Kōbō Abe

1924-1992, Japón

Este precioso cuento (Shijin no shôgai en japonés) nunca llegó a traducirse al español, tampoco al polaco. He traducido una cuarta parte de la versión inglesa.

Trad. Ada Trzeciakowska

La vida de un poeta

(…) La chaqueta se detuvo frente al joven y se ciñó alrededor de su cuerpo envejecido. El joven parpadeó. Luego movió la cabeza con cautela de un lado a otro y sacudió el cuerpo poco a poco. Miró a su alrededor, asombrado, y luego a su chaqueta roja. De repente se dio cuenta de que era un poeta, y asintió sonriendo.
Recogió la melodiosa nieve con las manos y la contempló. Ahora podía tocarla sin helarse. ¿Se había vuelto aún más frío que la nieve, entonces, ese brillo en sus ojos? Recogía nieve como arena en la orilla del mar y la vertía de mano en mano, sin lastimarse. ¿Se había vuelto más dura que el acero la piel de sus manos? Estaba confuso. Tenía que recordar. ¿Cómo se había producido esa transformación?
Frunciendo el ceño, se esforzó por centrar sus pensamientos. Sí, había algo que debía recordar. Algo que todo pobre sabía, si la memoria no estuviera suspendida, congelada. ¿De dónde había caído esta nieve?
Aunque no supiera la respuesta, tal vez pudiera sentirla. Mira estos cristales de nieve, se dijo, tan maravillosamente grandes, complejos y hermosos. ¿Qué son sino las palabras olvidadas de los pobres? Palabras de sus sueños… almas… deseos. Hexagonales, octogonales, duodecagonales, flores más encantadoras que las flores, la auténtica estructura de la materia… las configuraciones moleculares de las almas de los pobres.
Las palabras de la gente humilde no sólo son grandes, intrincadas y bellas, sino sucintas como minerales y racionales como la geometría. Es lógico que sólo las almas de los pobres puedan llegar a ser cristalinas.
El joven de la chaqueta roja escuchó con los ojos las palabras-nieve. Decidió escribirlas en el reverso de los volantes que llevaba bajo el brazo.
Cogió un puñado de nieve y lo lanzó al aire. Voló hacia arriba con un tintineo, pero cuando volvió a caer el sonido cambió a «chaqueta, chaqueta». El joven se echó a reír. Su alegría se escapó por sus labios apenas entreabiertos como una melodía tranquila y alegre, y desapareció en el cielo lejano. Como en respuesta, la nieve a su alrededor empezó a tararear «chaqueta, chaqueta».
Después comenzó una investigación precisa y detallada de cada cristal por separado. Anotó todo, empeñado en apuntarlo, recopiló y analizó estadísticas, hizo gráficos y volvió a escuchar, incluso con más atención. Podía oírlo -las palabras de la nieve, las voces de los sueños, las almas y los deseos de los pobres-. Con una energía inagotable y asombrosa, siguió trabajando.
Poco a poco, la nieve empezó a derretirse. Al terminar de hablarle, evidentemente ya no tenía razón de ser. En el momento en que terminaron de hablar, aquellos cristales de nieve tan fríos que habían congelado las llamas se derritieron sin dejar rastro, como las nieves del comienzo de la primavera que se desvanecen en cuanto se posan sobre la tierra negra y húmeda.
De hecho, casi era primavera. Con cada palabra que escribía en sus libretas, como si las páginas fueran hojas de un calendario, la primavera se acercaba cada vez más.
Un día, a través de una grieta en las nubes, el sol lanzó un rayo de luz como el brazo de una niña traviesa. Y entonces, como si buscara a tientas un anillo de oro caído por error en una jarra llena de viejo brebaje espumoso, sacudió y despertó lentamente a la ciudad de su letargo.
Se podía sentir el revuelo entre sus criaturas. Un hombre medio paralizado se acercó tambaleándose, vio al joven y estalló en risa tendiéndole la mano en señal de saludo. Tocó el brazo del muchacho, susurró «Chaqueta» y echó a correr. En poco tiempo, el joven se vio rodeado por un gran grupo de personas, a las que se unían constantemente otras nuevas; «Chaqueta», murmuraba cada uno, poniéndole una mano en el brazo, y luego se marchaba, sonriendo. Estas personas se dispersaron por toda la ciudad.
Por todas partes se abrían los almacenes desatendidos y se sacaban innumerables chaquetas. «¡Chaquetas!» El alegre y poderoso himno fue entonado con fuerza a todos los mensajeros de la primavera: a la pesada y húmeda tierra negra; al murmurante arroyo que caía y avanzaba velozmente como un niño de tres años que está aprendiendo a correr; y a las pálidas joyas verdes que asomaban entre los persistentes bancos de nieve. Aunque era primavera, todavía hacía frío, así que ¡qué hermoso, ¡qué maravilloso era ver a aquella pobre gente abrigarse con chaquetas!
Cuando desapareció el último copo de nieve, el trabajo del joven había terminado. Sonó el silbato de la fábrica y, a su alrededor, una multitud de personas enfundadas en sus chaquetas se puso a trabajar, sonriendo. Devolviendo los saludos, cerró la última página de su colección de poesía, ya completa.
Y se desvaneció en ella.

