dócilmente en esa buena noche,
Que al final del día debería la vejez arder y delirar;
Enfurécete, enfurécete ante la muerte de la luz.

Aunque los sabios entienden al final que la oscuridad es lo correcto,
Como a su verbo ningún rayo ha confiado vigor,
No entran dócilmente en esa buena noche.

Llorando los hombres buenos, al llegar la última ola
Por el brillo con que sus frágiles obras pudieron haber danzado en una verde bahía,
Se enfurecen, se enfurecen ante la muerte de la luz.

Y los locos, que al sol cogieron al vuelo en sus cantares,
Y advierten, demasiado tarde, la ofensa que le hacían,
No entran dócilmente en esa buena noche.

Y los hombres graves, que cerca de la muerte con la vista que se apaga
Ven que esos ojos ciegos pudieron brillar como meteoros y ser alegres,
Se enfurecen, se enfurecen ante la muerte de la luz.

Y tú, padre mío, allá en tu cima triste,
Maldíceme o bendíceme con tus fieras lágrimas, lo ruego.
No entres dócilmente en esa buena noche.
Enfurécete, enfurécete ante la muerte de la luz.

ENFURÉCETE, ALABA, CANTA, CELEBRA EL MUNDO MUTILADO, ¡PERO NO TE CALLES!

Trad. Eustaquio Barjau

Elegías de Duino

ELEGÍA IX

¿Por qué, si es posible pasar así el plazo
de la existencia, como laurel, un poco más oscuro que todo
otro verde, con pequeñas ondas en el borde
de todas las hojas (como sonrisa de un viento): por qué entonces
tener que ser humanos y, evitando destino,
anhelar destino?…
                           Oh, no porque haya felicidad,
esta ventaja prematura de una pérdida cercana.
No por curiosidad, o por ejercitar el corazón,
que también estaría en el laurel…

Sino porque estar aquí es mucho, y porque parece que nos
necesita todo lo de aquí, esto que es efímero, que
nos concierne extrañamente. A nosotros, los más efímeros. Una vez
cada cosa, sólo una vez. Una vez y ya no más. Y nosotros también
una vez. Nunca más. Pero este
haber sido una vez, aunque sólo una vez:
haber sido terrestre, no parece revocable.

Y por esto nos damos prisa y queremos llevarlo a cabo,
queremos abarcarlo en nuestras sencillas manos,
en la mirada más colmada y en el corazón sin palabras.
Queremos llegar a serlo. ¿A quién dárselo? Preferiblemente
conservarlo todo para siempre… Ay, a la otra relación,
ay, ¿qué se lleva uno al otro lado? No el mirar, lo que aquí
hemos aprendido lentamente, ni nada ocurrido aquí. Nada.
Entonces, los dolores. Entonces, sobre todo, la pesadumbre,
entonces, la larga experiencia del amor, entonces
lo inefable sólo. Pero luego,
bajo las estrellas, ¿qué?: éstas son inefables mejor.

Porque el caminante, de la ladera del borde de la montaña, no lleva
al valle un puñado de tierra, la inefable para todos, sino
una palabra conseguida, pura, la genciana
amarilla y azul. Estamos tal vez aquí para decir: casa,
puente, surtidor, puerta, cántaro, árbol frutal, ventana,
todo lo más: columna, torre… pero para decir, compréndelo,
oh para decir así, como ni las mismas cosas nunca
en su intimidad pensaron ser. ¿No es la secreta astucia
de esta tierra callada, que ella apremie a los amantes
a que en su sentimiento todas las cosas, sí todas las cosas se extasíen?
Umbral: qué es para dos
amantes que ellos gasten un poco el umbral,
ya viejo, de su puerta, también ellos, después de los muchos que les precedieron
y antes de los que vendrán después…, poca cosa.

Aquí es el tiempo de lo decible, aquí su país natal.
Habla y proclama. Más que nunca
van cayendo las cosas, las que podemos vivir, pues
lo que las sustituye, desplazándolas, es un hacer sin imagen.
Un hacer bajo costras que saltan por sí solas así que
la actividad de dentro las rebasa y se delimita de otro modo.
Entre los martillos aguanta
nuestro corazón, como la lengua
entre los dientes, que, no obstante,
sin embargo, sigue siendo la que celebra.

