1937 – , Polonia
Trad. Ada Trzeciakowska
ZORZAL
3.
Trajimos cerca esas montañas que se burlan de nosotros con su lejanía,
igual que te trajimos a ti, mar, y atamos
con nuestro propio grito, así fue atado el aire y así
tensas los dedos cuando abres tu rostro
para mostrar sus bahías. Hacia abajo. Hacia el profundo abismo
desciende mi voz. Inclinado sobre la tapa del pozo descubro
su prolongación
y sus cadencias. Separado, extrañado de mí
me contradice, se burla. Pero hay algo más allá de la voz
que es extravío en el agua, algo más
que rezuma el espacio, con un solo corte
que separa la lámina, rápido, peligroso
como el silbido de un cuchillo.
Sombra de un pájaro de pronto.
Se desliza hacia la puerta de la imaginación. Algo reflejado en el agua,
algo reflejado en el fondo. Y de pronto, escucho ese sonido:
breve aleteo
y caída
al interior del pozo.
Sombra de un pájaro que se extravió
sombra de un pájaro que palideció
se torna forma de pájaro
olor de pájaro, color de pájaro
tú, zorzal. Lo que oigo
es sólo la risa del agua la caída
es inaccesible a los ojos: un instante de caos
precedido por un tumulto, unas plumas
que podrían pertenecer a otro
y el golpe contra el agua – entrada en el silencio
transcurre como un roce
de labios. Demasiado tiempo estabas suspendido sobre el silencio zorzal
el lienzo muerto del agua hacia el que viaja el cuerpo
no te dirá nada – la respuesta
existe sólo de este lado. Miro
la luz de tus párpados, tu rastro zorzal
dejado sobre el agua. Inclinado sobre el pozo agarro
la prolongación de tu voz o mejor de ese silencio;
se queda cada vez más yerto, madera sorda
cuyo contacto es tan contagioso. Sólo
los anillos del silencio en los anillos del agua
su gran ojo amarillo abierto hacia mí,
me inclino hacia él zorzal, y hacia ti
sobre quien
se cerró, ¿el instante de Ícaro
te fue conocido?

Collage propio
DROZD
3.
Przypędziliśmy te góry, które drwią z nas odległością,
jak przypędziliśmy już ciebie, morze, i spętaliśmy
własnym krzykiem, tak spętano powietrze i tak
spinasz palce, kiedy otwierasz twarz, aby
ukazać jej zatoki. W dół. W głęboką przepaść
schodzi mój głos. Pochylony nad wiekiem studni odkrywam
jego przedłużenie
i kadencje. Oddzielony, wyobcowany ze mnie
zaprzecza mi, drwi. Lecz jest tam coś jeszcze poza głosem,
który jest zbłądzeniem w wodzie, coś więcej
co przecieka przestrzeń, jednym cięciem
co oddziela płat, szybkim, niebezpiecznym
jak świst noża.
Cień ptaka nagle.
Przemyka ku bramie wyobraźni. Coś odbitego od wody,
coś odbitego od dna. I nagle, słyszę ten dźwięk –
krótki trzepot
i upadek
do wnętrza studni.
Cień ptaka który zbłądził
cień ptaka który zbladł
zamienia się w kształt ptaka
w zapach ptaka, w kolor ptaka
w ciebie, drozd. To co słyszę
to tylko śmiech wody upadek
jest niedostępny oczom: chwila chaosu
poprzedzona zgiełkiem, kilka piór
które mogłyby należeć do kogo innego
i klaśnięcie o wodę – wejście w ciszę
odbywa się jak dotyk
ust. Zbyt długo wisiałeś nad ciszą drozd
martwa płachta wody ku której wędruje ciało
nie podpowie ci nic – odpowiedź
istnieje tylko po tej stronie. Patrzę
na światło twoich powiek, na twój ślad drozd
pozostawiony na wodzie. Pochylony nad studnią chwytam
przedłużenie twego głosu, albo lepiej tej ciszy;
martwieje coraz bardziej, głuche drewno
którego dotyk jakże zaraźliwy. Tylko
słoje ciszy w słojach wody jej wielkie
żółte oko otwarte ku mnie,
pochylam się ku niemu drozd, i ku tobie
nad którym
się zamknęło, chwila Ikara
czy była ci znana?











