1926-2015 (Lituania-Polonia)
El realismo socialista no fue sino una variante de la ciencia ficción.
(T. Konwicki)
Mała apokalipsa (1979) de Tadeusz Konwicki se inscribe en el clima intelectual de la Europa de finales del siglo XX, marcado por el agotamiento de los grandes relatos, la crisis de la responsabilidad individual y la sospecha hacia toda forma de heroísmo. El monólogo del narrador dialoga con el existencialismo tardío, el pensamiento posbélico sobre la culpa y la banalidad del mal, así como con una tradición centroeuropea de ironía moral que va de Gombrowicz a Kafka. En el contexto de la Polonia comunista, la mediocridad aparece aquí no como defecto privado, sino como estrategia colectiva de supervivencia, elevada paradójicamente a forma de ascesis. La novela anticipa, además, una sensibilidad posmoderna en la que biología, historia y ética se entrecruzan sin ofrecer redención. La novela fue publicada en España en 1987, y el fragmento que se presenta a continuación corresponde a mi traducción.
Trad. Ada Trzeciakowska
El pequeño apocalipsis
(…) algo chirrió, en algún lugar fulguró una luz y ya nos habíamos precipitado en lo hondo de un pasillo bajo, como una galería de mina. Mi examen de conciencia. Mi acto de contrición. Dolor por los pecados. Mi biografía teñida del color de la mediocridad. Al principio odiaba esa mediocridad, la despreciaba; al final, acabé instalándome en ella. La grandeza en la mediocridad. La mediocridad como la forma más elevada de aristocracia. La mediocridad como ascesis, como orgullosa soledad en la vulgaridad, el gris hábito de un monje soberbio. La mediocridad como último estadio de la exaltación. ¿Es la mediocridad inocente y sin pecado? Fui puro hasta que despertaron mis instintos y volví a serlo cuando estos comenzaron a adormecerse. Pasé más de una década pecando, viví con violencia empujado por una biología desbordada. Un investigador me inoculó instintos, impulsos y reflejos, y luego observó qué resultaría de ello. Yo era un conejillo de Indias. ¿Es el conejillo responsable del experimento? Me aseguré de no sobrepasar la temperatura de la mediocridad. En el microclima enfriado de mi propio experimento no caí en extremos; de ese modo eché a perder el experimento iniciado sobre mí por la Mente Suprema. ¿Tal vez pequé por no pecar?
La mediocridad fue un acto de mi voluntad. Sin embargo, las condiciones mentales y físicas para conformarme con ella, para aceptarla voluntariamente, las heredé en la cadena genética transmitida a lo largo de siglos y milenios por tipos desconocidos para mí, fulanos, individuos de los que no sé nada y no quiero saber nada; y que jamás pudieron imaginar que habría un literato que heredaría brevemente ese código genético y acaso lo dañaría, lo defectuaría o lo alteraría. De modo que también la mediocridad —esa mediocridad altiva y soberbia— me fue en parte impuesta. ¿Es inocente la mediocridad recibida contra la propia voluntad, aunque yo la considere un acto de libre albedrío? No robé ninguna suma importante, no cometí locuras amorosas, no infringí las leyes de la naturaleza ni perpetré crimen alguno. Me mantuve con el rebaño y obedecí al rebaño. Escuché con atención la voz inaudible del rebaño humano al que llamamos sociedad. Cometí pequeñas infracciones que no alteraron el proceso general y las encubrí de inmediato, corregido por el ojo invisible de la sociedad. Y, sin embargo, tengo conciencia de pecado y soy un pecador. ¿Será acaso pecado original ese ácido ribonucleico que heredé de quién sabe quién?
Ese misterioso código disparado desde lejanas y gigantescas galaxias de pecado.
¿Será pecado esa curiosidad feroz, esa terrible ansia de conocer lo incognoscible, esa tentación perversa de desgarrar el velo negro que cubre la Existencia Más Perfecta o la nada muerta? ¿Será pecado el universo con miles de millones de galaxias, billones de soles, trillones de estrellas que nacen en el dolor y en el dolor agonizan? Se alejan hacia el espacio interplanetario, en el viento del tiempo, los destellos de instantes que son mi destino; el momento en que me ahogaba en un río veraniego, inundado de sol, con el amargo sabor de las hierbas en la boca. El segundo en que presencié el salvaje y pavoroso acto de cópula de dos seres humanos. El instante en que disparé contra un amigo en una noche helada y estrellada, colmada de coros de lobos. El minuto en que me traicioné a mí mismo y a mis amigos. La eternidad más breve, cuando aguardaba el sangriento estallido del orgasmo en los ojos de la mujer de otro. Los relámpagos de noches desesperadas, suicidas. Vuelan esos destellos de instantes como luciérnagas en la oscuridad eterna, arrastrados por el viento del tiempo. Semejantes unos a otros, a cientos, a millones. Iguales, irreconocibles, idénticos. La Vía Láctea hecha de migajas de nuestra existencia. El gran rumor de la existencia humana. ¿Será la indiferencia —hija de la mediocridad— esa materia volátil como la niebla que se petrifica en rocas, se aglutina en peñascos, crece en macizos montañosos hasta rozar el cielo y aplastar nuestras míseras vidas? ¿Será la indiferencia transparente, incolora, inodora, sin forma, lánguida, omnipresente, acogedora, amable e inocente el único pecado que detiene el tamiz de la Providencia? ¿Seremos juzgados en el Día del Juicio Final únicamente por este pecado-no-pecado?





