Olvido García Valdés

1950 – , España

***[Nadaba por el agua transparente]

Nadaba por el agua transparente
en lo hondo, y pescaba gozoso
con un pequeño arpón peces brillantes,
amigos, moteados.
Aquella agua tan densa, nadar
como un gran pez; vosotros,
dijo, me esperabais en casa.
Pensé entonces en Klee,
en la dorada. Ahora leo:
estás roto y tus sueños
se cuelan en tu vida, esa sensación
de realidad es muy fuerte; estas pastillas
te ayudarán.
Dorado pez,
dorada de los abismos, destellos
en lo hondo. Un sueño subterráneo
nos recorre, nos reúne,
nacemos y morimos, mas se repite
el sueño y queda el pez,
su densidad, la transparencia.

De Caza nocturna

Paul Klee El pez dorado (1925)

Tłum. Ada Trzeciakowska

***[Płynęłam przez przejrzystą wodę]

Płynęłam przez przejrzystą wodę
w głębinach, radośnie łowiłam
niewielkim harpunem lśniące ryby,
przyjaciół, cętkowanych.
Woda była taka gęsta, płynęłam
niczym wielka ryba; wy,
powiedział, czekaliście na mnie w domu.
Pomyślałam wtedy o Klee,
o złotogłowej doradzie. Czytam teraz:
już po tobie a sny
przenikają do twojego życia, wrażenie
rzeczywistości jest bardzo silne; te pastylki
pomogą ci.
Złota rybko,
złota główko z otchłani skrząca się
na dnie. Podziemny sen
przepływa przez nas i jednoczy,
rodzimy się i umieramy, lecz powtarza się
sen i pozostaje ryba,
jej gęstość i przejrzystość.

Alfonso Costafreda

1926-1974, España/Suiza

Has crecido, raíz

Has crecido, raíz,
en el cuerpo, en las manos,
en mí como una parte
visible de mí mismo,
en el pecho febril como un sueño palpable.

Dejaban su guarida
de pronto esos temores
oscuros de la sangre,
mi vida, frente a frente, y el fulgor
de un sueño interminable.

Fotografías de Walter Chappell, Jerry Uelsmann; fotograma de Orfeo de Jean Cocteau

Wyrosłeś, korzeniu

Wyrosłeś, korzeniu,
w głębi ciała, w moich rękach,
w środku mnie jak widoczna
część mnie samego,
w rozpalonej piersi niczym namacalny sen.

Swą kryjówkę opuściły
nagle krwi
ciemne lęki,
moje życie, vis-a-vis i przebłysk
snu bez końca.

Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

La perversión

La hermosura de la vida no acaba, y así nos lo parece a los humanos. Y amamos
las cosas que aquí se continúan, los cuerpos que ocuparán, con más belleza, nuestro sitio,
y vamos ya llegando a la quietud difícil, y aceptarán nuestro silencio en comprensión, porque nosotros antes
habremos comprendido y aceptado la noche ya sin fin y sin estrellas.

Quizá hayas venido, ahora que nuestros cuerpos se han amado con furia y alegría,
para escuchar de mí esta verdad sencilla, y que aún desconoces:
ningún hombre es feliz.

Rtograma de Altered States de Ken Russell

Tłum. Ada Trzeciakowska

Perwersja

Piękno życia nie ma końca, tak nam, ludziom, się wydaje. Kochamy
rzeczy, które trwają tutaj, ciała, które zajmą, jeszcze piękniej, nasze miejsca,
i dochodzimy do trudnego stanu wyciszenia, oni zaś nasze milczenie przyjmą ze zrozumieniem, bo wcześniej i my zdążymy już zrozumieć i zaakceptować tę noc bez końca już i bez gwiazd.

A może przyszłaś, teraz, gdy nasze ciała kochały się z furią i radością,
by usłyszeć ode mnie tę prostą prawdę, która wciąż jest ci obca:
żaden człowiek nie jest szczęśliwy.

Aurora Luque

1962 – , España

LA ESCARCHA

Madrugada de invierno. Insomnio. Oscuridad.
Sé que afuera está helando.
Hiela en el huerto, hiela en las montañas.
Traza abrazos la escarcha.
El frío atroz obliga a las moléculas
del agua a renunciar a su ser-danza.
La fluidez se torna abrazo rígido,
lazo de hielo blanco.
La gota sola aferra a la otra gota
y entretienen así el amargo clima.

Así, en el interior, ocurre a los recuerdos.
Una desolación helada los abraza.

Es tanto el frío adentro.
Un amago de vida recordada
extiende un brazo rígido y polar
hacia un recuerdo aún más entumecido.
Una red que construye sus destellos
en las desolaciones de los climas
con cristales tristísimos y rotos.
La memoria funciona como escarcha.

Collage propio (yo en 1983)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Szron

Zimowy poranek. Bezsenność. Mrok.
Wiem, że jest zimno na zewnątrz.
Sady ścina mróz, mróz ścina góry.
Szron bierze je w objęcia.
Potworne zimno zmusza cząsteczki
wody do wyrzeczenia się swej tanecznej natury.
Płynność staje się sztywnym uściskiem,
białą wstęgą z lodu.
Samotna kropla lgnie do drugiej kropli
i tak oto zabawia ten cierpki klimat.

To samo spotyka wewnątrz nasze wspomnienia.
Ogarnia je lodowe spustoszenie.

Tak strasznie zimno jest od wewnątrz.
Podszept zapamiętanego życia
wysuwa swe polarne zesztywniałe ramię
ku jeszcze bardziej odrętwiałemu wspomnieniu.
Sieć, która wznosi swoje błyski
w spustoszonych strefach klimatycznych
z przesmutych i potłuczonych kryształków.
Pamięć zachowuje (się) jak szron.

Leopoldo María Panero

1948-2014, España

DIÓGENES

Ah ira de la luz, calor del excremento
que se asoma pálido a la página
en do brillan las heces, y en ellas
se disuelve el mundo
oh tú hombre que no existe
tengo hambre
de hombre, no de hombre inmundo
sino de hombre

*

«Qué inmortal mano o qué ojo
pudo crear tu aterradora simetría
»
Himno al diablo de William Blake

Cuán perfecta es la silueta del desastre
mano del diablo y de la ruina
que en el hombre escupe, y en su sombra
que puede más que el viento, y que la espuma
cruel sobre la página
de la saliva.

*

Oh hipócrita lector, qué hay en mí que en ti
no haya, cuál de los dos es más canalla
qué oscuro perfil en el marfil se cincela
para acabar de una vez con el hombre:
después de muerto Dios, muerto está el hombre.

*

Oh marfil de la crueldad
perfecta crueldad de la sombra
en que desaparece el hombre
y la nada sobre la nada se construye
en un palacio en donde no está el hombre.


*

«La luz que nunca sufre»
PEDRO SALINAS

Capturar al hombre
en la red del espejo
donde la nada reina
sobre el crepúsculo del viento.

*

Te esperaré hasta el amanecer
y lloraré cuando vengas
de haber llorado
de haber rezado al silencio
por haber llorado
por despedazarme otra vez
oh violeta pálida del silencio
oh colorido azul de la nada
único asesino, único resplandor
victoria pálida del silencio pálido
(Carnero lo dijo
                  en un mundo sin nada).

*

Ah, sol de la ceniza
de la ceniza al viento enredada
oh sombrero para el viento
para aullar en la manada.

*

El poema es sólo un fonema
a cuyos dientes la sombra de Cravan
enferma
en el aliento de otros ojos.

*

Y el poema
es sólo espuma contra el viento
espuma en la boca, últimos sonidos
antes que por la boca
se vaya el alma.

de Erección del labio sobre la página (2004)

Cuadro de Zdzisław Beksiński

Tłum. Ada Trzeciakowska

DIOGENES

Ach gniewie światła, cieple ekskrementów
które blade pojawiają się na stronie
gdzie błyszczą odchody, a w nich
rozpuszcza się świat
oh człowieku ty, który nie istniejesz
czuję głód
człowieka, nie człeka plugawego
lecz człowieka

*

«Jaka nieśmiertelna ręka lub oko
mogła stworzyć twą przerażającą symetrię
«.
Hymn do diabła autorstwa Williama Blake’a

Jakże doskonała jest sylwetka nieszczęścia
ręka diabła i zniszczenia
który w człowieka pluje, a w jego cieniu
mogącym więcej niż wiatr, więcej niż piana
okrutna na stronie
śliny.