Celebra para el ángel el mundo, no el inefable, ante él
no puedes presumir del esplendor de lo que has sentido; en el Universo,
donde él, más sensible, siente, eres tú un novicio. Por esto muéstrale
lo sencillo, lo que, configurado de generación en generación,  
vive como cosa nuestra, junto a la mano y en la mirada.
Dile las cosas. Se quedará más sorprendido; como te quedaste tú
ante el cordelero de Roma, o ante el alfarero del Nilo.
Muéstrale cuán feliz puede ser una cosa, qué inocente y qué muestra,
cómo incluso el dolor que se queja se decide, puro, a la forma,
sirve como una cosa o muere entrando en una cosa, y al otro lado
escapa dichosamente al violín. Y estas cosas, que
confían en que podemos salvarlas, nosotros, los más perecederos,
nos confían algo que salva, a nosotros, los más perecederos.
Quieren que las transformemos del todo en el corazón invisible
¡en —oh, infinitamente— en nosotros! Da igual quiénes seamos al fin.

Tierra, ¿no es esto lo que tú quieres: invisible
resurgir en nosotros? ¿No es tu sueño
ser algún día invisible? ¡Tierra!, ¡invisible!
¿Qué es, si no transformación, la tarea que impones apremiante?
Tierra, amada, yo quiero. Oh créeme, ya no son necesarias
tus primaveras para ganarme para ti, una,
ay, una sola es ya demasiado para la sangre.
Inefablemente estoy decidido por ti, desde lejos.
Siempre tuviste razón y tu santa ocurrencia
en la muerte familiar.

Mira, yo vivo. ¿De qué? Ni la niñez ni el futuro
menguan… Existencia rebosante
surge en mi corazón.

Elegía X

Que un día, a la salida de esta enconada visión,
mi canto de júbilo y gloria ascienda a los ángeles que están conformes.
Que de los martillos del corazón, de claro batir,
ninguno fracase en cuerdas flojas, dubitantes
o que se rompen. Que el flujo de mi semblante
me haga más luminoso; que el llanto imperceptible
florezca. Oh, entonces, cuán queridas, noches, vais a ser para mí,
noches de aflicción. Que yo no os recibiera más de rodillas, inconsolables
hermanas, que no me entregara más suelto
a vuestro suelto cabello. Nosotros, que derrochamos dolores.
Cómo nuestros ojos, adelantándose, los buscan, en la triste duración,
a ver si terminan o no. Mas ellos son, ciertamente,
nuestro follaje de invierno, nuestra oscura pervinca,
uno de los tiempos del año secreto, no sólo
tiempo, son lugar, asentamiento, lecho, suelo, residencia.

Ciertamente, ay, cuán extranjeras son las callejas de la Ciudad del Dolor,
donde en el falso silencio, fuerte, hecho de exceso de ruido,
alardea de lo que ha sido vertido del molde
del vacío: el ruido dorado, el monumento que estalla.
Oh, de qué modo, sin dejar huella, un ángel les pisotearía el mercado de consuelos,
al que limita su iglesia, la que ellos compraron una vez terminada:
pulcra y cerrada y desengañada, como una oficina de correos en domingo.
Fuera, en cambio, se rizan siempre los bordes de la feria.
¡Columpios de libertad! ¡Buzos e ilusionistas del afán!
Y el tiro al blanco con figuritas, el tiro al blanco de la felicidad relamida,  
donde hay pataleo de diana y comportamiento de hojalata,
cuando uno, más diestro, acierta. De aplauso a azar
sigue él dando tumbos su camino; pues casetas de toda clase de curiosidades
solicitan, tamborilean y berrean. Para los mayores, no obstante,
hay todavía algo especial que ver, cómo el dinero se multiplica, anatómicamente,
no sólo como diversión: el órgano genital del dinero,
todo, la totalidad, el proceso, esto instruye y da
fecundidad…
…Oh, pero inmediatamente después de esto,
detrás de la última valla, en la que hay pegados anuncios del ‘Sin Muerte’,
de aquella cerveza amarga que parece dulce a los que la beben,
siempre que con ella mastiquen distracciones frescas…,
justo a espaldas de la valla, justo detrás, está lo real.
Hay niños que juegan y amantes que se cogen el uno al otro, aparte,
serios, en la mísera hierba, y los perros tienen su mundo.
A ir más allá todavía se siente movido el muchacho; tal vez ama a una joven
queja… Detrás de ella va él por praderas. Ella dice:
—Lejos. Vivimos allí fuera… ¿Dónde? Y el muchacho
sigue. Le conmueve su actitud de ella. El hombro, el cuello, tal vez
es de noble linaje. Pero la deja, se da la vuelta,
mira a un lado, hace una seña… ¿Qué? Ella es una queja.
 