Tadeusz Konwicki en una calle de Varsovia; Palacio de la Cultura y la Ciencia; fotogramas de Nostalgia de Andréi Tarkovsky
Mała apokalipsa
(…) coś zgrzytnęło, gdzieś zabłysło jakieś światło i już runęliśmy w głąb niskiego niczym sztolnia korytarza. Mój rachunek sumienia. Mój akt skruchy. Żal za grzechy. Moja biografia w kolorze przeciętności. Najpierw tej przeciętności nienawidziłem, pogardzałem nią, a na koniec w niej się zadomowiłem. Wielkość w przeciętności. Przeciętność jako najwyższa forma arystokratyzmu. Przeciętność jako asceza, jako dumne osamotnienie w pospolitości, szary habit pysznego mnicha. Przeciętność ostatnim stadium wywyższenia. Czy przeciętność jest bezgrzeszna i niewinna? Byłem czysty do chwili, kiedy obudziły się instynkty, stawałem się na powrót czysty, gdy instynkty zaczęły z wolna usypiać. Moja epoka grzeszności to kilkanaście lat pędzonych gwałtownie przez rozbuchaną biologię. Jakiś badacz zaszczepił mi instynkty, popędy, odruchy, a później obserwował, co z tego wyniknie. Byłem królikiem doświadczalnym. Czy królik odpowiada za eksperyment? Pilnowałem, żeby nie przekroczyć temperatury przeciętności. W wychłodzonym mikroklimacie mojej własnej próby nie popadłem w skrajność, zatem popsułem doświadczenie rozpoczęte na mojej osobie przez Najwyższy Umysł. Może zgrzeszyłem przez brak grzechu?
Przeciętność była aktem mojej woli. Ale warunki umysłowe i fizyczne do zadowolenia się przeciętnością, do jej dobrowolnego przyjęcia odziedziczyłem w łańcuchu genetycznym, przenoszonym w ciągu stuleci i tysiącleci przez jakichś nie znanych mi facetów, jegomościów, typków, o których nic nie wiem i nie chcę wiedzieć, a którzy nigdy nie potrafili wyobrazić sobie pewnego literata, co przejmie na krótko ten kod genetyczny i być może go uszkodzi, zdefektuje albo przeinaczy. Więc i przeciętność, ta harda, pyszna przeciętność też jest na mnie trochę wymuszona. Czy przeciętność, otrzymana jednak wbrew woli, choć uznana przeze mnie jako akt wolnej woli, czy ta przeciętność jest bezgrzeszna? Nie ukradłem większej gotówki, nie popełniłem szaleństwa miłosnego, nie wykroczyłem przeciwko prawom natury, nie dokonałem zbrodni. Trzymałem się stada i stadu byłem posłuszny. Słuchałem pilnie niesłyszalnego głosu stada ludzkiego, które nazywamy społecznością. Popełniałem drobne wykroczenia, co nie burzyło ogólnego procesu, i natychmiast je tuszowałem, korygowany przez niewidzialne oko społeczne. A jednak mam poczucie grzeszności i jestem grzeszny. Może grzechem pierworodnym jest ten kwas rybonukleinowy, co go przejąłem nie wiadomo po kim?
Ten tajemniczy szyfr wystrzelony z dalekich gigantycznych galaktyk grzeszności.
Może grzechem jest ta zaciekła ciekawość, straszna żądza poznania niepoznawalnego, zdrożna pokusa zdarcia czarnej zasłony okrywającej Najdoskonalsze Istnienie albo martwą nicość? Może grzechem jest wszechświat z miliardami galaktyk, bilionami słońc, trylionami rodzących się w bólu i w bólu konających gwiazd? Odlatują w przestrzeń międzyplanetarną w wietrze czasu rozbłyski chwil, co są moim losem. Moment, kiedy się topiłem w rozsłonecznionej, letniej rzece z gorzkim zapachem ziół w ustach. Sekunda, kiedy zobaczyłem dziki, przerażający akt kopulacji dwojga ludzi. Mgnienie, kiedy strzeliłem do przyjaciela w mroźną, gwiaździstą noc, pełną wilczych chórów. Minuta, kiedy zdradziłem siebie i swoich przyjaciół. Najkrótsza wieczność, kiedy czekałem na krwotok orgazmu w oczach cudzej żony. Mignięcia rozpaczliwych, samobójczych nocy. Lecą te rozbłyski chwil jak świetliki w wiecznej ciemności niesione wiatrem czasu. Podobne jedne do drugich, do setnych, milionowych. Takie same, nierozpoznawalne, jednakowe. Droga mleczna z okruchów naszego istnienia. Wielki szum ludzkiej egzystencji. Może obojętność, dziecko przeciętności, jest tą materią lotną jak mgła, która kamienieje w głazy, zespala się w skały, wyrasta masywem górskim aż pod niebo, przygniatając nasze marne życie? Może przezroczysta, bezbarwna, pozbawiona zapachu i kształtu, ospała, wszechobecna, przytulna, miła i niewinna obojętność jest jedynym grzechem, który zatrzymuje sito Opatrzności? Może tylko za ten grzech-nie grzech będziemy sądzeni w dniu Sądu Ostatecznego?