*

O obłudny czytelniku, co jest we mnie, czego w tobie
nie ma, który z nas jest bardziej niegodziwy
jaki ciemny profil w kości słoniowej jest ryty
aby rozprawić się z człowiekiem raz na zawsze:
po tym jak umarł Bóg, martwy jest człowiek.

*

O kości słoniowa okrutności
doskonałej okrutności cienia
w którym człowiek znika
i nicość na nicości się wznosi
w pałacu, w którym nie mieszka człowiek.

*

Światło, które nigdy nie cierpi
PEDRO SALINAS

Schwytać człowieka
w sieci lustra
gdzie króluje nicość
nad zmierzchem wiatru.

*

Będę cię czekał aż po świt
i zapłaczę, gdy nadejdziesz
za sprawą przelanych łez
za sprawą modlitw do ciszy
za przelane łzy
za rozdarcie mnie znów na strzępy
o blady fiołku ciszy
oh barwny błękicie nicości
jedyny zabójco, jedyny blasku
blada wiktorio bladej ciszy
(Carnero powiedział to
                      w świecie bez nicości).

*

Ach, słońce z popiołów
z popiołów w wiatr zaplątanych
oh kapeluszu dla wiatru
by zawyć stadnie.

*

Wiersz jest tylko fonemem
w którego zębach cień Cravana
choruje
w oddechu innych oczu.

*

A wiersz
to tylko piana na wietrze
piana w ustach, ostatnie dźwięki
nim ustami
ucieknie dusza.

*

Y el poema
es sólo espuma contra el viento
espuma en la boca, últimos sonidos
antes que por la boca
se vaya el alma.

Félix Francisco Casanova

1956-1976, España (Santa Cruz de Tenerife)

Los viejos bosques

Oye, cuántos mares ahondé en su reflujo vesperal,
cuántas colinas bajo el azul, con mis
podencos mágicos, al chascar la yerba que me tuvo
con mi reina marina.
Devoré la ciudad de niños
meditabundos, los jardines con cuernos negros,
aún me veo en los espejos
sombra desdibujándose, los abanicos de
abuelitas enfermas, drogadas por
el vicio de la soledad.

Qué tristes todos los árboles que suben al monte
deshojados y con caras de viejos. El invierno
cubre el bosque con sus alas, las ratas amarillas
mueren con los pájaros en las cumbres.
Dónde están las piceas que trepé,
los bancos carcomidos por arañas, las alondras
roídas por los hilos del aire.

Qué pena cada plaza de la muerte,
las iglesias y el rifador,
las espumajosas calaveras.

Oye, qué vestuario usan las hojas del otoño y
qué viento las marea.
Indemnes las sangres que jóvenes intercambian y
graciosas sus palabras de pasión.
Paz. Al fondo, la noche de madera,
ya prisión húmeda. Los duendes
en las luces de cristal y el
verde susurrador. Es tiempo
para recordar qué hermoso fue
todo.

Felix Francisco Casanova. Collage propio.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Dawne lasy

Ej, ileż to mórz zgłębiłem w ich wieczornym odpływie,
ileż wzgórz pod błękitem, z mymi
magicznymi ogarami, gryząc trawę, która miała mnie
z moją królową mórz.
Pożarłem miasto medytujących
dzieci, ogrody o czarnych rogach,
wciąż widzę się w lustrach
zacierający się cień, wachlarze
schorowanych babć, odurzonych
nałogiem samotności.

Jakże smutne są wszystkie te drzewa co wspinają się na wzgórze,
opadły z nich liście i mają twarzach starców. Zima
przykrywa las swoimi skrzydłami, żółte szczury
umierają wraz z ptakami na szczytach.
Gdzież są te świerki, na które się wspinałem,
ławki pożarte przez pająki, skowronki
przeżarte przez nitki powietrza.

Jakże mi żal każdego placu umierania,
kościoły i siejący zamęt,
toczące pianę czaszki.

Ej, jakież to szaty wdziały jesienne liście i
cóż to za wiatr nimi buja.
Nieskalana jest krew, którą wymieniają się młodzi i
śmieszne są ich słowa namiętności.
Spokój. W głębi, drewniana noc,
już wilgotne więzienie. Duszki
w kryształowych światłach i
szepcząca zieleń. Nadszedł czas
wspomnień, jakże piękne było
wszystko.

Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

Nocturno

El cuarto, oscuro; y la ventana abierta
en la noche desnuda del estío.
El canto seco de la tierra ciega
es de cristal, y lo dicen los grillos;
hay un enjambre azul de altas estrellas
que no vuelan, y hay unos leves hilos
que nuestros ojos unen con belleza.
Desde mi ardiente soledad yo miro
las sombras de este cuarto, tan espesas,
y el campo no visible al que yo aflijo
con ese pensamiento del que vela
sabiéndose de carne. ¿Algo es mío?
Muy lejos, se reúnen las casas, son inciertas
y agrupadas sus luces junto al mar: hay un ritmo
de olas negras y sordas. La alegría gobierna,
en esos territorios, el vivir. Yo respiro
la oscuridad tan mía, mi vida no está cerca
del agua ni del cielo,
ni tampoco de aquello que deseo.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Nokturn

Pokój, ciemny; i okno otwarte
na nagą sierpniową noc.
Sucha śpiew ślepej ziemi
jest ze szkła, świerszcz tak szepcze,
jest i wysokich gwiazd rój niebieski
który nie potrafi latać, i nikłe nitki
które oczy nasze wiążą z pięknem.
Z żaru samotności zerkam
na cienie w tej izbie, tak gęste,
i na niewidoczne pole, które nękam
myślą bezsennego i śmiertelnego
śtworzenia. Czy coś jest moje?
Hen daleko, zbierają się domy, niepewne
ich światła stłoczone na brzegu: rytm wybijają
czarne i głuche fale. Na tym terenie
radość rządzi i życie. Oddycham
ciemnością tak bardzo moją,
me życie nie toczy się blisko
ani wody ani nieba,
ani też tego, czego bym pragnął.

Aurora Luque

1962 – , España

Sola en casa

Ya sólo soy fragmentos, piezas sueltas de mí,
pero no soy la mano que me une.
En la pantalla el mundo
me grita cuarteado,
feliz, amargamente,
cítricamente luminoso
con su necia alegría de refresco.
Sólo soy mis fisuras.
También el mundo es sólo sus fisuras.

Fotografía de Henri Senders y Rupert Harris

Tłum. Ada Trzeciakowska

Sama w domu

Jestem już tylko fragmentami, luźnymi cząstkami siebie,
ale nie jestem ręką, która mnie scala.
Z ekranu krzyczy do mnie
świat, poćwiartowany,
szczęśliwy, świetlisty
cytrusową goryczą,
niemądrą radością chłodzącego napoju.
Ja to moje rozdarte miejsca.
A świat ma swoje własne pęknięcia.

Aurora Luque

1962 – , España

Los puentes inflamables

A punto de cruzar
ese puente del medio del camino
cuando vas eligiendo malgré toi
los llamados placeres sencillos de la vida
-sabiendo que, en el fondo, te eligen a ti ellos,
te suman a su séquito caduco-
simplificas el cálculo del mundo: hasta de la belleza
que presumías tan incalculable.
Y descubres que todo se reduce
a viajar de lo mucho a lo muy menos,
de lo poblado al viento del desierto,
del exceso a lo escaso,
a declinar palabras consabidas
o a declinar sin más, intransitivamente,
a cambiar los magníficos plurales
por un acorralado singular
enarbolando alguna resistencia…

Los puentes inflamables
del medio del camino de la vida.

Foto propia

Tłum. Ada Trzeciakowska

Łatwopalne mosty

Przekroczywszy prawie
ów most w połowie drogi
kiedy wybierasz malgré toi
tak zwane proste przyjemności życia
– w głębi rzeczy świadom, że to one wybierają ciebie,
dodają cię do swej przebrzmiałej świty –
upraszczasz rachubę świata: nawet piękna
które brałeś za niemierzalne.
Odkrywasz, że wszystko ogranicza się
do podróży od wiele do o wiele mniej,
od zaludnionych ulic do pustynnego wiatru,
od nadmiaru do niedoboru,
do odmiany przez przypadki znajomych słów
lub do zaniku po prostu, nieprzejednanie,
do wymiany okazałych liczb mnogich
na osaczoną liczbę pojedyńczą
wywieszającą flagi oporu.

