Dedicado a Ian Raznor, con gratitud.
1943, Bolivia
LOS OBSCUROS
La fruta estaba hecha
para que la gustáramos,
para olerla y gozar su lozanía;
pero nosotros no podíamos comprarla.
El sol estaba hecho
para amar nuestra piel,
estremecer la vida de todo nuestro cuerpo;
pero a nuestra guarida el sol no entraba.
El pan de cada día, en fin, estaba hecho
para hablarnos todas las mañanas
de campos fecundados;
pero sólo comíamos con mendrugos duros y agrios.
También había música y otras cosas dulces,
pero habitaban en el aire alto
y nosotros sólo captábamos sus ecos.
Nos debatíamos en la cueva obscura,
en el cuartucho húmedo
donde la única verdad es la Miseria.
Entonces, no aprendimos
el himno de alabanza,
y la sonrisa en nuestros labios
era una flor enferma.
Dicen que Dios hizo a los hombres iguales
y semejantes a él en armonía y en belleza.
¿Cómo es entonces, que ahora
formemos este vértice inmundo
del que huyen todas las miradas
y contra el que se vuelven bruscamente las espaldas?
—Hablo por boca del hombre que se arrastra
por húmedos rincones
de morada siniestra.
Dice que de él también era la tierra—.
¿Quién hurtóme el rojo clavel,
llamarada impetuosa;
quién bloqueó mis salidas
quién me esperaba
aún antes que pensara nacer,
con la triste cadena?
No estuvo equilibrada en mi balanza
la desdicha, con la bienaventuranza.
Te regalo de antemano mis huesos,
para que hagas con ellos
trémulas flautas
que canten elegías
mientras a blanca mesa se sientan prósperas familias
y hay sol,
y hay pan,
hay fruta.
Pero llora, es verdad, en todo el aire
trémula flauta, su llanto innumerable.




Fotografías de Sebastião Salgado hechas en Bolivia en los años ochenta y en Ecuador
Tłum. Ada Trzeciakowska
CIeMni (Ubodzy)
Owoce zostały stworzone,
byśmy mogli się nimi rozkoszować,
wąchać je i cieszyć się ich świeżością;
ale my nie mogliśmy ich kupić.
Słońce zostało stworzone,
by kochać naszą skórę,
pobudzać do życia całe nasze ciało;
ale do naszej kryjówki nie docierało.
Chleb powszedni został w końcu stworzony,
by co rano przypominać nam
o żyznych polach;
ale jadaliśmy tylko twarde i kwaśne piętki.
Była też muzyka i inne słodkie rzeczy,
ale mieszkały wysoko w powietrzu,
a my chwytaliśmy jedynie ich echa.
Szamotaliśmy się w ciemnej jamie,
w wilgotnej klitce,
gdzie jedyną prawdą jest Nędza.
Wtedy nie nauczyliśmy się
pochwalnych hymnów,
a na naszych ustach uśmiech
wykwitał niczym chory kwiat.
Mówią, że Bóg stworzył ludzi równych
i podobnych sobie w harmonii i pięknie.
Jak więc to możliwe, że teraz
tworzymy ten parszywy margines,
od którego wszyscy odwracają wzrok,
do którego pospiesznie stają plecami?
—Przemawiam ustami człowieka, który czołga się
po wilgotnych zakamarkach
nikczemnej siedziby.
Mówi, że także do niego należy ziemia.
Kto zawłaszczył sobie mój czerwony goździk,
mój płomień gniewny;
kto zagrodził mi wyjścia,
kto czekał na mnie,
nim zdążyłem pomyśleć o narodzinach,
z tymi smutnymi kajdanami?
Na wadze mojej szczęśliwość nie zdołała
zrównoważyć nieszczęścia.
Z góry ofiarowuję ci moje kości,
byś zrobił z nich
drżące flety,
by wyśpiewywały elegie,
gdy przy białym stole zasiądą zamożne rody
i będzie słońce,
i będzie chleb,
będą owoce.
Lecz w powietrzu zapłacze — to prawda —
drżący flet, jego bezbrzeżny lament