Sólo los muertos jóvenes, en el primer estadio
de indiferencia intemporal, el de la deshabituación,
la siguen con amor. A muchachas
espera ella y se hace amiga de ellas. Les muestra en voz baja
lo que lleva. Perlas del dolor y los finos
velos de la paciencia. Con los muchachos ella anda en silencio.
Pero allí donde ellas viven, en el valle, una de las viejas, de las quejas
se ocupa del muchacho, cuando éste pregunta: —Éramos
—dice ella— una Gran Estirpe, en tiempos, nosotras, las quejas. Los padres  
practicaban la minería, allí, en la gran cordillera; entre los hombres
encontrarás de vez en cuando un trozo de protodolor afilado
o, expulsada de viejo volcán, la lava petrificada de la ira.
Sí, esto venía de allí. En otro tiempo fuimos ricas.

Y ella le lleva ligera por el ancho paisaje de las quejas,
le muestra las columnas de los templos o las ruinas
de aquellos castillos desde donde los príncipes de las quejas gobernaron
antaño sabiamente el país. Le muestra los grandes
árboles de lágrimas y los campos de la melancolía en flor,
(Los vivos sólo los conocen como suave follaje);
le muestra los animales de la tristeza, paciendo; a veces
un pájaro se asusta y, volándoles rasante a través de su mirada,
traza en el espacio la imagen escrita de un grito solitario.
Al atardecer le lleva a las tumbas de los viejos
del linaje de las quejas, las sibilas y los augures.
Mas se acerca la noche, por esto caminan más quedo, y pronto
se levanta la luna, el Monumento Funerario
que vela sobre todo. Hermana de aquella que está junto al Nilo,
la esfinge sublime: de la callada cámara
semblante.
Y ellos se asombran de la cabeza coronada que para siempre,
en silencio, puso el rostro de los hombres
sobre la balanza de las estrellas.

No lo abarca la mirada de él, en el vértigo
de la muerte temprana. Mas su mirada, o
saliendo de detrás del pschent, asusta al búho. Y éste,
rozándole levemente la mejilla,
aquélla, la de la más madura redondez,
dibuja blandamente, metiéndose en el nuevo
oído de muerto, sobre una hoja doble,
abierta, la silueta indescriptible.
 
Y más alto, las estrellas. Las estrellas del país del dolor.
Lentamente las va nombrando la queja: Aquí,
mira: el Jinete, la Vara, y a la constelación más llena
la llaman ellos: Guirnalda de Erutos. Luego, más allá, hacia el Polo:
Cuna; Camino; El Libro Ardiente; Muñeca; Ventana.
Pero en el cielo del Sur, pura como en el interior
de una mano bendita, la ‘M’, clara, resplandeciente
que significa las madres…

Pero el muerto tiene que seguir, y en silencio le lleva la queja
más vieja hasta el barranco,
donde brilla la Luna:
la fuente de la alegría. Con veneración
la nombra ella, dice: —Entre los hombres
ella es un río que arrastra.
Están al pie de la montaña.
Y allí ella le abraza, llorando.

Solitario él va subiendo, a los montes del protodolor.
Y sus pasos no se oyen siquiera desde el mudo destino.

Pero si los infinitamente muertos despertaran en nosotros un símbolo,
mira, señalarían tal vez los amentos del desnudo
avellano, los amentos que cuelgan, o bien
pensarían en la lluvia que cae sobre el oscuro reino terrestre.

Y nosotros, que pensamos en una dicha
creciente, sentiríamos la emoción o
que casi nos abruma
cuando cae algo feliz.

21 marca. Za wiosnę, za poezję, za Adama Zagajewskiego (w 1. rocznicę śmierci), za naród ukraiński: Rilke.