Łatwopalne mosty
na środku drogi życia.

Ada Salas

1965 – , España (Cáceres)

***

¿Para quien edifiqué torres?
Fernando de Rojas

A veces el error contra natura
la perla equivocada azul del sufrimiento
-cómo
decirle al corazón
ama lo que
te ama-. En la orilla
se pudren
las quillas de los barcos
-y digo
para quién
edificamos torres
-. Como lo que
rebosa
y que mancha el mantel
y sigue y continúa y hace un charco
como todo lo que es pensamiento
-y solo
pensamiento-
el amor como un lujo el amor se derrocha se da
a comer al olvido. Así como si no
supieras lo que es hambre
-así
como si no
muy terco y desde siempre-.
Bajo la superficie una fuerza que no puedes parar no se puede
parar
             -Ah,
lo que arrastra.

de Descendimiento (2018)

Fotogramas de La mujer del lago de Yoshishige Yoshida (1966)

Tłum. Ada Trzeciakowska

***

Dla kogo wzniosłem wieże?*
Fernando de Rojas

Czasami błąd wbrew naturze
błędna niebieska perła cierpienia
-jak
powiedzieć sercu
kochaj to, co
ciebie kocha. Na brzegu
butwieją
stępki łodzi
-i mówię
dla kogo
wznieśliśmy wieże
. Jak to co
przelewa się
i plami obrus
i płynie dalej i dalej i robi kałużę
jak wszystko, co jest myślą
-i tylko
myślą -.
miłość jak zbytek miłość się marnuje oddaje się
na pożarcie zapomnieniu. Tak jakbyś nie
wiedział co to głód
-taki
jakże by nie
uporczywy i odwieczny.
Pod powierzchnią siła, której nie możesz powstrzymać nie można
jej powstrzymać
             -Ah,
co porywa.

*Cytat z Celestyny, piętnastowiecznego dramatu uznawanego za pierwszą powieść

Ramón Andrés

1955 – , España (Pamplona)

LA CRÍTICA DE LA RAZÓN PURA
ABIERTA EN LA PÁGINA 46

Si decimos que el pájaro resume
las ramas al volar en su sonido,
si decimos
                que alguien junta el tiempo
para aprender que es vano conjugarlo,
es porque el pájaro no sabe
que el cielo es suyo y suyo es lo abierto;
podría sentir que sin aire
batiría más libre la distancia.
Y así pensamos lo anterior,
el recordarlo invierte la raíz
y hace que el fruto sea
                         nostalgia del adentro,
pues al nacer los árboles
                                       mueren
en la lluvia interior de su corteza,
lo mismo que las casas son declive
en la niebla que suman estos valles.
 
Podemos encontrarnos
en medio de algún nombre,
                                  decir qué pueblos
caben bajo las nubes de este frente
que entra por Legate,
qué parte es del quitar,
                             y cuál del ofrecer.
Esto lleva a hablar y a existir
lo menos en los días,
a mostrar que somos vacío,
                           como es vacío el cauce,
y no por ello dejan de crecer las cosechas,
como el viento es también vacío
          y no por ello olvida
despertar y esparcirnos por el mundo.

de Poesía reunida y aforismos

Tłum. Ada Trzeciakowska

KRYTYKA CZYSTEGO ROZUMU
OTWARTA NA STRONIE 46

Jeśli mówimy, że ptak zawiera w sobie
gałęzie, gdy wznosi się w ich szumie,
jeśli mówimy
                   że ktoś gromadzi czas
by nauczyć się, że próżno go wiązać,
to dlatego, że ptak nie wie
że niebo jest jego i jego jest to, co otwarte;
mógłby poczuć, że bez powietrza
swobodniej pokonałby odległość.
I w ten sposób myślimy o tym co powyżej,
Rozpamiętywanie odwraca korzeń
i sprawia, że owoc staje się
                nostalgią od wewnątrz,
bo rodząc się drzewa
                                   umierają
w wewnętrznym deszczu kory,
tak jak domy są zboczem
we mgle, którą dodają te doliny.

Możemy spotkać się
w połowie imienia,
                         powiedzieć, które wioski
zmieszczą się pod chmurami tego frontu
nadchodzącego od strony Legate,
jaką część trzeba ująć,
                          jaką oddać.
Co prowadzi do tego, że przemawia i istnieje
to czego w dniach ubywa,
pokazując, że jesteśmy pustką,
                               jak puste jest koryto rzeki,
a jednak zbiory nie przestają rosnąć,
tak jak i wiatr jest pustką
                 a jednak nie zapomina
budzić i rozpraszać nas po świecie.

Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

Recuerdo de la belleza humana

No la rosa, que existe en el olor,
ni el verso que ha entregado, en su milagro,
una invisible luz, y se hace el mundo,
ni el mar, que es un sólido espacio.

Dime si te destruye mi mirada,
tan suave como el aire,
posada como el tiempo.
¿Qué añade tu belleza a la belleza?
Si tú no hubieras sido, nada sería tú,
como el posible Dios es solo uno,
y mi mirada (el tiempo) te destruye.
Tu belleza es aún más:
puede darse a quien mira,
y hacerse humilde, y torpe, porque existo.
No se puede expresar desde esta vida,
pues no hay comparación, nada
que signifique lo que es.
Si acaso confesarte mi deseo
de ser yo tú,
y así ofrecerte al fin lo que mereces
cuando acercas tus manos a las mías:
saber que me mirabas con mis ojos.

Fotograma de Hiroshima Mon Amour de Alain Resnais

Tłum. Ada Trzeciakowska

wspomnienie ludzkiego piękna

Nie róża, która istnieje w zapachu,
ani wiersz, który przyniósł, jak cud,
niewidzialne światło, i staje się światem,
ani morze, które jest litą przestrzenią.

Powiedz mi, czy moje spojrzenie cię niszczy,
tak łagodne jak powietrze,
opadające jak czas.
Co dodaje twoje piękno do piękna?
Gdybyś nie istniała, nic nie byłoby tobą,
gdyż Bóg możliwy jest tylko jeden,
a moje spojrzenie (czas) cię niszczy.
Twoje piękno jest czymś więcej:
oddaje się temu, kto patrzy,
i staje się pokorne, i nieporadne, bo ja istnieję.
Nie można go wyrazić w tym życiu,
bo nie ma porównania, nic
co mogłoby oznaczać to, czym jest.
Jeśli już, to wyznałbym moje pragnienie:
chciałbym być tobą
i ofiarować ci wreszcie to, co tobie należne
gdy przysuwasz swoje ręce do moich:
świadomość, że patrzyłaś na mnie moimi oczami.

