Wiesław Myśliwski

1932-2026, Polonia

Hoy, día de su entierro, recordamos a Wiesław Myśliwski con este fragmento de novela ganadora del premio literario Nike en 2007, uno de los premios más prestigiosos de Polonia.

Trad. Francisco Javier Villaverde

El arte de desgranar alubias

De pronto vi una lucecita a lo lejos. Al principio tenue, apenas brillaba. Pensé, está claro que alguien anda por allí y se alumbra con una linterna. Pero ¿cómo le llamo? ¿Me oirá a esta distancia, cuando yo mismo no sé ni dónde estoy? Entonces la lucecita se volvió más luminosa, se quedó quieta y pareció mucho más cercana. Como si yo estuviera en esta orilla del Rutka y la luz en aquélla. Y sabe lo que pensé, que sin duda en casa estaban desgranando alubias. Y así era, ya ve usted.

El momento de empezar a desgranar alubias lo marcaba siempre la luz. Mi madre fregaba los cacharros después de comer, barría y hasta que llegaba la noche se encerraba en sí misma con el rosario en la mano entre la cama y el aparador. Mi abuela normalmente se echaba una siesta. Mi abuelo salía a la finca, a ver si todo estaba en su sitio. Cuando había que desgranar alubias, era como si todos aguardaran el crepúsculo.

Mi padre se sentaba en el banco junto a la ventana y se fumaba un pitillo tras otro sin dejar de mirar por la ventana, como si esperara ver a alguien. Poco a poco el crepúsculo iba cubriéndolo todo y allí seguía él, mirando por la ventana. Se diría que era el atardecer lo que miraba. Pero ¿cómo saber lo que alguien está mirando? Parece que mira esto o aquello y quizá está mirando en su interior. Las personas también tienen vistas en su interior, sí. Aunque igual era verdad que miraba el anochecer, cómo se iba cerrando. Y dirá usted que qué puede haber de interesante en un anochecer. Pues le diré que algunas veces, cuando miro cómo cae la noche, me pregunto si será el mismo anochecer que miraba mi padre. ¿Le parece poco? (…)

Para ella, preparar la lámpara suponía algo así como el momento culminante del día. O incluso una especie de acción de gracias por haber vivido un día más, seguro. Por eso ponía todo su esmero en prepararla, como si de ese esmero dependiera la supervivencia del día siguiente. Y cuando acercaba la cerilla a la mecha, le temblaba la mano y se notaba la concentración en su rostro tenso. Colocaba el cristal en la lámpara, pero seguía mirando por si la llama no había prendido bien. Y en cuanto levantaba ligeramente la mecha, era como si sus ojos, iluminados tras sus gafas de metal, no se creyeran que su mano había obrado el milagro de la luz.

Quizá le sorprenda, pero el momento en que mi madre encendía la lámpara era para mí el más esperado del día. Apenas empezaba a caer la tarde tras las ventanas, le pedía: «¡Enciende, mamá, enciende!». Yo mismo no sé explicármelo, pero deseaba que la nuestra fuera la primera luz en encenderse en todo el pueblo. (…)

Cuando echaba mano de la lámpara que colgaba del clavo en la pared, yo salía corriendo de casa, corría hasta la orilla del Rutka y esperaba a que en nuestra ventana se obrara ese milagro de la luz de manos de mi madre. La primera luz del pueblo en nuestra ventana parecía la primera en el mundo entero. Créame, la primera luz es completamente diferente de cuando ya hay otras por aquí y por allá, en todas las ventanas y en todas las casas. Su brillo es diferente y no importa si proviene de una lámpara de queroseno o de una bombilla. Ya puede ser tenue, como la que da una lámpara de queroseno, y aun así se tiene la impresión de que no sólo luce. Vive. Porque, en mi opinión, hay luces vivientes y luces muertas. Las hay que sólo lucen y las hay que recuerdan. Las hay que desdeñan y las hay que invitan. Las hay que miran y las hay que no reconocen. A unas les da igual a quién alumbren y otras saben a quién. Las hay que lucen del modo más resplandeciente pero son ciegas. Y las hay que apenas dan luz pero ven siempre, hasta el final de la vida. Atraviesan cualquier oscuridad. Las tinieblas más sombrías se rinden a ellas. Para ellas no existen fronteras, ni tiempo ni espacio. Tienen la capacidad de evocar la memoria más antigua, aunque haya sido despilfarrada o incluso cuando a uno se la retiran de la herencia. No sé si estará usted de acuerdo conmigo, pero en mi opinión la memoria es la luz que nos llega de una estrella apagada hace largo tiempo. O aunque sólo sea de una lámpara de queroseno. Lo que sucede es que no siempre es capaz de alcanzarnos durante nuestra vida. Depende de lo lejos que venga y de lo lejos que estemos nosotros de ella. Porque no es la misma distancia. O quizá en general todo sea un recuerdo. Todo este mundo nuestro, desde que existe. Y también nosotros dos y los perros. ¿De quién? Eso no lo sé.