Bellísima y única adaptación (cuenta con subtítulos en español) de este cuento realizada por el maestro de animación Kihachirō Kawamoto (1974). El efecto visual de la chaqueta roja fue copiado por Steven Spielberg en La lista de Schindler.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Życie poety

(…) Płaszcz zatrzymał się przed młodzieńcem i owinął się wokół jego postarzałego ciała. Młodzieniec zamrugał. Następnie ostrożnie poruszył głową z boku na bok i lekko potrząsnął ciałem. Rozejrzał się ze zdziwieniem, a potem spojrzał w dół na swój czerwony płaszcz. W jednej chwili dotarło do niego, że jest poetą i kiwnął głową, uśmiechając się.
   Nabrał w dłonie melodyjnego śniegu i wpatrywał się w niego. Teraz mógł go dotknąć nie marznąc. Czyżby stał się jeszcze zimniejszy niż śnieg, ten błysk w jego oku? Zgarniał śnieg jak piasek na brzegu morza i przesypywał go z ręki do ręki, bez żadnego uszczerbku. Czyżby skóra na rękach stała się twardsza od stali? Był zdezorientowany. Musiał sobie przypomnieć. Jak doszło do tej przemiany?
   Marszcząc brwi, starał się skupić myśli. Tak, było coś, co musiał sobie przypomnieć. Coś, co wiedział każdy biedak, jeśli pamięć nie była uśpiona, zamrożona. Skąd brał się ten śnieg?
   Nawet jeśli nie znał odpowiedzi, być może mógł ją wyczuć. Spójrz na te kryształki śniegu, powiedział sobie, tak cudownie duże, złożone i piękne. Czym one są, jeśli nie zapomnianymi słowami biedaków? Słowami ich marzeń… dusz… pragnień. Sześciokątne, ośmiokątne, dwunastokątne, kwiaty cudowniejsze niż kwiaty, czysta struktura materii… molekularne konfiguracje dusz nędzarzy.
   Słowa ubogich są nie tylko duże, misterne i piękne, ale także zwięzłe jak minerał i racjonalne jak geometria. Rozumie się samo przez się, że tylko dusze ubogich mogą stać się krystaliczne.
   Młodzieniec w czerwonym płaszczu słuchał śnieżnych słów oczami. Postanowił zapisać je na odwrocie ulotki, którą trzymał pod pachą.
   Chwycił garść śniegu i rozsypał go w powietrzu. Śnieg wzniósł się radośnie podzwaniając, ale kiedy zaczął opadać, dźwięk zmienił się na «płaszcz, płaszcz». Młodzieniec roześmiał się. Jego radość wymknęła się przez ledwo rozchylone usta jako cicha, wesoła melodia i rozpłynęła się daleko na niebie. Jakby w odpowiedzi, śnieg wokół niego zaczął nucić «płaszcz, płaszcz».
   Następnie rozpoczął precyzyjne, szczegółowe badanie każdego kryształu z osobna. Zapisywał wszystko, pochłonięty zapiskami, kompilował i analizował statystyki, tworzył wykresy i słuchał ponownie, jeszcze uważniej. Słyszał je – słowa śniegu, głosy marzeń, dusz i pragnień biedaków. Z niespożytą, zadziwiającą energią pracował dalej.
Stopniowo śnieg zaczął topnieć. Najwyraźniej po tym, jak przestał do niego mówić, nie miał już po co istnieć. W momencie, w którym przestały mówić, kryształki śniegu, tak zimne, że zamrażały płomienie, rozpłynęły się bez śladu, jak śnieg wczesną wiosną, który znika w chwili, gdy dotyka czarnej, wilgotnej ziemi.
   W rzeczywistości była już prawie wiosna. Z każdym słowem zapisanym w notatkach, jakby strony były kartkami kalendarza, wiosna podchodziła coraz bliżej.
   Pewnego dnia, przez szczelinę w chmurach, słońce wyrzuciło promień światła niczym ramię psotnej dziewczynki. A potem, jakby szukając po omacku złotego pierścionka, który przez pomyłkę wpadł do dzbanka wypełnionego starym, spienionym piwem powoli wyrwało miasto ze snu.
   Dało się wyczuć ruch. Na wpół sparaliżowany mężczyzna chwiejnie wyszedł naprzód, zobaczył młodzieńca i roześmiał się, wyciągając rękę na powitanie. Dotknął ramienia chłopaka, mruknął «Płaszcz» i uciekł. Wkrótce młody człowiek został otoczony przez dużą grupę ludzi, do której ciągle dołączali nowi; «Płaszcz», szeptał każdy, kładąc rękę na jego ramieniu, po czym odchodził, uśmiechając się. Ludzie ci rozeszli się po całym mieście.
   Wszędzie dookoła otwierano pozostawione bez opieki magazyny i wynoszono niezliczone ilości płaszczy. «Płaszcz!» Radosny, potężny hymn był śpiewany głośno do wszystkich posłańców wiosny: do ciężkiej, wilgotnej, czarnej ziemi; do szemrzącego strumienia, szumiącego i pędzącego jak trzylatek, który dopiero uczy się biegać; na cześć bladozielonych klejnotów wystających spomiędzy zalegającego śniegu. Choć była wiosna, w powietrzu wciąż czuć było ziąb, więc jak pięknie, jak cudownie było widzieć tych biednych ludzi odzianych w płaszcze!
   Ostatni płatek śniegu zniknął, praca młodzieńca została wykonana. Rozległ się gwizdek z fabryki, a wokół niego tłumy ludzi w płaszczach ruszyły do pracy, uśmiechając się. Odwzajemniając ich pozdrowienia, zamknął ostatnią stronę swojego zbioru poezji.
   Po czym rozpłynął się w niej.