Javier Marías

1951-11 de septiembre 2022, España

Las despedidas

Tu rostro mañana

V. Veneno

(…) Nada. Sólo que son personas marcadas por sus episodios finales. Exageradamente señaladas por ellos, hasta el punto de que las definen o las configuran y casi anulan cuanto hicieron antes, aunque fueran cosas importantes y no las fueron las de Mansfield. Esas dos personas habrían tenido motivo para padecer de horror narrativo, como tú dijiste de Dick Dearlove, si hubieran sabido lo que las amenazaba a su término. Tanto John Kennedy como Jayne Mansfield habrían sufrido de su propio complejo, K-M según lo llamamos, si hubieran adivinado o temido sus respectivas muertes. (…)
—Supongo que también habría valido para el complejo el nombre de García Lorca. No sería el mismo en nuestra evocación, no se lo recordaría ni leería de igual modo si no hubiera muerto como murió, fusilado y arrojado a una fosa común por los franquistas, antes de cumplir los cuarenta. Buen poeta como fue, no se lo añoraría ni ensalzaría tanto.
—Desde luego, ese es otro caso bien nítido de final determinante, de muerte siempre presente que envuelve y arrastra al personaje —contestó Tupra sin hacerme demasiado caso; me pregunté si estaría suficientemente enterado de las circunstancias del asesinato—.
(..) En eso consiste el complejo Kennedy-Mansfield, en el temor a quedar marcado para siempre por la forma de terminar, desvirtuado, y a que la vida entera parezca haber sido sólo un trámite, un pretexto, para llegar a un acabamiento chillón que nos retratará eternamente. Ese peligro, ojo, lo corremos todos, aunque no seamos personajes públicos sino individuos oscuros, anónimos y secundarios. Cada cual asiste a su relato, Jack. Tú al tuyo y yo al mío.
—Pero no siempre es temor, lo que hay a eso —dije—. Hay quienes desean y buscan finales así, escénicos, espectaculares, incluso con recursos sólo verbales si no tienen otros a mano. No sabes cuántos escritores se han esmerado para pronunciar una memorable última frase. Aunque sea difícil de calcular cuál va a ser de verdad la última, y más de uno la haya malgastado, al precipitarse y hablar a destiempo. Luego ya no se le ha ocurrido nada, o ha soltado una majadería, en el momento extremo.
—Oh sí, oh bueno. Siempre es temor. El que ansía ese final llamativo es porque teme no estar a la altura de su reputación, o de su grandeza, asignada por otros o por sí mismo a solas, qué más da. Aquel que siente el horror narrativo, según tus términos, como Dick Dearlove según tu criterio, teme que se le estropee la figura, o el cuento que se ha ido contando, tanto como el que se prepara un desenlace brillante y hasta teatral y hasta excéntrico, eso depende del carácter de cada uno y de la índole del borrón, que algunos confundirán con rúbrica, y la muerte es borrón siempre. Porque no es lo mismo matar a alguien que suicidarse que ser muerto por alguien. Ser verdugo que desesperado que víctima, ni víctima heroica que víctima estúpida. Dentro de lo malo de morir antes de tiempo, y además a lo bestia, a la Jayne Mansfield viva no le habría parecido desdeñable su leyenda de muerta, aunque sin duda habría preferido no llevar peluca en aquel viaje. Y no creo que vuestro Lorca ni aquel cineasta italiano rebelde y provocador, Pasolini, hubieran quedado insatisfechos del todo de la clase de borrón que les tocó en suerte, desde un punto de vista estético, o de nuevo narrativo si quieres. Eran artistas y eran algo exhibicionistas, y sus memorias se han visto beneficiadas por sus muertes injustas y violentas, casi asimilables al martirio, ¿no? Quiero decir por parte de los palurdos. Tú y yo sabemos que ni uno ni otro se sacrificaron por nada a conciencia, sólo tuvieron mala suerte.
Tupra había empleado dos veces la palabra ‘chusma’ y ahora hablaba de ‘palurdos’ (pero ya no recuerdo si lo que dijo fue ‘boors’ o ‘yokels’). ‘No debe de tener en mucho a la gente’, pensé, ‘para que le salgan esos vocablos con tanta facilidad y desenvoltura, y con desprecio natural, no subrayado. Aunque en el último esté incluyendo a personas cultas y cursis, desde biógrafos hasta periodistas, sociólogos, literatos e historiadores, a cuantos en efecto ven como mártires de causas políticas y aun sexuales a aquellos dos asesinados célebres, aún más célebres por sus asesinatos. Reresby no debe de considerar gran cosa la muerte, no le parecerá extraordinaria; tal vez por eso me ha preguntado por qué no se puede ir por ahí administrándola, quizá la juzgue un azar más y el azar él no lo niega ni lo detesta, ni requiere explicaciones para las cosas todas, a diferencia de la gente tonta, que necesita ver signos y concatenaciones y vínculos por todas partes. Puede que deteste tan poco el azar que no le importe fundirse en él de vez en cuando, y erigirse en Sir Death con su espada, y hacerse siervo del eficaz siervo. Él debió de ser un palurdo algún día, o mucho tiempo.’
—Tú no tienes en mucho a la gente, ¿verdad? —le dije—. Tú no tienes en mucho a la muerte. A la muerte de la gente. (…)
—Ahora por fin vas llegando —me contestó, y eso me hizo pensar otra vez que me conducía, hasta cuando era yo el que le pedía cuentas era él quien conducía. Mal acusado y mal testigo. Me miró con complacencia desde sus ojos azules o grises, desde sus pestañas como medias lunas, el fuego les prestaba brillo—. Ahora vas a volverme a hacer reproches, por qué he hecho lo que he hecho y todo eso. Eres de tu época, Jack, demasiado de tu época, y eso es lo peor que puede ser uno, porque se pasa mal si uno sufre por lo que sufren todos, no hay resquicio cuando todo el mundo está de acuerdo y ve lo mismo, y da importancia a las mismas cosas, y las mismas le parecen graves y las mismas insignificantes. En la unanimidad no hay claridad ni hay respiro, no hay ventilación, ni en el lugar común tan compartido. Uno tiene que salirse de eso para vivir mejor, más cómodo. También más de verdad, sin la adherencia del tiempo en el que ha nacido y en el que va a morir, nada oprime tanto, nada nubla como ese sello. Hoy se da enorme importancia a la muerte individual, se hace una falsa tragedia por cada persona que muere, más aún si es con violencia, más aún si es asesinada; aunque el pesar luego dure poco, y la condena: nadie viste ya de luto y eso es por algo, rápido el llanto pero más veloz el olvido. Hablo de nuestros países, claro, en otros sitios de la tierra no se ve así, qué remedio les queda, si en ellos tienen las muertes incorporadas al transcurrir del día. Pero aquí es cosa tremenda, en el instante al menos. Tal persona ha muerto, qué horrible desgracia; tantas se han estrellado o han volado por los aires, qué catástrofe, o qué infamia. Los políticos tienen que multiplicarse para asistir a funerales y entierros y no hacer de menos a nadie, el agudo dolor, o es el soberbio, los reclama como ornamento, porque consuelo no dan ni pueden darlo, es todo aparatosidad, aspaviento, vanidad y rango. De los vivos, el rango, pomposos y exagerados. Y sin embargo, si bien se piensa, ¿qué derecho tendríamos, cuál es el sentido de quejarnos y montar un drama con algo que ha visitado a todo bicho viviente para convertirlo en bicho muerto? ¿Qué puede haber tan grave en eso, en algo tan sumamente natural, tan corriente? (…) Hace falta que algunos no tengamos en mucho a la muerte. A la muerte de la gente, como has dicho con escándalo, te lo he notado pese al tono neutro, buen disimulo pero insuficiente. Conviene que algunos nos salgamos de nuestra época y miremos como en tiempos más recios, los pasados y los futuros (porque volverán, te lo aseguro, aunque no sé si tú y yo los veremos), para que no nos pase colectivamente lo que dijo un poeta francés: ‘Par délicatesse j’ai perdu ma vie’. —Y se molestó en traducírmelo, ahí vi un resto del palurdo atrás dejado—: ‘Por delicadeza he perdido la vida’.
(…) El mal menor. Así que Tupra pertenecía a esos hombres inconfundibles que siempre han existido y que también conozco en mi tiempo, son siempre tantos. A los que se justifican diciendo: ‘Fue necesario y evité así un mal mayor, o eso creía; otros se habrían encargado de hacer lo mismo, sólo que con mucha más crueldad y más daño. Maté a uno para que no mataran a diez, y a diez para que no mataran a cien, no me corresponde el castigo, sino que merezco un premio’. O bien a los que responden: ‘Fue necesario, defendía a mi Dios, a mi Rey, mi patria, mi cultura, mi raza; mi bandera, mi leyenda, mi lengua, mi clase, mi espacio; mi honor, a los míos, mi caja fuerte, mi monedero y mis calcetines. Y en resumen, tuve miedo’. El miedo, que exculpa tanto como el amor, del que es tan fácil decir y creer ‘Es más fuerte que yo, no está en mi mano evitarlo’, o que permite recurrir a la frase ‘Es que yo te quiero tanto’, como explicación de los actos, como coartada o disculpa o atenuante. Quizá pertenecía incluso a los que aducirían: ‘Ah no, fue la época, quien no la haya vivido no puede entenderlo. Ah no, fue el lugar, era malsano, era oprimente, quien no haya estado allí no puede ni figurarse nuestra enajenación y su hechizo’. No sería, en cambio, al menos, de los que escurrirían todo el bulto, él nunca pronunciaría estas otras palabras: ‘Oh no, yo no quería, yo fui ajeno, ocurrió sin mi voluntad, como en las humaredas tortuosas del sueño, eso fue cosa de mi vida teórica o entre paréntesis, de la que en realidad no cuenta, no pasó más que a medias y sin mi consentimiento pleno’. No, Tupra no llegaría a esa bajeza a la que yo sí he llegado a veces, para contarme algunos pasos. Pero entonces preferí no adentrarme en estos aspectos, sino que contesté a lo último que me había dicho.

