Ángel M. Alcalá

1981- , España (Albacete)

***

Hay mañanas de escarcha
en las que me despierto del pasado irrecuperable
y me siento en un futuro lejano y hueco
igual que un pozo vacío
en el que la gente
obstinada por seguir la vía muerta
se había despeñado hacía ya tanto
que no quedaba rastro
esos amaneceres
la oportunidades que perdimos
hierven en la oscuridad
y se estremecen y lloran
como criaturas recién nacidas
                con síndrome de abstinencia
y sus voces de hierro oxidado
se te instalan en los tímpanos
chirriar obcecado de arañazos en los cristales
tratando de entrar y tomar tu casa
para sellarla desde dentro
hermética
y hacerla sepulcro
de todas partes
acuden los pájaros negros
de las rendijas que hay en las cosas rotas y olvidadas
los baúles con olor a naftalina y las imágenes perdidas
bajo la costra de salitre de la humedad
y hacen días de invierno aunque estemos en julio
se redoblan y proliferan
             hasta cubrir el sol de plomo viejo
y percibes en el aire sabor a polvo
con las certezas ineludibles
de no haber tragado nada
y de saber que es ese
             el sabor propio de tu espíritu
polvo que se lleva el viento
del batir de alas
de cada recuerdo que no nos deja.

Fotografías de Rosa Basurto

Tłum. Ada Trzeciakowska

***

Są takie mroźne poranki
gdy budzę się z bezpowrotnie utraconej przeszłości
a w odległej i głuchej przyszłości czuję się
niczym pusta studnia
w której ludzie
którzy z uporem brnęli w ślepy zaułek
na dno poszli już tak dawno
że nie pozostał po nich ślad
te wschody słońca
te zmarnowane szanse
wrzą teraz w ciemnościach
i drżą i płaczą
jak nowo narodzone stworzenia
           z zespołem odstawiennym
a ich głosy z zardzewiałego żelaza
zagnieżdżają ci się w bębenkach
natarczywy zgrzyt rys na szkle 
usiłujący wtargnąć i zawłaszczyć twój dom
by zaplombować go szczelnie
od środka
i przemienić  w grób
ze wszystkich stron
zlatują się czarne ptaki
ze szczelin w zepsutych i zapomnianych przedmiotach
skrzyń cuchnących naftaliną i zaginionych zdjęć
pod saletrową skorupą wilgoci
i to przez nie zimowe dni, mimo, że jest lipiec
podwajają się i mnożą
             aż pokryją słońce starym ołowiem
a powietrze smakuje pyłem
choć masz nieuchronną pewność
że niczego nie połknąłeś
i wiesz, że to właśnie jest
             smak twojej własnej duszy
pył wzbity przez podmuch
trzepotu skrzydeł
każdego wspomnienia, które w tobie trwa.

Deja un comentario