Polonia
Trad. Ada Trzeciakowska
Sobre la hierba
Sobre la hierba, que no recuerda nombres y, sin embargo, se inclina de noche
en una sola dirección, como si algo la llamara desde la piel de la tierra,
como si allí circulara un sentido lento, no para descifrarse
sino para sobrevivir.
Cuando callo, se me deposita en la boca un sedimento verde, no una palabra
sino la promesa de una palabra, como cloruro de luz retenido en el tallo;
abro la boca y de ella cae el tiempo, inútil, estirado
entre el «fue» y el «un instante todavía».
La vida de antes no se ha ido, se ha disuelto, ha pasado
a un estado de nutrición, como la arcilla que ya no quiere ser vasija,
prefiere ser campo de error, lugar donde crece lo bajo,
lo que no aspira a la altura y, sin embargo, toca el cielo con el rocío.
La hierba sabe que no tiene raíces profundas, así que aprende rápido a beber:
agua, sombra, descomposición, la huella de un cuerpo que entregó su calor
sin testamento. No es bella, sino precisa en su durar.
La pisan los calendarios, las ideologías, las suelas del día;
la siegan el orden y el azar, pero cada muerte aquí es solo una corrección,
no un borramiento. Pudrirse es un trabajo silencioso, la más honesta de las transformaciones.
Estoy tranquila porque veo cómo circula bajo nosotros un fuego lento,
no espectacular, sino paciente, como un pensamiento que no quiere salvar el mundo
sino cerrar el ciclo: crecimiento, desaparición, vuelta a la materia.
Me reiría en voz alta si la risa no fuera un gesto demasiado violento
ante esta precisión de la existencia. Cantaría si el canto no desgarrara
el aire allí donde todo respira ya por sí mismo.
Entrego entonces la hierba no como ofrenda, sino dentro del ciclo:
entre la luz y el humus, entre tú y yo,
entre lo que fue tangible y aquello que aún está por formarse.
Que desaparezca pronto, para que no finja ser un monumento.
Que se descomponga, para que se sepa que estuve,
aunque solo fuera un instante, aunque fuera como un temblor verde
en el límite del sentido.




Fotos propias
O trawie
O trawie, która nie pamięta imion, a jednak kładzie się nocą
w jednym kierunku, jakby coś ją wołało spod skóry ziemi,
jakby krążył tam powolny sens, nie do odczytania,
tylko do przetrwania.
Gdy milknę, układa mi się w ustach zielony osad, nie słowo,
lecz obietnica słowa, jak chlorek światła zatrzymany w łodydze;
otwieram usta i wypada z nich czas, bezużyteczny, rozciągnięty
między „było” a „jeszcze chwilę”.
Dawne życie nie odeszło, ono się rozpuściło, przeszło
w stan odżywczy, jak glina, która nie chce już być naczyniem,
woli być polem błędu, miejscem, gdzie wyrasta to, co niskie,
co nie aspiruje do wysokości, a jednak dotyka nieba rosą.
Trawa wie, że nie ma głębokich korzeni, więc uczy się szybko pić:
wodę, cień, rozpad, ślad po czyimś ciele, które oddało ciepło
bez testamentu. Nie jest piękna, ale dokładna w swoim trwaniu.
Depczą ją kalendarze, ideologie, podeszwy dnia,
ścina ją porządek i przypadek, ale każda śmierć jest tu tylko korektą,
nie wymazaniem. Gnicie to praca cicha, najuczciwsza z przemian.
Jestem spokojna, bo widzę, jak krąży pod nami powolny ogień,
nie spektakularny, lecz cierpliwy, jak myśl, która nie chce zbawić świata,
tylko domknąć obieg: wzrost, zanik, powrót w materię.
Śmiałabym się głośno, gdyby śmiech nie był zbyt gwałtownym gestem
wobec tej precyzji istnienia. Śpiewałabym, gdyby śpiew nie rozcinał
powietrza tam, gdzie wszystko już oddycha samo.
Składam więc trawę nie w ofierze, lecz w obiegu:
między światłem a próchnem, tobą a mną,
tym, co było dotykalne, a tym, co dopiero nauczy się kształtu.
Niech zniknie szybko, żeby nie udawała pomnika.
Niech się rozpadnie, żeby było wiadomo, że byłam,
choćby tylko na chwilę, choćby w formie zielonego drżenia
na granicy sensu.