Tłum. Ewa Zaleska

Twoja twarz jutro

V. Trucizna

– Nic. To tylko dwoje ludzi naznaczonych przez sposób, w jaki zakończyli życie. Przesadnie naznaczonych, do tego stopnia, że ten koniec ich określa, nadaje im kształt i przez to unieważnia wszystko, co zdziałali wcześniej, choćby dokonali ważnych rzeczy, co akurat nie dotyczy Mansfield. Gdyby ci dwoje wiedzieli, jaki grozi im koniec, mieliby prawo poczuć horror narracyjny, jak się wyraziłeś o Dicku Dearlovie. Zarówno John Kennedy, jak i Jayne Mansfield cierpieliby na własny kompleks, ten nazwany przez nas K-M, gdyby mogli przewidzieć, jak każde z nich umrze, albo gdyby się takiej śmierci obawiali.
(…) Przypuszczam, że ten kompleks można by też nazwać nazwiskiem Garcii Lorki. Nie byłby tym, kim jest w naszych wspomnieniach, nie pamiętalibyśmy go ani nie czytali tak samo, gdyby nie umarł tak, jak umarł, rozstrzelany i wrzucony do zbiorowej mogiły przez frankistów, nim skończył czterdzieści lat. Mimo że był bez wątpienia dobrym poetą, nie byłby tak opłakiwany ani wychwalany.
– Bez dwóch zdań, to kolejny klarowny przykład śmierci naznaczającej życie, śmierci stale obecnej, która spowija człowieka i pociąga za sobą – odparł Tupra, nie zwracając na mnie większej uwagi; zastanowiłem się, ile może wiedzieć o okolicznościach śmierci Lorki. –
(…) Na tym polega kompleks Kennedy’ego–Mansfield, to strach, by nie zostać naznaczonym i na zawsze zniekształconym przez sposób, w jaki się umiera, strach, by całe życie nie okazało się czczą formalnością, pretekstem na drodze do głośnego końca, który określi nas już na wieki. Takie niebezpieczeństwo – uwaga – grozi nam wszystkim, nawet jeżeli nie jesteśmy osobami publicznymi, lecz skrytymi w cieniu, anonimowymi i mało ważnymi postaciami. Każdy jest świadkiem własnej opowieści, Jack. Ty swojej, a ja swojej.
– Ale nie każdy obawia się takiego końca – powiedziałem. – Niektórzy pragną i szukają śmierci teatralnej i widowiskowej, nawet jeżeli robią to środkami tylko werbalnymi z braku innych. Nie masz pojęcia, ilu pisarzy starało się wydać z siebie jakieś pamiętne ostatnie zdanie. Trudno rzecz jasna przewidzieć, które naprawdę będzie tym ostatnim, niejeden się zbłaźnił nadmiernym pośpiechem i zabraniem głosu w niewłaściwym czasie. A potem już nic ważnego nie przyszło mu do głowy albo w ostatniej chwili palnął jakiś nonsens.
– Tak, zgoda, ale to i tak wynika ze strachu. Ktoś, kto pragnie widowiskowego końca, boi się, że nie dorasta do reputacji, jaką się cieszy, albo do wielkości z nadania innych lub własnego, wszystko jedno. Ten, kto odczuwa horror narracyjny, by użyć twego określenia, tak jak według ciebie odczuwa go Dick Dearlove, tak samo obawia się zniszczenia swego obrazu albo opowieści, którą snuje na swój temat, jak ten, kto planuje swój znakomity teatralny albo ekscentryczny koniec, to zależy od indywidualnego charakteru i od natury tej plamy, którą część ludzi weźmie za ozdobnik, ale śmierć zawsze jest plamą. Bo to nie to samo zabić kogoś, zostać zabitym i popełnić samobójstwo. Nie to samo być katem, kimś oszalałym z rozpaczy i ofiarą, albo być ofiarą bohaterską i głupią. Oczywiście nigdy nie jest dobrze umrzeć przedwcześnie, a jeszcze gorzej jest umrzeć głupio, ale żywa Jayne Mansfield uznałaby za niezłą tę legendę o własnej śmierci, aczkolwiek wolałaby pewnie nie mieć w niej na głowie peruki podczas owej feralnej podróży. Nie sądzę też, żeby wasz Lorca albo ten obrazoburczy prowokujący włoski reżyser, Pasolini, byli tak do końca niezadowoleni – z estetycznego lub jeśli wolisz, narracyjnego punktu widzenia – z rodzaju tej plamy, jaka im przypadła w udziale. Byli artystami i mieli w sobie pewien ekshibicjonizm, ich niesprawiedliwa i tragiczna, niemal męczeńska śmierć dobrze się przysłużyła pamięci o nich, nie sądzisz? Mam na myśli pamięć kmiotków. Ty i ja wiemy, że ani jeden, ani drugi nie poświęcili się świadomie w imię niczego, po prostu mieli pecha.
Tupra dwukrotnie użył wcześniej słowa „motłoch”, a teraz mówił o „kmiotkach” (już nie pamiętam, czy po angielsku użył słowa „boors” czy „yokels”). Nie poważa zanadto ludzi, pomyślałem, skoro podobne słowa przychodzą mu z taką łatwością i dezynwolturą, i z naturalną beznamiętną pogardą. Jakkolwiek do tej drugiej kategorii zalicza i wykształconych, i prostaków, poczynając od biografów po dziennikarzy, socjologów, literatów i historyków, wszystkich, którzy istotnie widzą w tych dwóch zamordowanych znakomitościach, przez te morderstwa jeszcze znakomitszych, męczenników ze względów politycznych, a nawet seksualnych. Reresby nie poważa śmierci, ona nie wydaje mu się niczym niezwykłym; może właśnie dlatego zapytał mnie, dlaczego nie można zabijać, może sądzi, że i śmierć jest kwestią przypadku, a on przecież nie neguje istnienia przypadku ani go nie ma w pogardzie, on, w odróżnieniu od ludzi głupich dopatrujących się wszędzie znaków, następstw i powiązań, nie domaga się, by wszystko miało swoje wytłumaczenie. Możliwe, że z powodu swej bardzo nikłej niechęci do przypadku nie ma nic przeciwko temu, by od czasu do czasu łączyć z nim swe siły i przybierać postać Kawalera Śmierci z mieczem, i być sługą wydajnego sługi. Sam musiał być kiedyś kmiotkiem, możliwe, że przez dłuższy czas.
– Nie poważasz ludzi, prawda? – odezwałem się. – Nie poważasz śmierci. Ludzkiej śmierci. (…)
– Teraz wreszcie docierasz – odpowiedział i to znowu nasunęło mi myśl, że mnie dokądś prowadzi, dopóki ja domagałem się wyjaśnień, to on mnie prowadził. Zły podsądny i zły świadek. Zadowolony z siebie popatrzył na mnie niebieskimi albo szarymi oczyma spod rzęs w kształcie półksiężyca lśniących w blasku ognia. – Teraz zaczniesz znowu robić mi wyrzuty, pytać, dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem, i tak dalej. Jesteś aż do przesady wytworem swoich czasów, Jack, to najgorsze, co może się człowiekowi przytrafić, nie ma lekko, jeżeli cierpi się z tych samych powodów, z jakich cierpią wszyscy, brak pola do manewru, gdy wszyscy się ze sobą zgadzają i widzą to samo, i przykładają wagę do tych samych spraw, te same wydają im się poważne i te same błahe. W jednomyślności brakuje światła i przestrzeni na oddech, i wentylacji, podobnie jak w miejscu, gdzie znajduje się naraz wiele ludzi. Człowiek musi stamtąd uciec, żeby żyć lepiej, wygodniej. A także prawdziwiej, nie tkwiąc w pułapce czasu, w którym się urodził i w którym umrze, nic tak nie ogranicza, nie zaciemnia bardziej perspektywy niż jego znamię. W dzisiejszych czasach przywiązuje się ogromną wagę do jednostkowej śmierci, robi się wielki dramat z powodu każdej zmarłej osoby, a już szczególnie jeżeli zmarła gwałtownie albo została zamordowana; następujący potem żal albo kara trwają jednak krótko; dziś nikt już nie chodzi w żałobie i z czegoś to wynika, szybko płaczemy, ale jeszcze szybciej zapominamy. Mówię, rzecz jasna, o naszych krajach, gdzie indziej na świecie to wygląda inaczej, ale tam nic innego ludziom nie pozostaje, bo tam śmierć jest codziennością. Tu jednak jest czymś okropnym, przynajmniej w chwili, gdy się wydarza. Ten i ten umarł, jakie straszne nieszczęście; tylu i tylu zginęło w katastrofie albo rozerwała ich na strzępy jakaś eksplozja, jakie to potworne, jakie niegodziwe. Politycy muszą dwoić się i troić, żeby uczestniczyć w ceremoniach pogrzebowych i pochówkach, żadnego nie pominąć, wielki ból, a może pycha domaga się ich obecności jako ornamentu, ta obecność nie przynosi pociechy, bo nie może jej przynieść, wszystko wynika z nadęcia, pozerstwa, próżności i rangi. Rangi żyjących, napuszonych i przewrażliwionych na własnym punkcie. A przecież jeśli dobrze pomyśleć, jakim prawem tak postępujemy? Jaki ma sens narzekać i robić tragedię z czegoś, co przytrafia się każdemu żywemu stworzeniu, żeby mogło się stać martwym stworzeniem? Co jest strasznego w czymś tak całkowicie naturalnym, tak zwyczajnym? (…) Trzeba, by niektórzy z nas nie poważali śmierci. Ludzkiej śmierci, jak powiedziałeś oburzony, zauważyłem to mimo twego neutralnego tonu, dobrze udajesz, ale niewystarczająco dobrze. Ważne, żeby niektórzy wznieśli się ponad ograniczenia naszej epoki i spojrzeli na to jak w odległych dla nas czasach, minionych i przyszłych (bo takie czasy wrócą, zapewniam cię, choć nie wiem, czy ty i ja ich dożyjemy), by nie stało się naszym zbiorowym udziałem coś, o czym pisał pewien francuski poeta: „Par délicatesse j’ai perdu ma vie”. – I pofatygował się, by przetłumaczyć mi to zdanie, dostrzegłem w tym jakąś cechę dawnego kmiotka: – „Zmarnowałem życie przez delikatność”.
(…) Mniejsze zło. A więc Tupra należał do tej aż za dobrze znanej kategorii ludzi, jaka istniała od zawsze, ja znam kilku takich ludzi w moich czasach, nigdy ich nie brak. Mówią na swoje usprawiedliwienie: „Musiałem tak postąpić, żeby uniknąć większego zła, albo tak mi się wydawało; inni zrobiliby to samo, tylko z dużo większym okrucieństwem i wyrządzając więcej krzywdy. Zabiłem jednego, żeby nie zabito dziesięciu, i zabiłem dziesięciu, żeby nie zabito stu, nie zasługuję na karę, lecz należy mi się nagroda”. Albo twierdzą: „Musiałem tak postąpić, broniłem Boga, mego króla, ojczyzny, mojej kultury, języka, rasy; mego sztandaru, mojej legendy, języka, klasy, mojej przestrzeni; mego honoru, rodziny, mego sejfu, portmonetki i moich skarpetek. I krótko mówiąc, bałem się”. A strach rozgrzesza tak samo jak miłość, o której tak łatwo powiedzieć z pełnym przekonaniem: „Jest silniejsza ode mnie, nie potrafię przed nią uciec”, albo posłużyć się zdaniem: „Przecież tak bardzo cię kocham” na wytłumaczenie naszego postępowania, służy za alibi, wymówkę i okoliczność łagodzącą. Możliwe, że był też jednym z tych, którzy utrzymują: „Ach, nie, takie to były czasy, kto wtedy nie żył, nie może tego zrozumieć. Ach, nie, takie to było miejsce, niezdrowe, przygnębiające, kto tam nie był, nie potrafi sobie nawet wyobrazić naszego poczucia wyobcowania, złego czaru, jaki na nas rzuciło”. Z drugiej strony nie należał przynajmniej do ludzi, którzy się wykręcają, on nigdy nie wypowiedziałby takich słów: „Och, nie, ja nie chciałem tego zrobić, nic nie wiedziałem, to wydarzyło się wbrew mej woli, jak za zasłoną dymną snu, to zdarzyło się w moim życiu teoretycznym albo tym w nawiasie, które tak naprawdę się nie liczy, działo się tylko w połowie i bez mojej pełnej zgody”. Nie, Tupra nie posunąłby się do tego typu żałosnych wymówek, do jakich mnie zdarzyło się czasem posunąć, żeby usprawiedliwić niektóre zdarzenia w moim życiu. Jednakże wtedy wolałem nie zagłębiać się w te sprawy, odpowiedziałem tylko na ostatnią kwestię, którą do mnie skierował.

