María Mascheroni

1958, Argentina

HOY NO HAY TIEMPO PARA LA ETERNIDAD

Comenzó después de su muerte y dejé que sucediera. No se trata de recuerdos, aunque participe a pleno la memoria. Decidí, una y otra vez, no abandonar la conversación. Sucede que hablo de un vínculo incorpóreo, sideral, extraterreno.
La transformación sufrida por ambas partes es definitiva.


*
Así es que no está. Se aproxima cada día. Con sigilo intenta acercar la palma de su mano a mi cabeza. Yo me distraigo, pienso: ¿son humanos los muertos madre? ¿o las especies no existen en tus dominios? Y entonces, ¿qué ahora?
La ignorancia me separa de la muerte, empaña los días con una nostalgia protectora.
Hay días en los que no concibo su muerte como algo material y la atraigo hacia mí con toda la fuerza que puedo encontrar en las palabras     descubro en mí una convicción que no conocía: existe un plano inmaterial donde el encuentro puede producirse.


*
Antes de saber si ya es el día, de abrir los ojos, pensar: voy a salir con madre, a caminar, a mirar las nubes, los espejos de agua salpicados de aves blancas, los tonos alterados del otoño. Antes, detrás de mis ojos, en la órbita. Antes madre dónde.


*
Son humanos. Los muertos. Son humanos, madre. ¿Sos ahora una suerte de animal fabuloso como en aquella Enciclopedia de las cosas que nunca existieron? ¿Recordás?
Una mezcla, ¿una aleación?  caballo, Dios, ave nocturna, mujer. El rostro un girasol salvaje        una corona de niños como plumas reales.
Un motor de mil caballos avanza por ese mundo prodigioso. Vamos a correr, levanto vuelo en el impulso. Ya no vas a dejarme voy como las cosas que no existieron jamás. Firme a tu lado.
Entonces, los animales fabulosos existen y rodean nuestros sueños.


*
Vivo otra vez esta mañana entre las cosas del mundo. La olla hierve detrás del chillido de un insecto, un grito a lo lejos, las hojas del fresno se demoran, flotan, un vaivén por unos segundos antes de caer.
De esa imperturbable manera existo. Mi vida se ha vuelto casi representable más diáfana y solitaria.
Estás aquí, como los hilos de luz que ahora filtra la persiana o el sonido de los pájaros, entreverada mi tristeza con una serenidad que lo aplasta todo hasta decir: las vidas no dejarán de ser así.


 *
Si pienso que murió, y lo imagino de este modo: que no puede reír, que es un alma en pena –ya no pinta la medianoche y sus caballos–, me estrujo como un trapo retorcido, la quiero de vuelta, viva de la vida aquella.


*
Miro cómo se desgarran las cortezas de esos troncos anchísimos ¿Qué decías, hablaste de los árboles esa vez? Sucede cuando la brisa suave     no parece un llamado, quizás un intento de orientar mi pensamiento inquieto       conducirlo a lo que importa
madre dice  obedece a los árboles que olvidan la corteza
Está diseminada entre los elementos y las cosas.
Ayer caminando por las cercanías, vi un árbol confundido en glicina, paré y pregunté en voz alta ¿es una glicina, mamá? como si vinieras a mi lado.

de Hoy no hay tiempo para la eternidad (2024)

Tłum. Ada Trzeciakowska

DZIŚ NIE MA CZASU NA WIECZNOŚĆ


Zaczęło się po jej śmierci, pozwoliłam, by tak się stało. Nie chodzi o wspomnienia, choć pamięć w pełni w tym uczestniczy. Raz po raz postanawiałam nie przerywać tej rozmowy. Chodzi o więź bezcielesną, sideralną, nieziemską.
Przemiana, jaką przeszły obie strony, jest ostateczna.


*
A więc jej nie ma. Przychodzi codziennie. Po cichu próbuje zbliżyć dłoń do mojej głowy. Rozpraszam się, myślę: czy zmarli są ludźmi, mamo? czy może nie ma gatunków w twoich królestwach? A więc co teraz?
Ignorancja oddziela mnie od śmierci, spowija dni ochronną nostalgią.
Są dni, kiedy nie pojmuję jej śmierci jako czegoś materialnego i przyciągam ją do siebie z całą siłą, jaką znajduję w słowach — odkrywam w sobie przekonanie, którego wcześniej nie znałam: istnieje wymiar niematerialny, w którym może dojść do spotkania.

*
Zanim jeszcze dowiem się, czy to już ten dzień, zanim otworzę oczy, myślę: wyjdę z mamą, pójdziemy na spacer, popatrzeć na chmury, na tafle wody obsypane białymi ptakami, na odmienione barwy jesieni. Wcześniej, za oczami, w ich orbitach. Wcześniej, mamo, gdzie.

*
Są ludźmi. Zmarli. Są ludźmi, mamo. Czy jesteś teraz czymś w rodzaju mitycznego zwierzęcia, jak w tej Encyklopedii rzeczy, które nigdy nie istniały? Pamiętasz?
Mieszanka, stop? koń, Bóg, nocny ptak, kobieta. Twarz jak dziki słonecznik — korona z dzieci niczym królewskie pióra.
Silnik tysiąca koni pędzi przez ten cudowny świat. Pobiegnijmy — wzbijam się w powietrze z rozpędu. Już mnie nie opuścisz, przesuwam się jak rzeczy, które nigdy nie istniały. Trwam przy tobie.
A zatem mityczne zwierzęta istnieją i oblegają nasze sny.

*
Od rana znów żyję wśród rzeczy tego świata. Garnek bulgocze, za nim pisk owada, krzyk w oddali, liście jesionu zwlekają, unoszą się, kołyszą przez kilka sekund, nim opadną.
W ten niewzruszony sposób istnieję. Moje życie stało się niemal przedstawialne, bardziej przejrzyste, bardziej samotne.
Jesteś tutaj, jak promienie światła sączące się przez roletę albo śpiew ptaków, a mój smutek przeplata się ze spokojem, który przytłacza wszystko, aż mówi: życia nie przestają być takie.


*
Gdy myślę, że umarła, wyobrażam to sobie tak: że nie może się śmiać, że jest zbłąkaną duszą — nie maluje już nocy i swoich koni — skręcam się jak wykręcona ścierka, chcę ją z powrotem, żywą tamtym życiem.

*
Patrzę, jak z olbrzymich pni odrywa się kora. Co mówiłaś, mówiłaś wtedy o drzewach? Dzieje się to, gdy delikatna bryza nie brzmi jak wołanie, raczej jak próba ukierunkowania moich niespokojnych myśli, skierowania ich ku temu, co ważne.
mówi matka: słuchaj drzew, one zapominają o korze.
Jest rozsiana wśród żywiołów i rzeczy.
Wczoraj, spacerując po okolicy, zobaczyłam drzewo, które pomyliłam z glicynią, zatrzymałam się i zapytałam na głos: „czy to glicynia, mamo?”, jakbyś szła obok mnie.

Deja un comentario