Adam Zagajewski napisał wiersz, do którego zrobiłam etiudę filmową, wstrząśnięty atakiem na World Trade Center. Inspiracją dla wiersza jest Rilke, który z kolei storzył elegie po traumie I wojny światowej (1912-1815,1922, z przerwą spowodowaną apatią i przygnębieniem). Moment, w którym żyjemy, doprowadził mnie do kwestionowania poezji, sztuki, wraz z Adorno, Godardem, Różewiczem. Bolą mnie te radosne obchody dnia poezji tutaj w Hiszpanii jak nigdy dotąd. Sama dla siebie, dla tych dzielnych ukraińskich dziewczyn, które walczą teraz zarówno piórem jak karabinem, staram się przekonać, że słowa i świadectwa są ważne. Że nie możemy milczeć, bo milczenie oznacza niemą akceptację faktów. Przywołuję też słowa Dylana Thomasa:
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

«Mędrcy, choć wiedzą, że ciemność w nich wkroczy –
Bo nie rozszczepią słowami błyskawic –
Nie wchodzą cicho do tej dobrej nocy.

Cnotliwi, płacząc kiedy ich otoczy
Wspomnienie czynów w kruchym wieńcu sławy,
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Szaleni słońce chwytający w locie,
Wasz śpiew radosny by mu trenem łzawym;
Nie wchodźcie cicho do tej dobrej nocy.

Posępnym, którym śmierć oślepia oczy,
Niech wzrok się w blasku jak meteor pławi;
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Błogosławieństwem i klątwą niech broczy
Łza twoja, ojcze w niebie niełaskawym.
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy»

BUNTUJMY SIE, , SŁAWMY I OPIEWAJMY OKALECZONY ŚWIAT, ALE NIE MILCZMY!

Tłum. Mieczysław Jastrun (IX) i Andrzej Lam (X)

Elegie Duinejskie

Elegia IX

Czemu więc, jeśli już trzeba, porę istnienia na ziemi
przybrać jak wawrzyn, nieco ciemniejszy niż wszelka
inna zieleń z małymi falami na każdym
brzeżku liścia (jak uśmiech wiatru): – czemuż tedy
do ludzkiej przymuszać się doli – i unikając losu
tęsknić za losem?…
Och, nie, że jest szczęściem
ten przedwczesny przywilej bliskiej utraty.
Nie z ciekawości albo dla wprawy serca,
co by mogło być także w wawrzynie…

Ale że ziemski byt znaczy wiele i że wszystkiemu tutaj
jesteśmy na pozór potrzebni, całej tej znikomości,
co nas przedziwnie dotyczy. Nas, najbardziej znikomych. Raz tylko,
wszystko tylko raz jeden. Raz i nie więcej. My także
raz tylko. Niepowrotnie. Lecz to
raz tylko istnieć, jeśli nawet raz tylko:
istnieć na Ziemi, wydaje się nieodwołalne.

I tak przynaglamy się, by dopełnić istnienia,
tak chcemy zmieścić je w naszych zwyczajnych dłoniach,
w przepełnionym spojrzeniu i w niemym sercu.
Chcemy być nim. – komu je oddać? Najchętniej
wszystko zachować na zawsze… Ach, w tamten inny układ,
biada, co się zabiera ze sobą? Nie zdolność widzenia,
z wolna tu wyuczoną, nic z tego, co tu się zdarzyło. Nic.
Ale cierpienia. Lecz przede wszystkim ciężar bytu,
lecz długie doświadczenie miłości – lecz
samo niewysłowione. Ale później
pośród gwiazd, cóż z tym począć: są głębiej niewyrażalne.
Przecież wędrowiec ze stoku góry znosi w dolinę
nie garść ziemi, niewysłowionej dla wszystkich, lecz tylko
jedno zdobyte słowo, czyste, żółtą i błękitną
gencjanę. Jesteśmy tu może tylko po to, by powiedzieć: dom,
most, studnia, brama, dzbanek, owocowe drzewo, okno –
najwyżej: kolumna, wieża… Ale powiedzieć, zrozum,
o, powiedzieć tak, jak nawet samym rzeczom
nie marzyło się nigdy. Czy to nie skryty podstęp
tej Ziemi, co umie milczeć, jej, która zniewala
kochanków, by w ich uczuciu wszystko ich zachwycało?
Próg: czymże to jest dla dwojga
kochanków, że własny wysłużony próg we drzwiach
zetrą cokolwiek obuwiem, także oni, po wielu przed nimi
i przed tymi, co przyjdą… przelotnie.

Tu czas Wyrażalnego, tu jego ojczyzna.
Powiedz i wyznaj. Bardziej niż kiedykolwiek
tam odpadają rzeczy dające się przeżyć, albowiem
to, co spycha, na miejsce ich wchodząc, jest ruchem bez obozu.
Czynnością pod skorupami, pękającymi radośnie, gdy wewnątrz
napór przerośnie siebie i inną znajdzie granicę.
Trwa między młotami
nasze serce jak język
między zębami, a jednak
nie przestaje wysławiać.