Olvido García Valdés

1950 – , España

***Levanta los ojos y pájaros

Levanta los ojos y pájaros, por azar,
cruzan el cielo y es del aire
su ausencia. La luz que nos alivia,
era de azar y noche
aquella claridad, un cantar que venía
sin música, porque era dentro
la música. Y breve. Se va viviendo
dentro de los ojos. Alarga
la polilla como un pavo
ceniza su abanico. Anima II. Lo que fue
del amor, ojo y patitas. Vio tesoros
de luz, donde están la nieve
y el granizo y el rocío y la lluvia
. Un vaso
de cristal, la penumbra en suspenso.
                                                                   Dime,
ven esta noche a mi sueño un instante,
ven que te oiga, con levísimas flores
madruga hasta mí por el silbido
del mirlo, ya que toda tu vida fue de estricta
(penosa, enferma) actividad, salvo estos años
(alma del corazón, cantares) últimos.

De La poesía, ese cuerpo extraño. Antología

Fernando Zóbel (1924-1984)

Tłum. Ada Trzeciakowska

***Podnosi oczy i ptaki

Podnosi oczy i ptaki, przez przypadek,
przecinają niebo, i do powietrza należy
ich nieobecność. Światło, które nas koi,
z przypadku i nocy była
tamta jasność, pieśnią, który napłynęła
bez muzyki, bo od wewnątrz była
muzyką. I krótką. Odpływa wciąż żyjąc
wewnątrz oka. Wydłuża
ćmę jak indyk
popieli swój wachlarz. Anima II. To, co było
z miłości, oka i łapek. Widział klejnoty ze
światła, tam, gdzie padał śnieg
i grad, rosa, i deszcz.
Szklane
naczynie, półmrok w zawieszeniu.
                                                            Powiedz,
przyjdź tej nocy do mego snu na chwilę,
przyjdź, bym mogła cię usłyszeć, z najbledszymi kwiatami
przyjdź o świcie poprzez gwizdanie
kosa, skoro całe twoje życie było ścisłym
(żałosnym, chorym) działaniem, oprócz tych lat
(duszy serca, pieśni) ostatnich.

Blanca Andreu

1959 – , España

Recomiendo leer esta magnífica entrevista:

(…) La fama de Blanca Andreu estalla en 1980. Un día, en época de exámenes, Andreu, estudiante gallega de segundo curso de Filología Hispánica en la Universidad Complutense de Madrid, tiró a la papelera todos los poemas que había escrito en las últimas semanas. Estaba exhausta. No había estudiado nada, y su obra la veía “horrorosa”. Un amigo suyo (¿Francisco Umbral? “Prefiero no decir el nombre de ese amigo”) pidió permiso para cogerlos y leerlos. La chica, pálida, delgada y guapa, le dijo que hiciese lo que le diese la gana. Ese amigo leyó deslumbrado los poemas, los ordenó y les puso un título, De una niña de provincias que se vino a vivir en un Chagall, para enviarlos a espaldas de su autora a uno de los premios de poesía en castellano más prestigiosos del mundo, el Adonáis, de Ediciones Rialp. Un miembro del jurado llegó a pedir que se retirase el poemario del concurso porque estaba hecho “una porquería”, según le contaron a la propia autora, “con manchas de café y de todo”. Pero al final, Luis Jiménez Martos, José García Nieto, Claudio Rodríguez, Rafael Morales y Rafael García García le dieron el premio por ser “audaz, muy imaginativa en la palabra, valiente en el lenguaje y creadora de un mundo poético que parece pertenecerle a ella sola”. El poemario exhibe un surrealismo desatado e insólito en España entonces. Más de 40 años después, está considerado como uno de los libros capitales de la poesía en español.