Collage propio

Traktat o łuskaniu fasoli

Nagle zobaczyłem jakieś światełko w oddali. Z początku ledwie tlące się, mdłe. Pomyślałem, ktoś widocznie tam idzie i przyświeca sobie latarką. Tylko jak go zawołać, czy usłyszy mnie z takiej odległości, skoro sam nie wiem, gdzie jestem? Wtem to światełko rozjaśniło się, znieruchomiało i dużo bliższe się zrobiło. Jakbym stał po tej stronie Rutki, a ono po tam­tej świeciło. Wtedy wie pan, co sobie pomyślałem, że widocz­nie łuskają u nas fasolę. I niech pan sobie wyobrazi, rzeczywi­ście łuskali.

Łuskanie fasoli zaczynało się zawsze od światła. Matka zmy­ła statki po obiedzie, zamiotła i na ten czas do zmierzchu zapa­dała z różańcem w ręku między łóżkiem a kredensem. Babka za­zwyczaj drzemała. Dziadek wychodził na obejście rozejrzeć się, czy wszystko jest, jak było. Każdy czekał jakby na ten zmierzch, gdy się miało łuskać fasolę. Ojciec siedział na ławie pod oknem i kurząc papierosy jeden za drugim, patrzył w okno, jakby kogoś wypatrywał. Zmierzch z wolna wszystko już zasnuł, a on patrzył i patrzył w okno. Wydawać by się mogło, że na ten zmierzch pa­trzy. Ale czy to wiadomo, na co ktoś patrzy? Sądzi się, że na to czy na tamto patrzy, a on może patrzy w siebie. O, w sobie też ma człowiek widoki. Ale może i na zmierzch, jak gęstnieje, pa­trzył. Powie pan, cóż w takim zmierzchu może być ciekawego? Otóż powiem panu, kiedy sam nieraz patrzę, jak tak zmierzch za­pada, zastanawiam się, czy to ten sam zmierzch, na który patrzył ojciec. Czy to mało? (…)

Matka i tak by to zrobiła. Przygotowywanie lampy stanowiło jakby zwieńczenie dnia dla niej. Pewnie na­wet jakiś rodzaj dziękczynienia, że się znów dzień przeżyło. Toteż wkładała w przygotowywanie całą swoją staranność, jakby od tej staranności zależało, czy się i następny przeżyje. A gdy dotykała zapałką knota, ręka jej drżała, a twarz zastygała w skupieniu. Na­łożyła już szkło na lampę, a wciąż patrzyła, czy się ogień w lam­pie przyjął. I dopiero podkręcała lekko knot, a w jej podświetlo­nych za drucianymi okularami oczach pojawiała się jakby niedowiara, że to z jej ręki stał się cud światła.

Nie uwierzy pan, ale nie mogłem się doczekać tej chwili, kie­dy matka zapali lampę. Ledwo zmierzch zaczynał się snuć za ok­nami, prosiłem: – Zapal, mama, zapal. – Nie umiem sobie tego wytłumaczyć, ale pragnąłem, żeby w całej wsi pierwsze światło u nas zapaliło się w oknie. (…)

Gdy sięgała do gwoździa na ścianie po tę lampę, wybiega­łem z domu, biegłem na brzeg Rutki i tam czekałem, aż stanie się w naszym oknie ten cud światła z ręki matki. Pierwsze świat­ło w całej wsi w naszym oknie, wydawało się, jakby pierwsze na świecie. Pierwsze światło, powiem panu, jest zupełnie inne, niż kiedy się już świeci i tu, i tam, i we wszystkich oknach, we wszyst­kich domach. Blask jego jest inny i nie ma znaczenia, czy pochodzi z naftowej lampy, czy z żarówki. Mdłe, jak to z naftowej lam­py, a ma się wrażenie, że nie tylko świeci. Żyje. Bo, według mnie, są światła żyjące i światła umarłe. Takie, co tylko świecą, i takie, co pamiętają. Co odpychają i zapraszają. Co patrzą i nie poznają. Co wszystko im jedno, komu świecą, i takie, które wiedzą ko­mu. Co niechby świeciły najjaśniej, a ślepe są. I takie, co ledwo się tlą, a widzą aż po koniec życia. Przebiją się przez każdy mrok. Najciemniejsza ciemność podda im się. Nie ma dla nich granic, czasu, przestrzeni. Są w stanie przywołać najdawniejszą pamięć, choćby roztrwonioną czy nawet gdy człowiek został z niej wy­dziedziczony. Nie wiem, czy się pan ze mną zgodzi, według mnie pamięć jest takim lecącym do nas światłem dawno zgasłej gwiaz­dy. Czy niechby tylko naftowej lampy. Tyle że nie zawsze jest w stanie do nas dolecieć za naszego życia. Zależy, z jakiej odleg­łości leci i w jakiej odległości my od niej jesteśmy. Bo to nie są równe odległości. A w ogóle może wszystko jest pamięcią. Cały ten nasz świat, odkąd jest. I także my tu obaj, te psy. Czyją? Te­go nie wiem.

Deja un comentario