Wersja w języku angielskim

Transl. Juliet Winters Carpenter

(…) The jacket stopped in front of the youth and wrapped itself around his aged body. He blinked. Then he moved his head gingerly from side to side, and shook his body little by little. He looked around in wonder, then down at his red jacket. All at once it came to him that he was a poet, and he nodded, smiling.
   He gathered the melodious snow in his hands and gazed at it. Now he could touch it without freezing. Had it become even colder than the snow, then, that gleam in his eye? He scooped up snow like sand at the seashore and poured it from palm to palm, without injury. Had it become harder than steel, then, the skin of his hands? He was confused. He had to remember. How had this transformation come about?
   Frowning, he tried hard to focus his thoughts. Yes, there was something that he must remember. Something that every pauper knew, if memory were not suspended, frozen. Where had this snow fallen from?
   Even if he didn’t know the answer, perhaps he could feel it. Look at these crystals of snow, he told himself, so marvelously large, complex, and beautiful. What are they if not the forgotten words of the poor? Words of their dreams… souls… desires. Hexagonal, octagonal, duodecadonal, flowers lovelier than flowers, the very structure of matter… the molecular arrangements of souls of the poor.
   The words of the poor are not only large, intricate, and beautiful, but succinct as mineral, and rational as geometry. It stands to reason that none but souls of the poor can become crystalline.
The youth in the red jacket listened to the snow-words with his eyes. He decided to write them down on the backs of the handbills under his arm.
   He grabbed a handful of snow and threw it in the air. It flew up with a jingle jingle, but when it fell back down the sound changed to «jacket, jacket.» The youth laughed. His happiness escaped through his barely parted lips as a quiet, cheerful melody, and disappeared into the distant sky. As if in answer, the snow all around him began to hum «jacket, jacket.»
   After that he began a precise, detailed investigation of each separate crystal. He wrote everything down, decided on his notation, compiled and analyzed statistics, made graphs, and listened again, even more carefully. He could hear it -the words of the snow, the voices of the dreams, souls, and desires of the poor. With tireless, amazing energy, he went on working.
Gradually, the snow started to melt. Having finished speaking to him, evidently it had no further reason to exist. In the order that they finished speaking, those crystals of snow so cold they had frozen flames now melted away without a trace, like the snows of early spring that vanish the moment they light on the black, moist earth.
   In fact, it was almost spring. With every word that he wrote in his notebooks, as if the pages were calendar leaves, spring crept ever closer.
One day, through a crack in the clouds, the sun thrust out a ray of light like the arm of a mischievous little girl. And then, as if groping for a golden ring let fall by mistake into the bottom of a water pitcher filled with old, foaming brew, slowly it shook the town from its slumber.
   One could sense creatures stirring. A man came reeling forward, half-paralyzed, saw the young man and laughed, holding out a hand in greeting. Touching the arm of the youth, he muttered «Jacket,» and ran away. Before long the youth was sur- rounded by a large group of people, new ones joining all the time; «Jacket,» each one would whisper, laying a hand on his arm, and then go off, smiling. These people spread throughout the town.
   All around, the unattended storehouses were opened, and countless jackets were carted off. «Jacket!» The joyful, powerful paean was sung out ringingly to all the messengers of spring: to the heavy, moist black earth; to the babbling stream, tumbling and racing along like a three-year-old just learning to run; and to the pale green jewels poking out from between the lingering islands of snow. Though it was spring, there was still a chill in the air, so how beautiful, how wonderful it was to see those poor people clothing themselves in jackets!
   The last flake of snow gone, the youth’s work was done. The factory whistle sounded, and all around him, crowds of people wearing jackets set off to work, smiling. Returning their greetings, he closed the last page of his poetry collection, now complete.
   And vanished into that page.

Deja un comentario