Yo te di huesos de palomas rojas…

                                              Los muertos odian el número dos.                                                                                     F. García Lorca 

Yo te di huesos de palomas rojas
de palomas que alientan dentro de los rasguños
desdeñoso licor de herida
pequeño peldaño de muerte

Atrapé las palomas que habitaban en la sangre alterada
                                                                de los niños perversos
robé vuelos morados
vuelos de adelfa y alarido
vuelos de arteria y arañazo
espejos
fiestas
del jacintos del sur

Yo te di huesos de palomas muy pequeñas
astrolabios de tierno esqueleto
guías luciérnagas y otras luces nerviosas
para que oyeras cómo el fósforo declama los viejos versos
                                                                              del número par
para anclarte a mi noche
para anclarte a mi noche con la cal delicada

Yo te di huesos
anclas pequeñitas
para que te encallaras en la sal de las puertas
y dije las palabras que así existen
filtros de Melibea
brujas líquidas
o la voz fuerte de Rilke el poeta:
                                                         retenle
sí, retenle.

Fotografías: Laura Makabresku

Tłum. Ada Trzeciakowska

DAŁAM CI KOŚCI CZERWONYCH GOŁĘBI…


                                              Umarli nienawidzą liczby dwa.
                                                                                    F. García Lorca 

Dałam ci kości czerwonych gołębi
gołębi, które oddychają wewnątrz zadrapań
wzgardliwy likier rany
mały schodek śmierci

Złapałam gołębie zamieszkujące zepsutą krew
                                                                 przewrotnych dzieci
ukradłam fioletowe loty
loty oleandru i krzyku
loty arterii i rysy
lustra
święta
hiacyntów z południa

Dałem ci kości maleńkich gołębi
astrolabia z tkliwych szkieletów
świetliki przewodnie  i inne unerwione światła
abyś posłuchał, jak fosfor deklamuje stare wersy
                                                                             parzystej liczby
by zakotwiczyć cię w mojej nocy
by zakotwiczyć cię w mojej nocy delikatnym wapnem

Dałam ci kości
maleńkie kotwice
abyś osiadł na mieliźnie soli drzwi
i wypowiedziałam słowa, które istnieją w ten sposób
miłosny napój Melibei
wiedźmy w płynie
lub głęboki głos poety Rilkego:
                                                         zatrzymaj go
tak, zatrzymaj go.

Anxo Pastor

1959- , España (Pontevedra)

ir hacia un fresno

conoces el secreto
y lo olvidas mientras
salta un mirlo a tus pies
y levanta la hierba con su pico
y levanta oscuridad
tú dentro del afuera
de las cortezas, de los surcos
de los mapas que deja el aire
en tu tronco
surcos inmensos, innombrables
de música, de arabescos
que ha dejado el aire el aire
que sostienes sobre
tu mesa inmensa de hojas

Collage propio

Tłum. Ada Trzeciakowska

idąc w stronę jesionu

znasz tajemnicę
i zapominasz ją, gdy
u twoich stóp podskakuje kos
i podnosi dziobem źdźbła trawy
i zgarnia ciemność
ty wewnątrz zewnętrznej warstwy
kory, bruzd
map, które powietrze pozostawia
na twoim pniu
ogromne, niewyrażalne bruzdy
muzyki, arabesek
pozostawionych przez powietrze
które podtrzymujesz nad
swym bezkresnym stołem z liści

Francisco Brines

1932 – 2021, España (Oliva)

EL PORQUÉ DE LAS PALABRAS

A Fernando Delgado

No tuve amor a las palabras;
si las usé con desnudez, si sufrí en esa busca,
fue por necesidad de no perder la vida,
y envejecer con algo de memoria
y alguna claridad.

Así uní las palabras para quemar la noche,
hacer un falso día hermoso,
y pude conocer que era la soledad el centro de este mundo.
Y solo atesoré miseria,
suspendido el placer para experimentar una desdicha nueva,
besé en todos los labios posada la ceniza,
y así pude aceptar la cobardía porque era fiel y era digna del hombre.

Hay en mi tosca taza un divino licor
que apuro y que renuevo;
desasosiega, y es
                            remordimiento;
tengo por concubina a la virtud.
No tuve amor a las palabras,
¿cómo tener amor a vagos signos
cuyo desvelamiento era tan solo
despertar la piedad del hombre para consigo mismo?
En el aprendizaje del oficio se logran resultados:
llegué a saber que era idéntico el peso del acto que resulta de lenta reflexión y el gratuito,
y es fácil desprenderse de la vida, o no estimarla,
pues es en la desdicha tan valiosa como en la misma dicha.

Debí amar las palabras;
por ellas comparé, con cualquier dimensión del mundo externo:
el mar, el firmamento,
un goce o un dolor que al instante morían;
y en ellas alcancé la raíz tenebrosa de la vida.
Cree el hombre que nada es superior al hombre mismo:
ni la mayor miseria, ni la mayor grandeza de los mundos,
pues todo lo contiene su deseo.

Las palabras separan de las cosas
la luz que cae en ellas y la cáscara extinta,
y recogen los velos de la sombra
en la noche y los huecos;
mas no supieron separar la lágrima y la risa,
pues eran una sola verdad,
y valieron igual sonrisa, indiferencia.
Todo son gestos, muertes, son residuos.

Mirad el sigiloso ladrón de las palabras,
repta en la noche fosca,
abre su boca seca, y está mudo.

Jerry Uelsmann (1934-2022, Estados Unidos)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Dlatego Słowa

Dla Fernando Delgado

Nie żywiłem miłości do słów;
jeśli używałem ich otwarcie, jeśli cierpiałem w tym poszukiwaniu,
to tylko po to, by nie stracić życia,
i zestarzeć się z okruchem pamięci
i odrobiną jasności.

Tak złączyłem słowa, by noc spłonęła
a dzień nastał piękny i fałszywy
i tak dowiedziałem się, że to samotność była ośrodkiem świata.
A ja zaś gromadziłem tylko nędzę,
zawiesiwszy przyjemność, by doświadczyć nowego nieszczęścia,
scałowaływałem ze wszystkich warg osiadły popiół,
i tak oto uznałem bojaźń, bo była wierna i godna człowieka.

Chropowaty kubek kryje boski trunek,
wychylam go i napełniam ponownie;
budzi niepokój i jest
                                       wyrzutem sumienia;
za konkubinę mam cnotę.
Nie żywiłem miłości do słów,
jak kochać mgliste znaki
których odsłanianie było jedynie
budzeniem litości nad samym sobą?
Terminując w zawodzie osiąga się rezultaty:
zrozumiałem, że taka sama jest waga czynu wynikającego z powolnej
refleksji i tego próżnego,
i łatwo żyć w oderwaniu od życia, albo go nie szanować,
bo w nieszczęściu jest ono równie cenne jak w czasie szczęśliwym.

Powinienem był kochać słowa;
przez nie porównywałem, z dowolnym wymiarem świata zewnętrznego:
morze, niebieski firmament,
rozkosz lub ból, które momentalnie obumierały;
i dzięki nim dosięgnąłem tenebrowego korzenia życia.
Człowiekowi wydaje się, że nic nie przewyższa samego człowieka:
ani największa nędza, ani największa świetność światów,
bowiem wszystko to zawiera się w jego pragnieniu.

Słowa oddzielają od rzeczy
światło, które na nie pada, i wygasłą skorupę,
i zbierają zasłony cienia
w nocy i rozpadlinach;
lecz nie zdołały oddzielić łez od śmiechu,
jedną prawdą będąc,
zasługując na ten sam uśmiech, zobojętnienie.
Wszystko to puste gesty, śmierci, marne resztki.

Spójrzcie, jak skrada się złodziej słów,
jak pełza w mroku nocy,
otwiera swe suche usta, jest niemy.

Aníbal Núñez

1944 – 1987, España

PRIMAVERA SOLUBLE

Pétalos de manzano por la fragilidad de su perfume
la arena que la lluvia tamiza en las vaguadas
enojo padecía.
Manos que palidecen si cae en ellas bronce
música que los ríos en las noches tejieron
bálsamo de tu voz. Cuando hablas de los pinos.

Fotografía de Dmitry Rogozhkin

Tłum. Ada Trzeciakowska

Rozpuszczalna Wiosna

Płatki jabłoni przez swą wonną ulotność
piasek, który przesiewa deszcz w łożysku rzeki
kipiał gniewem.
Ręce bielejące gdy spadnie na nie brąz
muzyka, którą nocami utkały rzeki
twojego głosu balsam. Gdy mówisz o sosnach.