Sław przed Aniołem świat, nie ten wyrażalny, przed nim
próżno byś chełpił się przepychem uczuć; w bezmiarze,
tam, gdzie on czuje stokrotnie, tyś nowicjuszem. Więc pokaż
mu rzeczy zwykłe, co z pokolenia na pokolenie żyją
w nas jako nasza własność, pod ręką, w spojrzeniu.
Powiedz mu rzeczy. Stać będzie wstrząśnięty, jak stałeś
u powroźnika w Rzymie lub u garncarza nad Nilem.
Pokaż mu, jak szczęśliwa może być rzecz, jak niewinna i nasza,
jak nawet łkające cierpienie przestaje na kształt, bez wahania,
służy jak rzecz lub znika w rzecz – i na drugim brzegu
błogo wymyka się skrzypcom. – I te ze skonania
żyjące rzeczy pojmują, że ty je sławisz; śmiertelne,
nam powierzają ratunek, najbardziej śmiertelnym.
Chcą, byśmy je przemienili w swym niewidzialnym sercu
w nas – o, bezbrzeżnie w nas samych! Kim byśmy byli w końcu.
Ziemio, czyż nie jest to twoim pragnieniem: w nas
narodzić się niewidzialnie? – Czy to nie sen twój,
być jeden raz niewidzialną? – Ziemio! być niewidzialną!
Co, jeśli nie metamorfoza, jest twym naglącym żądaniem?
Ziemio, umiłowana, chcę. O, wierz, nie trzeba by było
odtąd twych wiosen, by mnie zjednać dla ciebie – jedna,
ach, jedna, to już za wiele dla mojej krwi.
Bezimiennie przystałem na ciebie, z najdalszych oddali.
Tyś zawsze miała słuszność, i twoim świętym pomysłem
jest zgon poufny.

Patrz, żyję. Z czego? Ani dzieciństwo ni przyszłość
nie tracą nic ze siebie… Byt niezmierzony
wytryska z mojego serca.

Elegia X

Żebym też kiedyś, u kresu gorzkiego przejrzenia,
radość i sławę wyśpiewał przyzwalającym aniołom.
Żeby ze zbitych do cna młotków mojego serca
żaden nie zawiódł na luźnych, niepewnych albo
porwanych strunach. Żeby moje płynące oblicze
mnie rozświetliło; żeby płacz niepozorny
rozkwitnął. O, jak będziecie wtedy, noce, mi bliskie,
strapione. Że was na klęczkach, niepocieszone siostry,
nie brałem w siebie, w wasz rozpuszczony
włos nie kryłem się ufnie. My, trwoniciele cierpienia.
Jakże my je z góry odrzucamy, w posępne trwanie,
bo nie skończą się może. Ale to one są przecież
naszym zimozielonym listowiem, ciemnym barwinkiem,
jedną z pór sekretnego roku — nie tylko
porą — są miejscem, gniazdem, siedliskiem, mieszkaniem.

Lecz, biada, jak obce są uliczki Miasta Boleści,
gdzie w fałszywej, z nadmiaru dźwięku powstałej
ciszy, butnie, z matrycy pustki odlew
się pyszni: wrzask pozłocony, kruszący się pomnik.
O, jak chętnie rozdeptałby im anioł ten rynek pociech,
odgraniczony kościołem, jego kupną gotowizną:
czystym, zamkniętym i smutnym jak poczta w niedzielę.
Ale na zewnątrz kotłują się zawsze jarmarczne atrakcje.
Huśtawki wolności! Poławiacze, kuglarze zapału!
I szczęścia wystrojonego figurki w strzelnicy,
ruchome skaczące cele, dźwięk dające blaszany,
gdy strzelec fortunny trafi. Od trafu do przypadku
toczy się dalej; bo kramy z wszelakim cudactwem
wabią, bębnią i beczą. Dla dorosłych natomiast
jest widok osobny, jak pieniądz się mnoży, anatomicznie,
nie tylko do śmiechu: organ płciowy pieniądza,
wszystko, całość i przebieg — to uczy i czyni
płodnym………
…. Och, ale zaraz za tym, nieco dalej,
za płotem oklejonym plakatami „Todlos”,
tego gorzkiego piwa, co zda się słodkie pijącym,
gdy przeżuwają do niego ciągle nowe rozrywki…,
zaraz z tyłu parkanu, za nim jest rzeczywiście.
Dzieci się bawią i kochankowie trzymają się z boku,
poważnie, na lichej trawie, i psy korzystają z natury.
Coś dalej ciągnie młodzieńca; być może kocha młodą
Skargę….. Za nią idzie na łąki. A ona mówi:
— Daleko. Mieszkamy tam, za miastem….. Gdzie? I młodzieniec
idzie za nią. Jej postać go wzrusza. Ramiona i szyja —
może to ród znamienity? Lecz ją zostawia, odchodzi,
odwraca się, skinął… Cóż to? Ona jest Skargą.