Aníbal Núñez

1944 – 1987, España

En Primavera soluble, la identificación de la palabra con lo natural conlleva su disolución en la naturaleza y la propuesta de una poética sin orden, concebida desde un imprevisible azar. Se trata de formas proteicas cuya conformación ofrece un ámbito en el que las palabras, como las cosas o los objetos, son y ya no quieren decir. Se accede a mostrar sólo el desarraigo existencial de un sujeto que ha desbaratado el simulacro del lenguaje y al que le han sido reveladas las condiciones de su fugaz paso por la vida: belleza y verdad no proceden de un orden establecido por la cultura, sino de ese otro material para el cual el lenguaje no sirve, aunque es necesario. En sus últimos libros, la vida no emana de la descripción realista o de la exactitud científica, mucho menos de la preconizada por ideologías o creencias, sino de una esclarecedora revelación poética. Y, no obstante, se asume la imposibilidad de una conexión con ella fuera del lenguaje. En el poema titulado «Vieja dedicatoria», el autor reflexiona sobre ello a la luz de una comprensión profunda de un desarraigo existencial que no encuentra su reflejo en la escritura: «Por mis palabras indefensas nunca / vas ni ibas tú». Es éste un verso esclarecedor de la derrota, al erigir una palabra poética exterior al sujeto. (…) A pesar de esta derrota, algo sí ha conseguido el poeta: que la palabra haga coincidir su silencio con el ocaso del sol y con la hermosa clausura de su luz.

Vicente Vivez Pérez La palabra inexpugnable (Tesis doctoral)

vieja dedicatoria

Por esa veta gris en una perla
donde incendia la luz del occidente
un paisaje tras otro, una tras otra gema,
busqué fuentes y hallé, topé con valles
me perdí, vi el antiguo camino, eludí aldeas
y quise cabalgar. Te recordé sentado
junto al refugio de la salamandra.

Por mis palabras indefensas nunca
vas ni ibas tu. Este ocaso es casi tu silencio
y un latido en tus sienes deshace la belleza.

No como el tiempo que segó la sangre:
como una luz vivísima que mueve
la destrucción de todos los horizontes frágiles
para vibrar imperceptible sobre
el sol, el agua, los atardeceres.

Fotografía de Olga Trzeciakowska

Tłum. Ada Trzeciakowska

Dawna dedykacja

Poprzez szarą żyłkę w perle
tam gdzie światło zachodu podpala
pejzaż za pejzażem, klejnot za klejnotem,
szukałem źródeł i odnalazłem je, przedzierałem się jarami
zgubiłem się, ujrzałem dawny szlak, stroniłem od wiosek
wierzchem chciałem gnać. Pamiętam, że siedziałeś
obok kryjówki salamandry.

Za pośrednictwem mych bezradnych słów nigdy
nie nadchodzisz ani nie nadszedłeś. Zmierzch ten jest jak cisza twoja
a pulsowanie w twoich skroniach odwraca piękno.

Nie jak czas, który skosił krew:
jak najjaskrawsze światło co wprawia w ruch
destrukcję wszelkich kruchych horyzontów
by wibrować niezauważalnie nad
słońcem, wodą, zapadającym mrokiem.

Cristina Sánchez-Andrade

1968 – , España

Más poemas del último libro de Cristina Sánchez-Andrade en la página de la nube habitada de Frontera Digital

ME DUELEN LAS VENTANAS

Entre yo y yo misma hay un cristal
y en la inconstancia me crecen las uñas.
Es mi manera de amar,
no conozco otra.

El afuera golpea dentro,
como un pájaro desorientado que choca contra
    el cristal
y no puedo abrir,
no quiero.
Pero a veces me aprietan los goznes,

y hoy me duelen las ventanas.

Maya Deren (1917-1961), coreógrafa, directora de cine, poeta y escritora ucraniana nacionalizada estadounidense. Se la considera la madre de cine underground, surrealista y de vanguardia en Estados Unidos. Sus películas se inspiran en el psicoanálisis y el surrealismo. Su obra Meshes of the Afternoon está considerada una de las películas experimentales más importantes e influyentes del siglo XX. El cortometraje de carácter feminista explora las imágenes del interior de una mujer, en cuyos sueños tiene un terror hacia los objetos de su vida cotidiana.

BOLĄ MNIE OKNA

Między mną a mną jest szyba
a w rozchwianiu rosną mi paznokcie.
W ten sposób kocham,
nie znam innego.

Zewnętrzy świat kołacze od środka,
jak zdezorientowany ptak, który uderza
    o szybę.
a otworzyć nie mogę,
nie chcę.
Choć czasem uwierają mnie zawiasy,

a dziś bolą okna.

José Ángel Valente

1929-2000, España

Suite para un muerto

1

Cuando la palabra no llega a la palabra
no hagamos gestos, sombras, ademanes.

Cuando el hombre no alcanza a su cabeza
se asoma al mundo por el triste ombligo.

Cuando el verso a mitad de trayectoria
se quiebra y cae, callémonos.

2

Triste es sobrevivir a nuestra muerte.
Alguien puede llegar, darnos ahora
la palabra de pase a la esperanza,
y sorprendernos hórridos, helados,
momificados, insepultos.

3

Sobre este árbol,
seco símbolo inerte,
cantó un ave real
la esperanza que tuvo.

4

Cayó de su vacío a su vacío.
Creyose libre porque andaba a saltos.

Incapaz fue de alzar una palabra
de poderosa luz contra la muerte.

5

Canto lo que me pasa, dice el mudo.

y 6

Difícil era andar entre el sarcasmo
del cobarde o del necio.
Más difícil vivir hasta los bordes
con fe que acrecentada devolviera
al hombre su verdad, virtud al canto.

de Elogio del calígrafo. Ensayos sobre arte.

Collage propio

Tłum. Ada Trzeciakowska

suita dla zmarłego

1

Gdy słowo nie dociera do słowa
nie czyńmy gestów, cieni, grymasów.

Gdy człowiek nie dostaje do głowy
na świat wygląda smutnym oknem pępka.

Gdy wers w połowie drogi
łamie się i upada, uciszmy się.

2

Smutno przeżyć naszą śmierć.
Ktoś może nadejść, podrzucić nam
słowo przepustkę do nadziei,
i przyłapać nas budzących grozę, zamarzniętych,
zasuszonych, niepogrzebanych.

3

Na tym drzewie,
zmurszałym, uschłym symbolu,
królewski ptak śpiewał
pieśń żywionej nadziei.


4

Spadał z pustki w pustkę.
Uznał, że jest wolny, bo przecież podfruwa.

Nie zdołał wznieść ani słowa
potężnego światła przeciwko śmierci.

5

Zamieniam w śpiew to, co mi dolega- mówi niemowa.

i 6

Trudno było poruszać się między sarkazmem
tchórza lub głupca.
Jeszcze trudniej żyć, z wiarą
po brzegi, która powiększona przywróciła
człowiekowi jego prawdę, a moc pieśni.

Guadalupe Grande

1965 – 2021, España (Madrid)

Las estaciones y el pájaro afilador

Hace extraño en las primeras lluvias
esto nadie lo sabe, pero siempre hace más verdad
en la sabiduría de las terceras nieves.

Pero dónde entonces la marca del herrero.
Llega el invierno y los que se aman
acuden al frío como acudieron al vuelo
los cormoranes en tiempo de guerra.

Es difícil seguir vivos, amor mío
pero es más triste aún abandonar la casa de las palomas ciegas.
No es en la tarde de los cuadros
donde dejamos la caja fuerte de las pérdidas
sino en la cuchara de palo
que regalamos al afilador.

Nada salpica nuestra inocencia
salvo la casi certeza de que regresará el verano
a la hoguera del frío
y habremos de ocuparnos de quienes más nos necesitan.

Fotogramas de Memoria (2021) de Apichatpong Weerasethakul

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pory roku i ptak szlifierz

Dziwnie pada przy pierwszych deszczach
nikt o tym nie wie, lecz zawsze pada więcej prawdy
z mądrością trzecich śniegów.

Ale gdzie wtedy znak kowala.
Nadchodzi zima i kochający się ludzie
ciągną do zimna jak kormorany ciągnęły do lotu
w porze wojny.

Trudno jest wytrwać przy życiu, kochanie,
i jeszcze smutniej opuszczać ten dom ślepych gołębi.
Nie w wieczorze obrazów
zdeponowaliśmy skrytkę na straty
lecz w drewnianej łyżce
ofiarowanej szlifierzowi.

Nic nie mąci naszej niewinności
oprócz niemal pewności, że lato powróci
do ogniska chłodu
i przyjdzie nam zająć się tymi, co potrzebują nas najbardziej.