Tylko młodzi umarli, we wczesnym okresie
bezczasowej obojętności, odzwyczajania,
idą za nią z miłością. Na dziewczęta
czeka i zaprzyjaźnia się z nimi. Pokazuje im cicho,
co ma na sobie. Perły cierpienia i delikatne
welony cierpliwości. — Z chłopcami idzie
w milczeniu.

Lecz tam, gdzie mieszkają, w dolinie, jedna ze starszych Skarg
zwraca się żywo ku chłopcu, kiedy ten pyta: — Byliśmy,
mówi, Wielkim Rodem, kiedyś, my Skargi. Przodkowie
pracowali w kopalniach tam, w tych górach; u ludzi
znajdziesz niekiedy kawałek szlifowanego pra-bólu
lub, ze starego wulkanu, gniew skamieniały w szlakę.
Tak, to pochodzi stamtąd. Byliśmy kiedyś bogaci. —

I prowadzi go lekko przez Skarg krajobraz rozległy,
pokazuje słupy świątyni albo zwaliska
zamków, z których niegdyś książęta Skargowie
krajem mądrze rządzili. Pokazuje wysokie
drzewa łez i pola kwitnącej melancholii
(żyjący znają ją tylko jako roślinę liściastą);
pokazuje zwierzęta smutku na łące — a czasem
skoczy ptak i przetnie im w płaskim locie widzenie
hieroglifem swojego samotniczego krzyku. —
Zaś wieczorem na groby przodków go wiedzie
ze Skargów rodu, dawnych sybilli i wieszczków.
A kiedy noc się zbliża, wędrują ciszej, i wkrótce
księżyc się wznosi, ten nad wszystkim
czuwający grobowiec. Podobny do tego nad Nilem,
wzniosły Sfinks —: utajnionej komnaty
oblicze.
I zdumiewają się głowie królewskiej, która na zawsze,
milcząca, twarz ludzką
złożyła na wadze gwiazd.

Tego już wzrok nie ogarnia, we wczesnej śmierci
mętniejący. Lecz jej spojrzenie,
spoza krawędzi pszentu, wypłasza sowę. A ona,
muskając w wolnym przelocie policzek,
tę najdojrzalszą okrągłość,
wrysowuje miękko w nowy
słuch umarłego, nad podwójnie
otwartą kartą, nieopisany obrys.

A wyżej, gwiazdy. Nowe. Gwiazdy Krainy Boleści.
Wolno nazywa je Skarga: — Tu,
patrz, to Jeździec, to Laska, a ten większy gwiazdozbiór
zowią: Wieniec Owoców. I dalej, bliżej bieguna:
Kołyska; Droga; Płonąca Księga; Lalka; Okno.
Na niebie zaś południowym, czyste jak we wnętrzu
błogosławionej dłoni, jasno świecące M,
które oznacza Matki…… —

Lecz Zmarły musi odejść; w milczeniu prowadzi go starsza
Skarga do wąwozu w dolinie,
gdzie w blasku księżyca coś lśni:
Źródło Radości. Z nabożną czcią
nazywa je, mówi: — U ludzi
jest ono doniosłą rzeką. —

Stoją u podnóża gór.
Obejmuje go, płacząc.

Samotnie się wspina, ku górom pra-bólu.
I nawet jego kroki nie dźwięczą z głuchego losu.

*
Lecz gdyby mieli ci nieskończenie umarli wzbudzić
w nas podobieństwo, patrz, wskazaliby może kotki
bezlistnej leszczyny, zwisające, albo
deszcz, co na mroczną ziemię pada wczesną wiosną. —
My zaś, którzy o szczęściu rosnącym
myślimy, poczulibyśmy wzruszenie,
które nas do żywego dojmuje,
kiedy szczęście pada.